12/27/2020

DENKO 2020: 2/2 – mniej plastiku, dużo produktów...


Kończy się rok, a zatem czas na podsumowanie wszystkich zużytków z ostatniego półrocza. Myślę, że całkiem trafnie oddają tendencje, którymi obecnie kieruję się wybierając nowe kosmetyki.


Ciało


Tutaj totalnie wygrywają mydła, a szczególnie mydła w kostce którymi z sukcesem zastąpiłam żele pod prysznic i mydła do rąk w płynie. Na zdjęciu widać pozostałości po mydłach z Czterech Szpaków (Miś oraz Len i Rumianek) i Ministerstwa Dobrego Mydła (Hibiskus i Lawenda, której resztki jeszcze zużywam). Tych używałam do mycia ciała i były świetne, przy czym chyba te z Czterech Szpaków wydają mi się jakby... wydajniejsze? Ale oczywiście dokładnych statystyk nie robiłam.


Zdecydowanie na potęgę zużywam mydła do rąk, co widać na załączonym obrazku. Trzy mydła Biały Jeleń kupiłam za grosze w Biedronce, kostkę Oriflame dostałam kiedyś chyba od Mamy, a trzy sztuki antybakteryjnego mydła Protex dorzuciłam sobie kiedyś do zakupów w jakiejś aptece czy drogerii internetowej.


Jest i jedno mydło w płynie, bo po obróbce surowego mięsa najpierw myję ręce nim, a dopiero potem myję po raz drugi zwykłą kostką. Mydło w płynie wystawiam też dla gości :P Więc raz na jakiś czas takie opakowanie się u mnie przewinie, tu akurat mamy Luksję.


W ciągu ostatniego pół roku starałam się nawilżać ciało na inne sposoby niż dotychczas. Zużyłam ostatni balsam w plastiku z Rossmanna (Isana Med), w międzyczasie przetestowałam też na sobie preparat Olivizone, który zaleca się często do skóry poparzonej radioterapią. Ostatecznie postawiłam jednak na masła Organique na wagę, przy czym początkowo pomyliłam się i myśląc, że to właśnie zamawiam kupiłam przez internet zwykłe masełko w pojemniku. Było to masło Organique Oriental Jasmine i po pierwsze: łał, było super. Po drugie: wrr, zapomniałam wrzucić je do wpisu o kosmetykach pachnących białymi kwiatami :((( No ale nic to, może jak mi się znowu uzbiera trochę produktów to zrobię część drugą ;)

(Olivizone dostałam od producenta, firmy farmaceutycznej)


Natomiast potem wreszcie kupiłam masło Organique na wagę i z przyjemnością mogę dać Wam znać, że to białe plastikowe opakowanie nie trafi do kosza! Przy najbliższej okazji napełnię je lub wymienię na pełne (bo tak szczerze to nie jestem pewna jak dokładnie działa ten system :D).


Mamy tym razem tylko dwa całe kremy do rąk, głównie dlatego że te z Ziai są OGROMNE i bardzo wydajne. To na zdjęciu (Ziaja karmelizowany migdał) bardzo dobrze mi się sprawdziło i ogromnie przypadło do gustu zapachem. Z kolei Joanna Cannabis Seed to jeden z wielu kosmetyków, które w ostatnich miesiącach kupiłam trochę z przypadku... W czasie epidemii staram się ograniczyć chodzenie po sklepach do minimum, więc wiele kosmetyków trafiło do mnie tylko dlatego, że były dostępne w supermarkecie, w którym akurat robiłam zakupy spożywcze. Tak było i z tym kremem z Tesco, ale w sumie trafiłam z nim naprawdę nieźle!


Krem do stóp Ziołolek Linourea poleciła mi jedna z Was w komentarzu i jest świetny!!! Jak dla mnie najlepszy z 30-procentowych kremów z mocznikiem i mam już nowe opakowanie. Dziękuję <3


Pianka do golenia Gilette Satin Care była też całkiem fajna, ale tu muszę podkreślić że mam bardzo mało doświadczenia z innymi produktami tego typu, bo do tej pory zdecydowanie wolałam inne metody depilacji. Ale nie mogę na tę piankę powiedzieć złego słowa.


Ostatnie dwa nowe dla mnie produkty to peelingi do ciała, oba dostałam w prezencie: kawowy Body Boom od przyjaciółki, a cukrowy Body Scrub Resibo od samej marki. Oba według mnie bardzo fajne, ale w gruncie rzeczy łatwe do zastąpienia składnikami z kuchni. Oczywiście ich boskich zapachów tak nie podrobię, więc było to ekstremalnie miłe urozmaicenie.




Część produktów już u mnie widziałyście, bo wracam do nich z upodobaniem:


kolejne już mydełko glicerynowe od firmy farmaceutycznej, Resibo krem do rąk, masło do ciała Farmona Tutti Frutti karmel i cynamon, Avon Planet Spa krem do łokci i stóp z masłem shea, płyn do higieny intymnej Facelle już się u mnie pojawiały i to niektóre po wielokroć! Od czasu ich zużycia mam już nowy płyn Facelle i nowy krem do rąk Resibo (a tak na marginesie to ten tutaj zużyłam w większości w poprzednią zimę i teraz tylko go dobiłam).



Włosy





Przez większość półrocza dalej myłam włosy szamponami w kostce: dokończyłam drugie opakowanie Czterech Szpaków (nie zachowałam papierka do zdjęcia), a potem zużyłam PRZEBOSKI szampon Soap Szop Yen. W międzyczasie jedynie sporadycznie (dla wygody lub z musu) sięgałam po Booboo micelarny żel do mycia jako odpowiednik dawnego ulubieńca Babydream. Po szamponie Yen zaczęłam nową kostkę, rzekomo bardzo zdrową dla skóry głowy i... nagle stało się coś bardzo złego. Napiszę o tym więcej w mojej aktualizacji włosowej, ale mam w tej chwili spore problemy ze skalpem i widoczna na zdjęciach pielęgnacja nie jest przez to całkiem miarodajna.


Z nieznanych Wam dotąd produktów mamy tu też olejek Anwen do włosów średnioporowatych – moją miłość! Bardzo żałuję, że w jego miejsce kupiłam Marakuję do wysokoporowatych, bo nie sprawdza się u mnie aż tak wspaniale. Do Mango wrócę na pewno.


Dwie maski Fitokosmetik kupiłam zachęcona tym, że podobne do nich koleżanki (maska Fitokosmetik Koza Dereza z niebieskim paskiem oraz Beauty Dessert Cedrowa Delicja oraz Bananowe Awokado) fajnie się u mnie spisały. Niestety, melduję że Koza Dereza z czerwonym paskiem nie zrobiła dla mnie za wiele, a rokitnikowy Beauty Dessert obwiniam za wielotygodniowy bad hair day. No nie polubiliśmy się. 



Walcząc ze skórą głowy i włosami wróciłam do wielu starych hitów: leczniczego szamponu Pirolam, odżywiania przez maski Anwen i Biovax, mycia Kallosem Color i balsamem nr 4 na kwiatowym propolisie babuszki Agafii. Jest już trochę lepiej, ale przede mną i moimi kudłami jeszcze długa droga ;)


Twarz




Tutaj mamy sporo zużytków pierwszorazowych. To, co uważam za godne uwagi albo już zostało na blogu opisane, albo będzie opisane w przyszłości :) Na produkty „meh” szkoda mi czasu, który mogłabym poświęcić na wpis który w moim odczuciu przyda Wam się bardziej.


Dobre: Vis Plantis ELEMENT krem na noc do twarzy- filtrat śluzu ślimaka przeciw oznakom starzenia, olejki Avon z serii Nutra Effects oraz Cannabis Sativa Oil, Avene Ystheal, The Ordinary Buffet i Matrixyl + HA, Revolution Skin: Multi Targeting & Firming Serum - Multi Peptide, krem Anthyllis Anti-Age. Większość z nich opisałam w ten czy inny sposób na blogu, więc klikając w ich nazwy na spokojnie przejdziecie do odpowiednich tekstów :)


Niezłe: kremy Ziaja SPF 50+, Ziaja Sopot Sun i tonik hibiskusowy Sylveco były w mojej łazience już wieki temu, ale nie wiem jakim cudem nie trafiły do denek... Natomiast z całą resztą kosmetyków spotkałam się po raz pierwszy. I prawdopodobnie ostatni, bo z tego co wiem to ampułki Isana Glamour & Gold oraz Isana Botanical czy serum Bielenda Camellia są już wycofane ;) A szkoda, bo były całkiem fajne.

Niezgorsze były też: hydrolat miętowy Bulgarian Rose, płatki pod oczy Efektima i L'biotica, serum rozjaśniające Biochemia Urody, próbka żelu tołpa i kremu Bielenda.


Słabe: krem Bielenda Japan Lift i krem pod oczy Natura Siberica Loves Estonia załapały się do moich tegorocznych bubli,żel Korean Energy opisałam w bublach majowych. Odradzam chyba wszystkim bez wyjątku ;)




Zużyłam także sporo moich stałych hitów: płyn micelarny Garnier, esencję energetyzującą Resibo, kremy z filtrami Vichy Ideal Soleil SPF 50 oraz preparaty Anthelios SPF 50 i jesienią SPF 30 (choć akurat formuła Shaka Fluid to dla mnie nowość), żel micelarny tołpa Green Oils, waciki Isana Bio, serum z miorelaksacyjną argireliną The Ordinary oraz słabe próbki kremów BioNike, o których pisałam w denku tutaj.


Makijaż


Jestem bardzo zadowolona z listy pustaków makijażowych! Zastanawiam się czy nie powinno ich być tutaj więcej, bo często po zakończeniu projektu w ramach grupy Project Pan Polska odruchowo wyrzucam opakowania zamiast schować je do szuflady na denka. Ale rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że latem i jesienią nie robiłam żadnych projektów, z kolei te zimowe zaczęłam dopiero miesiąc temu. Więc ich efekty zobaczycie dopiero w denku czerwcowym ;)


W ostatnim półroczu skończyłam sporo produktów do twarzy: krem BB Orange ze skin79, korektor pod oczy Bell Secretale, puder sypki Eveline Matt My Day Peach (właśnie w ramach projektu!), puder w kamieniu Pharmaceris, trio do konturowania twarzy Affect i miniaturkę rozświetlacza Becca. Dobra, tę ostatnią stłukłam przed końcówką, ale grunt że opakowanie na zdjęciu jest puste :P


Rzutem na taśmę zdenkowałam dwa cienie Glam Shop: Mulat i Przydymiony brąz oraz tusz wodoodporny z Inglota. Z żelu do brwi Ingrid też już nie udało się nic więcej wyskrobać, a i z niego, i z pomadki Bourjois wyciągnęłam stopery. Z pomadki może bym coś jeszcze wygrzebała, ale przeterminowała się. Miała prawo, bo posiadałam ją co najmniej od czerwca 2016 roku! I ogromnie cieszę się, że tak dużo udało mi się zużyć zanim wyzionęła ducha ;)


Posłałam też do kosza dwie gąbeczki: TRAGICZNY Magic Blender z Eveline i akceptowalną Blend it! O bublu pisałam tutaj (klik!).




Inne:


Jak widać, wzięłam się wreszcie do roboty jeśli chodzi o śledzenie moich nawyków dotyczących higieny zębów! Blend-a-medem z supermarketu ratowałam się w najgorszym momencie epidemii. Himalaya Herbals Sparkly White też już widziałyście, a Fitokosmetik, Lavera, Dabur i miniaturka HH do wrażliwych to dla mnie nowości. Nie licząc pasty Fitokosmetik wszystkie były spoko!


Zaszalałam też i dałam szansę less-waste'owej nici dentystycznej Georganics. Jest less-waste przede wszystkim dlatego, że kupujemy ją najpierw ze szklanym opakowaniem, a potem tylko uzupełniamy wkłady. Po drugie ich nitka miała być bambusowa i w 100% naturalna (a potem okazało się, że w składzie stoi: Charcoal Fibres, Polyester Yarn, Euphorbia Cerifera Wax, Mentha Piperita Oil, więc następnym razem kupię inną wersję - nić z włókna jedwabnego z dodatkiem kardamonu). Mam co do tej nici Georganics mieszane uczucia nie tylko z powodu jej składu, więc na razie nie pozbywam się „napełnialnego” opakowania, ale nie jestem pewna czy ogólnie jest to patent dla mnie.


Zużyłam też dwa flakony perfum! DKNY Red Delicious i coś co miało być testerem, a jest ewidentną podróbką Burberry Weekend. Nie znam woni oryginału, ale to pachniało ładnie, więc zużyłam bez bólu. O dawnej miłości do „jabłuszek” Donny Karan pisałam w tekście O perfumach dla laika przez (prawie) laika.


Zużyłam też kilka produktów do ust: wazelinę Editt, balsam Sabon oraz pomadki Bell i Vianek.


***


I koniec! Idę z psem na spacer, to przy okazji pozbędę się całej reklamówki plastiku. Jak już kiedyś pisałam: jest to dla mnie uczucie przyjemne, zrzucające z barków pewien ciężar, ale i związane z pewnym poczuciem winy. Chciałabym, aby 2021. rok stał się dla mnie wreszcie chociaż malutkim przełomem.


Trzymajcie kciuki!
Ania

4 komentarze:

  1. Bardzo duże i ciekawe denko, u mnie tym razem będzie malutkie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W grudniu i listopadzie mało kupowałam, na razie wykańczam to co mam

    OdpowiedzUsuń
  3. Krem do stóp Ziołolek również bardzo polecam :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger