#kosmetoturystyka: Jakie kosmetyki warto przywieźć z Izraela?

2/18/2017

#kosmetoturystyka: Jakie kosmetyki warto przywieźć z Izraela?

Przepiękna Jerozolima.

Jeśli śledzicie mnie w social mediach (a konkretnie na -> Instagramie i/lub -> Facebooku) to wiecie, że sporo czasu spędziłam ostatnio w Izraelu. Była to idealna okazja do zebrania materiału na nowego posta z serii #kosmetoturystyka, a więc… yallah, zaczynamy! :)

Najsłynniejszym chyba izraelskim towarem eksportowym są kosmetyki marki Sabon. W zeszłym miesiącu ta powstała dwadzieścia lat temu w Tel-Awiwie firma została wykupiona przez koncern Yves Rocher za bagatela 129 milionów euro. Pytanie: co sprawiło, że z domowej manufaktury powstała sieć 175 sklepów w dwudziestu krajach?

Chodzi o oprawę. Sklepy Sabon to najpiękniejsze mydlarnie na świecie, bez dwóch zdań. Jestem głupia, że nie zrobiłam ich zdjęć, ale w końcu Google to nasz przyjaciel ;) W każdym razie te widoczne na zdjęciach klimatyczne studnie są w każdej albo w prawie każdej filii Sabon i faktycznie można umyć w nich ręce i tak dalej ;) A wszystko to dlatego, że na ich cembrowinach stoją zwykle testery dziesiątek produktów do umycia się, posmarowania, powąchania czy spienienia – warto więc mieć możliwość zmycia ich z siebie ;) Drugim elementem składającym się na niepowtarzalną oprawę Sabon są zapachy. Jeśli mdli Was już od sztucznego kokosa, truskawki, cytrusów czy lawendy z lokalnych drogerii, Sabon jest miejscem dla Was. Moim ABSOLUTNIE ukochanym zapachem jest Lavender Apple! Inne piękne wonie, na które się skusiłam to Clear Dream, Golden Iris, Green Valley i Honey Peach. Każdy uwiódł mnie na swój sposób, na przykład Clear Dream pachnie dla mnie suszonym na łące praniem <3 Jak zobaczycie na zdjęciach, kolejnym godnym uwagi elementem są cudowne opakowania kosmetyków. Tuby są najczęściej metalowe (takie retro!), a reszta to głównie szkło. Ma to oczywiście wady (ciężar, możliwość stłuczenia), ale na półkach w sklepie czy domu prezentuje się obłędnie.

U nas był atak zimy i minus 10 stopni, a tam... +25 i obsypane owocem drzewo cytrynowe za oknem. Powrót był bolesny.

Z tych wszystkich powodów uważam, że kosmetyki Sabon to jedna z najfajniejszych opcji na pamiątkę dla siebie lub prezent jaki można przywieźć komuś z Izraela. Niektóre kosmetyki mają akurat 100 ml pojemności do zabrania nawet w bagażu podręcznym, no i spójrzcie tylko na ten przeuroczy zestaw podróżny ;) W każdym razie produkty są typowo izraelskie, w Polsce jest chyba tylko pięć sklepów Sabon, kosmetyki cudownie wyglądają i pachną, a skład i działanie są zwykle co najmniej w porządku :)

No właśnie, jak to dokładnie wygląda? Ano tak: w mojej opinii kosmetyki pod kątem składu można by porównać do -> czeskich kosmetyków Manufaktura. Nie są to w pełni idealne, nie wiadomo jak naturalne i super-bio-eko składy, ale są co najmniej o ligę albo dwie lepsze niż ich drogeryjne odpowiedniki. Zwłaszcza w przypadku kremów do twarzy jest tak, że ciekawych i wartościowych ekstraktów jest mnóstwo! Tylko, że stosunkowo daleko na liście... W przypadku pielęgnacji ciała dla prawie wszystkich z nas będzie to więcej niż wystarczające :) A w kwestii cery, to dla mnie troszkę za mało – co nie znaczy, że nic bym dla siebie nie znalazła. Niektóre kosmetyki składy mają wręcz cudne! Oto lista rzeczy, które najbardziej wpadły mi w oko:
  • do oczyszczania cery: Foamy Face Wash do mycia i Pearl Powder do peelingu;
  • do nawilżania: Tonifying Face Serum, Facial Mist, krem marchewkowy Carrot Moisturizer;
  • maseczki: błotna Mud Face Mask, odżywcza Nourishing Face Mask;
  • do włosów: szampony Green Rose i Gentleman (dla panów) powinny być dosyć łagodne, a odżywki Green Rose i Jasmine całkiem fajne :) no i serum na końcówki Green Rose wygląda totalnie czadowo!
  • do dłoni i stóp polecam linię maseł (kremy i maski niekoniecznie…);
  • do ciała szczególnie masła shea, chociaż z drugiej strony – i u nas można znaleźć je w wielu mydlarniach, sklepach Organique itp… Więc może nad tymi warto zastanowić się jeśli zapachy są dla nas szczególnie trafione :D

Tu widok na Tel-Awiw o zmierzchu. Zdjęcie robiłam na tarasie muzeum Icchaka Rabina, które bardzo polecam.

Na ten moment mam za sobą testy pięciu produktów: balsamu do ciała Lavender Apple (<3!!!), jedwabistego mleczka do ciała Clear Dream (<3!), olejku pod prysznic Golden Iris, płynu do kąpieli Green Valley i mineralnego pudru do kąpieli Honey Peach. Zamierzam o tych kosmetykach napisać zbiorczy post z pięcioma krótszymi recenzjami, ale już teraz powiem, że wstępnie zachwycona jestem nimi wszystkimi :)

Tak więc podsumowując, jeśli szukamy składów „że mucha nie siada”, kosmetyków ekologicznych itp., to w Sabon możemy mieć z tym problem. Jeśli jednak szukamy po prostu czegoś, co dobrze nas umyje, odświeży czy nawilży, a przy tym rozpieści wszystkie zmysły – powinnyśmy być zadowolone!

*

Największym konkurentem Sabon jest marka Laline. Stworzona zaledwie dwa lata później, też ma obecnie sieć ponad setki sklepów i podobny pod wieloma względami asortyment: głównie kosmetyki kąpielowe, choć oczywiście nie tylko. Sklepy dla odmiany są bielutkie z wyrazistymi (czarnymi, różowymi) akcentami, totalnie #instaperfect ;) Niestety, jeśli chodzi o składy kosmetyków, to są one ociupinkę gorsze niż w Sabon. Nie mówię, że złe, ale przy koszmarnie wysokich cenach wszystkiego (taki kraj, niestety) prostu nie zdecydowałam się na żaden z kosmetyków, choć wiele z nich mnie kusiło. Ale warto wspomnieć, że znowu są to świetne produkty na prezent, zwłaszcza dla obdarowywanej o nieprzesadnie suchej czy wrażliwej skórze. Natomiast dla osób nieco bardziej wymagających pod rozwagę podsunęłabym konkretnie:


  • do oczyszczania cery: Skin Deep Peeling Soap, Facial Mousse Soap;
  • maseczki: błotną Mud Mask i termiczną Thermal Mask;
  • Nourishing serum (odżywcze serum), krem pod oczy, krem na noc;
  • scrub do ciała i/lub złuszczające mydełko w jednym z kilku obłędnych zapachów;
  • w pielęgnacji ciała polecam linie Milk i Butter Cream, a Cream odradzam. Ciężko mi ocenić skład serii Souffle, bo na stronie jest ewidentnie błąd (skład jakiegoś peelingu, tak na oko). Bardzo ciekawie zapowiadają się balsamy Fluffy, w piance <3
  • w serii dla panów Mr. Laline: krem do twarzy, scrub, krem do ciała;
  • dezodoranty Lalinista i Laline Girls (spray i roll-on).

Kosmetyki z oblepichą (czyli olejem rokitnikowym) są w ogóle niezwykle popularne w Izraelu, prawie każda firma oferuje coś z tym składnikiem.

Inną marką, która mnie do siebie przekonała jest Shemen Amour. Te kosmetyki nie wyglądają może aż tak spektakularnie jak Sabon czy Laline, ale ich składy są często świetne – zwłaszcza jak na tamtejsze realia. Tu może zrobię małą dygresję i wyjaśnię, że wypatrzyłam w Izraelu wiele ciekawych marek kosmetycznych, które po analizie składów kosmetyków okazały się wielkimi rozczarowaniami. My, Polki, powinnyśmy doceniać to jak pięknie nasz rynek odpowiedział na zainteresowanie świadomą pielęgnacją i jak wielki mamy dzięki temu wybór w sklepach.

W każdym razie, tak naprawdę tylko w Shemen Amour wypatrzyłam godne uwagi kremy do twarzy: konkretnie te z serii marokańskiej i z czarnym błotem Morza Martwego. Uwaga na te pozostałe, często zawierają głównie parafinę ;) Za to nagrodę za najpiękniejszy skład dostają tu trzy produkty: nawilżający krem kolagenowy (Collagen Moisturizing Cream), marokańska maska do włosów (Hair Mask Argan Oil From Morocco) oraz maska oczyszczająca do twarzy (Black Mud Purifying Mask)! Zdecydowanie planuję zakup tych produktów przy najbliższej wycieczce do Izraela, może już w te wakacje. Fajnie zapowiada się też Skin Toning Lotion oraz uwaga, ciekawostka: magnetyczna maska do włosów o_O Black Mud Magnet Mask od Shemen Amour, bo o niej mowa, zawiera na pierwszym miejscu w składzie żelazny pył, który po pięciu minutach trzymania maski na włosach ściągamy magnesem (sic!), a dopiero potem spłukujemy resztę. Nie wiem czy i jak ma to działać, ale marzę by wypróbować, zwłaszcza, że reszta składu jest też bardzo obiecująca :)


I na koniec coś z kolorówki! Nie wiem czy wiecie, ale znany u nas Super Pharm to sieć z Izraela i gdybyście chciały w tym kraju znaleźć ulubione kosmetyki marek popularnych (Garnier, Maybelline, L’Oreal i tym podobnych) to swoje kroki najlepiej byłoby skierować właśnie tam. Z drugiej strony, wtedy ominęłoby nas wiele typowo izraelskich produktów, jak choćby wspomnianych wyżej Sabon, Laline czy Shemen Amour. Ale jednego byłoby pod dostatkiem: kosmetyków marki Ga-De.

Ga-De (czasem zapisywane jako Ja-De, a zawsze wymawiane jako „dżejd”) to firma produkująca głównie kolorówkę, ale też pielęgnację twarzy. Ta ostatnia zapowiada się moim zdaniem mizernie, ale kosmetyki kolorowe… ach. Coś pięknego. Ceny były dla mnie zbyt zaporowe by coś kupić, ale swoje przy ich szafie odstałam oglądając, dotykając, testując i wzdychając. Następnym razem na pewno coś sobie wybiorę, być może szminkę w jednym z ulubionych, ale wycofanych odcieni? W poprzednim wpisie o moim pomadkoholizmie wspominałam, że poszukiwać będę na pewno nowej szminki nude, intensywnie różowej oraz jagodowej. W oko szczególnie wpadły mi pomadki w płynie Idyllic Matte Lip Color, bo zakochałam się w tej formie :)

Zawsze chętnie testuję też eyelinery w płynie, a jedna z palet cieni do powiek jest wręcz stworzona dla mnie (zakochanego w matowych cieniach Stonowanego Lata): zobaczcie same (klik!) :) 

Zdjęcie można powiększyć, całkiem nieźle widać ceny :) A po prawej nowość Maybelline, której u nas jeszcze nie widziałam - jeśli lubicie pomadki Baby Lips to się szykujcie ;)
Jak wspomniałam wcześniej, w oko wpadło mi jeszcze sporo innych marek, ale bardzo często pod otoczką naturalnego-bio marketingu skrywały się zupełnie przeciętne kosmetyki o cenach z sufitu. Dlatego wybrałam dla Was to, co warto rozważyć w pierwszej kolejności, bo albo się u mnie sprawdziło, albo przynajmniej zainteresowało fajnym składem. A może macie pomysł czym uzupełnić tę listę? Czekam na Wasze komentarze, także te zupełnie nie na temat ;)


Całusy,
Ania

Ilu szminek potrzebujesz? Wyznania anonimowej szminkoholiczki.

2/12/2017

Ilu szminek potrzebujesz? Wyznania anonimowej szminkoholiczki.


Czasem tygodniami używam tylko szminki nude albo Carmexa, a czasem bywa tak że codziennie mam na ustach inny wyrazisty kolor. Aktualnie jestem w tej pierwszej fazie, ale właśnie dziś poczułam wenę na kolorowe usta i postanowiłam przy okazji przekuć ją w nowy tekst!

W moim przypadku zaczęło się od tego, że gdzieś na pierwszym roku studiów wygrałam cudowny, czerwony lip tint z jednej z limitowanek Essence. Dla kogoś, kto na tamten moment nie używał na usta nic poza wazeliną i czasem jakiegoś transparentnego błyszczyka, tamta strażacka czerwień to było wręcz przeżycie. Jak się szybko okazało, nie tylko pokochałam na sobie ten kolor, ale i oszalałam na punkcie makijażu z mocnymi ustami.

Od zawsze jednak przy kupowaniu kolorówki towarzyszy mi poczucie winy, że jak to tak – mam trzy szminki i kupuję kolejną? Moja mama nie miewa zwykle więcej niż dwie, a ja mam pięć? Nieładnie, oj nieładnie…

Tak więc by uniknąć wyrzutów sumienia, a zarazem zaspokoić nałóg, postanowiłam zrobić sobie listę. Listę ogólnie zebranych grup odcieni kosmetyków do makijażu ust, z której wybiorę kolory pasujące do mojego typu urody i w ramach których będę sobie mogła na jedną pomadkę pozwolić. Posiadam ich w tej chwili sześć i w ogóle nie czuję potrzeby sprawienia sobie następnej.

Oczywiście nie muszę chyba mówić, że potrzeba potrzebą, a pokusa to co innego – jest pewnie jeszcze z dziesięć innych szminek, których chciałabym chociaż spróbować ;) Ale póki co trzymam się twardo swoich postanowień.

Lista, którą dla siebie stworzyłam, wygląda następująco:
  • odcienie oranżu (korale, brzoskwinie, ...)
  • naturalne (czyli cieliste, nude, beżowe)
  • odcienie różu (od naturalnych pasteli po wściekłe neony <3)
  • odcienie czerwieni
  • fiolety i purpury
  • fuksje i magenty
Oczywiście nie jest to żaden oficjalny czy wyczerpujący podział, ale u mnie się on sprawdza.

W obrębie każdej grupy znajdziemy „kolory czyste” (jak klasyczna czerwień) oraz wszelkie ich pochodne. Przykładowo, czerwony może być jasny lub ciemny, czysty lub zgaszony, a dodając doń innych kolorów będziemy zmieniać jego tonację: od pomidorowej czerwieni (z nutami barwy pomarańczowej) po czerwień zimną, na przykład w kolorze wina. Im więcej dodatkowych tonów tym trudniej jest określić nazwę koloru. Przypomnijcie sobie problem z kolorem roku 2015, czyli marsalą: czy to czerwień z brązem? Brąz z czerwienią? Czy nie było w nim czasem jakichś różowawych podtonów? ;)


ODCIENIE ORANŻU


Jako osoba o chłodnym typie urody z mojej zakupowej listy z góry wykluczyłam kategorię pomarańczową. Jako Stonowane Lato mogę, teoretycznie, sięgnąć  po kolory ciepłe pod warunkiem, że będą zgaszone. Więc nawet jeśli typowa mandarynka odpada, to jakiś koral albo brzoskwinia w zasadzie mogłyby do mnie zabłądzić, ale są po prostu zupełnie nie w moim stylu. Dodatkowo moje zęby mają kremowy odcień i ciepłe kolory mogłyby sprawić, że będą wyglądały na żółte… Więc dziękuję, postoję ;)



ODCIENIE CIELISTE


To, co ktoś rozumie przez kolor cielisty, to temat-rzeka. Od szminek w naturalnym kolorze ust (po co???), przez pomadki w odcieniu korektora (dlaczego???) po najróżniejsze określenia, z których najbardziej przemawia do mnie „lepszy kolor moich ust”.

Lepszym kolorem moich ust jest szminka Essence „I love nudes” w odcieniu 05 cool nude. Oczywiście szminka musiała zostać wycofana ze sprzedaży :) I żadna z obecnie przez tę markę oferowanych nie ma koloru zbliżonego do tego. Pomału zbliżam się do końca tego opakowania i jako zamiennika będę szukała chyba Golden Rose, bo mają całkiem sporo podobnych odcieni, no i stały się właściwie produktami kultowymi ;) Obecnie waham się między:


Jeśli kojarzycie jakąś szminkę będącą godnym odpowiednikiem mojej Essence, dajcie znać :)


ODCIENIE RÓŻU


Tu postawiłam na mocny kolor. Słodkie „różane” róże bardzo podobają mi się na kimś, ale dla mnie Essence Longlasting w kolorze 12 blush my lips to ideał. Chłodny, malinowy na pograniczu fuksji, bardzo przyciąga uwagę. Oczywiście, RÓWNIEŻ została wycofana <3 Mam jej jeszcze trochę, więc zamiennika szukam powoli, ale w oko wpadł mi Golden Rose Velvet Matte 11.



ODCIENIE CZERWIENI


Moja największa miłość. Ponieważ wcześniej dobrowolnie zrezygnowałam ze szminki w tonacji pomarańczowej, tu pozwoliłam sobie na dwóch gagatków. Jak same się przekonacie, bardzo odmiennych, więc to oszustwo odrobinkę innego rodzaju niż kiedy wmawiamy sobie, że ta ósma szminka nude jest tak odmienna od pozostałych i absolutnie nam niezbędna ;)

Na marginesie, tu (klik!) możecie zobaczyć jak wyglądał ten mój ukochany lip tint z Essence. W opakowaniu i na mnie wyglądał dość neutralnie, ale na swatchu – dosyć ciepło. A kiedy patrzę na różne zdjęcia zrobione w tamtych czasach nie czuję wcale, żebym się z moją karnacją gryzł. Więc zaryzykuję stwierdzenie, że faktycznie był to odcień neutralny :)

Jako zamiennik wybrałam pomadkę w płynie Bourjois, Rouge Edition Velvet w odcieniu 01 Personne ne rouge! W moim odczuciu, w opakowaniu wygląda neutralnie, a na swatchach i na mnie ujawnia odrobinę chłodu i/lub złamania tej klasycznej czerwieni. Jest moim zdaniem przepiękna. Po nałożeniu daje takie lekko winylowe, śliskie odczucie, dzięki czemu czuję ją na ustach i dla mnie to ogromny plus przy kolorach tak odważnych! Pamiętam dzięki temu, żeby co jakiś czas zerknąć w lusterko i ewentualnie coś poprawić ;) Jest to też jedyna szminka, do której używam konturówki: u mnie jest to Pierre Rene, Lip Matic 03.



Tego samego życzyłabym sobie przy drugiej czerwonej pomadce w mojej kolekcji, ale znalezienie konturówki w TYM kolorze jeszcze mi się nie udało. O odcieniu ciemnych czereśni, tak ciemnym że prawie czarnym, marzyłam odkąd tutaj wypatrzyłam Nyx, Soft Matte Lip Cream w kolorze Copenhagen. Niestety, w zależności od zdjęcia kolor ten prezentował się albo idealnie (klik!) albo kompletnie nie tak jakbym sobie tego życzyła (klik!). Dlatego odpuściłam sobie zakupy przez internet i szukałam czereśni stacjonarnie. Podstawowy problem z takimi kolorami jest taki, że najczęściej dorzuca się do nich  albo nuty brązu, albo fioletu… Na szczęście w koncu znalazłam to, czego szukałam! Szminka Essence, Matt Matt Matt w kolorze 08 doprowadza moją mamę do palpitacji serca, bo jest naprawdę TAKA CIEMNA. Jeśli lubicie takie klimaty i szukacie takiego prawie gotyckiego/wampirzego koloru, który będąc chłodnym nie będzie siny i nie zrobi z Was zombiaków, to tego właśnie potrzebujecie.


ODCIENIE FIOLETU


A propos bycia sinym… to przeciwko takiemu efektowi nic nie mam i do niektórych ubrań bardzo pasują mi fioletowe, jagodowe usta. Jesienią to w ogóle szał. Tego koloru też szukałam dosyć długo, ale w końcu znalazłam: Manhattan X-treme Last & Shine, kolor 56U. Z tego co mi wiadomo, ta pomadka jest w tej chwili do kupienia wyłącznie on-line, bo z produkcji wycofano całą linię. Tej mam jeszcze dużo, więc zamiennikiem będę martwić się kiedy indziej. Ale jeśli któraś z Was ma/miała pomadkę Golden Rose Liquid Matte nr 5 albo Matte Crayon nr 3, to dajcie znać :)



FUKSJE I MAGENTY


Choć może wydać się to dziwne, moja fuksjowa pomadka jest – zaraz po cielistej – najmniej wyrazistą szminką jaką posiadam. Jest to zasługą faktu, że wszystkie pozostałe moje szminki to kryjące, kremowe kosmetyki o wykończeniu matowym lub satynowym. Tymczasem kredka Bourjois, Color Boost w kolorze 02 Fuchsia Libre to produkt, który zaaplikowany cieńszą warstwą daje „soczysty”, półtransparentny efekt. Można go stopniować i stopniowo przejść do typowej fuksji. Natomiast wiosną uwielbiam właśnie tylko musnąć nią usta jako element świeżego, lekkiego makijażu. Kiedy zobaczyłam ją w tym poście, zakochałam się od pierwszego wejrzenia ;)

Pomadka ta ma tylko jeden poważny minus: jest jej w opakowaniu bardzo mało, bo 2,75 g (dla porównania – Essence mają 3,8 g). Za cenę 36 zł bym jej po prostu nie kupiła, ale na szczęście z ratunkiem przychodzą promocje -49% w Rossmannie… ;) Wtedy będzie to dobry zakup, bo pomadka jest piękna, trwała i nie wysusza ust. Przy nakładaniu faktycznie odrobinę smuży, ale wystarczy trochę przyłożyć się do aplikacji i problem znika.



Jeśli chodzi o moje pomadki, to tyle: tyle ich mam i tyle mi wystarcza. Poza nimi mam w kuferku kilka wygranych lub otrzymanych w prezencie błyszczyków, ale używam ich naprawdę sporadycznie – jest to forma kosmetyku, za którą po prostu nie przepadam…

Jak to wygląda u Was? Ile szminek macie? I ilu faktycznie używacie?
Które marki czy serie polecacie najbardziej?
Zbieram rekomendacje, bo jak sobie właśnie uświadomiłam, wycofano już POŁOWĘ moich ideałów :<

Ania

Jak zapuścić włosy w rok? Efekty na kręconych włosach.

1/30/2017

Jak zapuścić włosy w rok? Efekty na kręconych włosach.


Z mojej włosowej metryczki (klik!) wiecie wszystko: miałam kiedyś długie gęste włosy, jedną trzecią objętości straciłam, ścięłam je na krótko, po roku postanowiłam spróbować znowu je zapuścić, tym razem walcząc o utrzymanie nowoodkrytego skrętu i o powrót do dawnej gęstości.

Decyzję tę podjęłam ostatecznie w styczniu 2016 roku, więc mamy idealny czas na podsumowanie. Jak zawsze przypomnę Wam, że pod tagiem -> zapuszczanie włosów znajdziecie sporo przydatnych postów na ten temat: kompendium dbania o zdrowy i szybki wzrost włosów, tekst o najbardziej w tym czasie przydatnych akcesoriach oraz cokwartalne podsumowania.

Grafika pochodzi z mojego mini-kompendium :)

W tym tekście podobnie jak w większości pozostałych moich artykułów na ten temat utrzymam znaną Wam formę „odhaczania” listy pięciu podstawowych aspektów, o które przy zapuszczaniu włosów trzeba zadbać. Zaczynamy :)


Po pierwsze: fryzjer i fryzura

Jak być może pamiętacie, na samym początku zapuszczania podcięłam włosy, żeby w okresie przejściowym się ładnie układały. Kolejne cięcie (po prawie ośmiu miesiącach, we wrześniu) połączyłam z delikatnym cieniowaniem, z którego byłam i jestem ogromnie zadowolona. Teraz włosy zaczynają trochę grymasić, ale w rodzinnym mieście (gdzie chodzę do fryzjera) na dłużej będę pewnie dopiero na Wielkanoc… W każdym razie, planuję wtedy odświeżyć cieniowanie i podciąć końcówki. W ostatecznym rozrachunku powinnam i tak zostać na sporym plusie, bo na oko rosną mi obecnie w tempie dwóch centymetrów miesięcznie.



Na nowo odkryłam też radość z upinania włosów – a może zrobiłam to po raz pierwszy? Z długimi, ciężkimi włosami z trudnością przychodziło mi nawet zrobienie ładnego kucyka i w 9 przypadkach na 10 nosiłam je rozpuszczone. Teraz spokojnie co drugi dzień coś z nimi robię, nawet gdyby miała być to zwykła kitka. A jeśli kiedyś nauczę się pleść sobie ładne warkocze, to spełni się moje małe marzenie ;)

Dodatkowym motywatorem jest tutaj kwestia ochrony końcówek przed niszczeniem się od ocierania, przygniatania i przycinania np. suwakiem kurtki. Więcej o tym zjawisku, fryzurze przejściowej i „włosach, które nie rosną” pisałam w moim -> poradniku zapuszczania włosów.



Po drugie: suplementacja


Ogólnie rzecz biorąc, odżywiam się dość zdrowo i nie ma dnia, w którym nie zjadłabym łyżki siemienia lnianego, tak znanego ze swojego dobroczynnego wpływu na włosy.

Dieta dietą, ale czasem warto się czymś wspomóc. Z powodów zupełnie niewłosowych, przez całą jesień i zimę biorę witaminę D. W ciągu ostatniego roku miesiące, w których nie brałam jej w ogóle, były tylko cztery: od maja do sierpnia. W marcu i kwietniu brałam po prostu połowę dawki (1000 j. dziennie), bo przy moim domatorstwie i ciągłym filtrowaniu ta odrobina wiosennego słońca to tyle, co nic ;)

Z takich typowych włosowych wspomagaczy parę miesięcy brałam Calcium Pantothenicum (włosy jak zawsze wystrzeliły), a miesiąc piłam skrzyp – więc skuteczności tego ostatniego nijak nie mam jak ocenić. Ale smakował mi na tyle, że jeszcze pewnie do niego wrócę ;)

Natomiast obecnie suplementuję się czymś zupełnie innym. Ze względu na cerę postanowiłam wprowadzić u siebie kurację miksem antyoksydantów i… zaczęłam od małej wtopy: niechcący zakupiłam je w zestawie w witaminami i minerałami, czyli wersję Gold Vita-Min Anti-Ox ;) Więc przez miesiąc brałam je również, a wspominam o tym, bo skład miały lepszy niż niejedna „włosowa” mieszanka, więc na pewno przyczyniły się do obecnego stanu. Na co dzień jednak odżywiam się tak, że nie czuję potrzeby uzupełniania diety tą częścią zestawu i ograniczę się do samych przeciwutleniaczy. Także od następnego opakowania zostanę przy Olimp Anti-Ox Power Blend.


Po trzecie: wcierki


Od zewnątrz wcieram kupioną niedawno odżywkę Radical MED przeciwko wypadaniu do włosów.

Po wykończeniu Jantaru i opartej na alkoholu wcierki Balea MEN byłam zdecydowana kupić coś bezalkoholowego. Totalnie napaliłam się na Saponics od Farmony, ale nigdzie nie mogłam go wtedy upolować… Więc dość spontanicznie kupiłam wypatrzoną w jakiejś drogerii czy aptece nowość.

Na ten moment wciąż nie umiem powiedzieć, czy jestem zadowolona z tej wcierki. Prowadzę jeszcze dalsze testy, ale mam pewne podejrzenia, że po użyciu na skórę głowy dostaję od niej łupieżu :( Nie jestem tego tak w stu procentach pewna, ale jeśli to prawda – bez bólu zużyję ją na długości, na przykład olejując na nią włosy :)


Po czwarte: skóra głowy


Kiedy miałam długie i tylko lekko falowane włosy, masaż skóry głowy był kwestią prostą: albo mi się chciało, albo nie. Raczej nie miewam problemów z motywacją i zdecydowanie rzadkością było, żebym sobie odpuściła.

Teraz jest jednak tak, że włosy mam bliżej typu kręconego niż prostego/falowanego i masażer-pająk wyraźnie psuje mi loki :< Z tego powodu ciężko mi się zmobilizować do używania go; bardzo często myję głowę z myślą, że następnego dnia chciałabym na taką czy inną okazję super się prezentować, a co za tym idzie – mieć włosy ładnie skręcone, a nie stanowiące kupę bałaganu ;) Więc bez bicia oświadczam, że w ciągu ostatniego roku robiłam to naprawdę sporadycznie i tak naprawdę nie wiem, czy będę się do tego zmuszać w przyszłości.

Z innej beczki, bardzo jestem zadowolona z rokitnikowego scrubu do skóry głowy Natura Siberica. Nie wiem czy poświęcę mu osobny post (recenzje rezerwuję raczej na produkty, o których mam coś więcej do powiedzenia), więc już teraz napiszę, że świetnie oczyszcza, DOSKONALE wypłukuje się z moich gęstych kudłów i pachnie czymś w rodzaju Vibovitu ;) Na wybitnie gęstych włosach może okazać się mało wydajny, ale ja nie narzekam. Bardzo, bardzo fajny produkt.


Po piąte: zdrowie ciała i włosów


Nie mogę oczywiście nie wspomnieć tu o tym, że po prostu dbam o cały swój organizm. Staram się wysypiać i zdrowo jeść, piję dużo wody i zielonej herbaty. Dwa razy w tygodniu wychodzę na godzinę zumby, więc mam też trochę ruchu, choć na świeżym powietrzu jedyną moją aktywnością jest piesze chodzenie wszędzie tam, gdzie to możliwe.

To cytat z mojego poprzedniego posta (o obecnej pielęgnacji cery), który pasuje tu jak ulał. Nie ma zdrowych i szybko rosnących włosów bez dbania o siebie – tyle w temacie.

Oczywiście ważne jest też dbanie o same włosy. I tu w ciągu ostatnich trzech miesięcy nastąpił prawdziwy przełom! Udało mi się wreszcie włączyć na stałe olejowanie, mycie włosów odżywką, a co za tym idzie – moją ukochaną metodę OOMO.

Od lewej: 17.01.2016 r., kwiecień 2016 r., lipiec 2016 r.


Skórę głowy myję obecnie głównie mocniejszym szamponem, bo chciałabym go po prostu zdenkować i mieć go z głowy ;) Olej jedwabny EcoLab zmywałam dotąd resztkami Kallosa Milk, którego budyniowej woni szczerze nie cierpiałam i po wczorajszym zdenkowaniu mogłabym wręcz otwierać szampana ;) W zastępstwie kupiłam już maseczkę Scandic Banana, ale użyłam jej dopiero raz i mogę powiedzieć tylko tyle, że nic złego się nie zadziało ;) Pożyjemy, zobaczymy.

Jeśli chodzi o odżywianie po myciu, to żongluję produktami testując maski i odżywki w różnych konfiguracjach. Jeśli któraś z nich wyróżni się pod jakimkolwiek względem, na pewno zaowocuje to recenzją :) Na liście zakupów z całą pewnością jest maska Dr Sante z olejem arganowym, która podczas testów w formie odlewki od Kasi :* zafundowała mi najlepszy great hair day jaki w życiu miałam! Nie odczuwam potrzeby posiadania większej liczby masek, odżywki mam cztery (chociaż dwie są jeszcze nieotwarte) i dosłownie jedną (nader ciekawą!) odlewkę.

Od lewej: 26.08.2016 r., wrzesień 2016 r. - po podcięciu i styczeń 2017 r. jako stan obecny :)

Namnożyło mi się trochę produktów do stylizacji, bo poza codziennie używaną odżywką bez spłukiwania i żelem dorobiłam się jeszcze całego stadka odlewek, za których testowanie właśnie się biorę ;) Wraz ze wzrostem włosy robią się pod tym względem coraz bardziej wymagające, bo potrzeba coraz mocniejszych kosmetyków by wydobyć z nich skręt... Ale póki co, jestem z nich bardziej niż zadowolona, niech sobie rosną ;)

Niektóre produkty z posta możecie kupić za pomocą mojego linku partnerskiego - znaczy to tyle, że cena dla Was się nie zmienia, ale ja dostanę z niej niewielki odsetek. Nie krępujcie się korzystać :D A jeśli kojarzycie te kosmetyki czy suplementy to dajcie znać, reszta czytelniczek na pewno na tym skorzysta :)

Pozdrawiam,
Ania

Moja pielęgnacja cery [aktualizacja]. (Aż zbyt) pełny schemat pielęgnacyjny.

1/24/2017

Moja pielęgnacja cery [aktualizacja]. (Aż zbyt) pełny schemat pielęgnacyjny.



W zeszłym tygodniu zamieściłam na blogu krótką metryczkę cery, z której dowiedziałyście się, że w codziennej pielęgnacji skupiam się na przeciwstarzeniowym działaniu kosmetyków na moją skórę. Dziś pokażę Wam jak obecnie wygląda to w praktyce, a jeżeli jesteście ciekawe moich starszych postów na ten temat, zajrzyjcie tutaj:


CEL…


Jeśli czytałyście też zebrane przeze mnie -> podstawy wiedzy na temat pielęgnacji anti-aging to wiecie, że za trzy najważniejsze oznaki starzenia uważam migrację twarzy, nierówny koloryt cery oraz najpowszechniej kojarzone ze starzeniem zmarszczki. Te ostatnie roboczo dzielę na wynikające z migracji twarzy zmarszczki „grawitacyjne”, biorące się z odwodnienia „fine lines” oraz spowodowane kurczeniem się mięśni zmarszczki mimiczne.

I tak naprawdę to w tej pigułce zamyka się całe działanie poszukiwane przeze mnie w kosmetykach i zabiegach. Od mojej pielęgnacji oczekuję:

  • przeciwdziałaniu grawitacji,
  • walki z hiper- czy dyspigmentacją,
  • rozkurczania mięśni mimicznych,
  • odpowiedniego nawilżenia.

Dodatkowo warto wspomnieć, że każdy rodzaj zmarszczek chętniej powstanie na skórze o małej gęstości, czyli o kiepskiej siatce kolagenu i elastyny. Tak więc warto podejmować też takie kroki, które będą chroniły je przed degradacją oraz – o tyle, o ile to możliwe – pobudzą ich produkcję.

… PAL!


Z przeciwdziałaniem migracji twarzy sprawa jest prosta: kosmetykami niewiele można tu zdziałać ;) Dlatego ja stawiam na masaże, a konkretnie na prosty i szybki masaż znaleziony na kanale marki Shiseido, który podlinkuję w przedostatniej części wpisu zatytułowanej „Zabiegi”. Wierzę, że wykonując go codziennie (ale tak naprawdę codziennie, a docelowo wręcz częściej) ma on szansę ujawnić swoje działanie – nawet jeśli byłoby ono bardzo delikatne.

W kwestii hiperpigmentacji (szczególnie tej, która ujawnia się w starszym wieku) najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla swojej cery jest nieopalanie się, zwłaszcza w solarium. Oczywiście ja idę o krok dalej i dodatkowo przez cały rok używam kremów z filtrem: jesienią/zimą SPF 30, a wiosną/latem SPF 50. Dodatkowo znanym składnikiem rozjaśniającym jest witamina C, która hamuje działanie enzymu odpowiedzialnego za produkcję melaniny (barwnika skóry). Dlatego substancja ta odgrywa w moim planie pielęgnacyjnym ważną rolę.


Rozkurczanie mięśni mimicznych jest trudne, ale robię co w mojej mocy, by odnieść na tym polu sukces. Jeśli znane jest Wam działanie botoksu (czyli blokowanie złącza nerwowo-mięśniowego, które uniemożliwia przekazanie sygnału do skurczu od mózgu do mięśnia) oraz jego niezaprzeczalna skuteczność, to nikogo nie zdziwi fakt, że sposobu na odtworzenie go szukają wszelkie możliwe koncerny. Różnego rodzaju peptydy mają dawać działanie podobne, ale mniej totalne i oczywiście mniej trwałe. Na blogu wymieniałam już kilku najpopularniejszych obecnie przedstawicieli, ale przypomnijmy ich: Syn-ake® (= tripeptide-3 = dipeptide diaminobutyroyl benzylamide diacetate), wagleryna (= Waglerin-1) czy argirelina (= acetyl hexapeptide-3 = acetyl hexapeptide-8).

Dodatkowo przy mięśniach mimicznych nie można zapominać o delikatnym, ale regularnym masażu rozluźniającym przykurczone mięśnie. Tak jak już wspominałam na blogu niejednokrotnie, moją małą zmorą są poziome zmarszczki na czole, które masuję codziennie. Link do wykonywanego przeze mnie masażu zamieszczam na koniec wpisu.

Mówiąc zaś o odpowiednim nawilżeniu, musimy uwzględnić niewysuszanie skóry, nawadnianie odpowiednio dobranymi humektantami i zapewnianie jej okluzji, która nie pozwoli wodzie uciec ze skóry, ale zarazem nie zapcha jej. Tutaj kluczową sprawą będzie dobranie odpowiedniej metody i produktu do mycia twarzy, właściwego toniku, serum czy kremu nawilżającego.

Z kolei gęstość skóry będzie zależała przynajmniej w części od środków, o których już wspomniałam. Idealną grupą pomocnych nam w tym substancji są retinoidy, które stosowane miejscowo pobudzają proliferację komórek naskórka pogrubiając go oraz pobudzają syntezę i odkładanie się glikozaminoglikanów w skórze. Glikozaminoglikany to takie wielkie cukrowe cząsteczki, które stanowią budulec naszej skóry oraz chłonąc wodę utrzymują jej jędrność. Najsłynniejszym przedstawicielem GAG jest na pewno dobrze Wam znany kwas hialuronowy :)

Dodatkowo w utrzymaniu gęstości skóry pomogą nam filtry przeciwsłoneczne, które chronią siatkę kolagenu i elastyny przed uszkodzeniem, oraz witamina C, która pomaga im się odbudować. W walce z uszkodzeniami wspomoże nas też armia przeciwutleniaczy (antyoksydantów) z witaminą E, koenzymem Q10, kwasem liponowym, astaksantyną czy resweratrolem na czele. Na marginesie dodam, że wielu dermatologów z którymi rozmawiałam twierdziło, że najlepsze co można zrobić dla swojej cery to… po prostu nie palić papierosów. Tak więc kolejny punkt dla mnie ;)

SCHEMAT PIELĘGNACYJNY

Rano:

  • płyn micelarny lub tonik, rzadziej zamiennik,
  • serum z witaminą C,
  • filtr z SPF 25.


Wieczorem:

  • łagodny żel do mycia twarzy,
  • tonizowanie takie, jak o poranku,
  • krem mikrozłuszczający w strefie T,
  • krem nawilżający na resztę twarzy,
  • przeciwstarzeniowy olejek na szyję i dekolt.


Dodatkowo podstawę mojej pielęgnacji stanowi regularne (dwa razy w tygodniu) używanie peelingów enzymatycznych oraz maseczek, które łączą działanie przeciw niedoskonałościom z dbałością o koloryt, nawilżenie i gładkość cery. Po maseczce stosuję serum z mocniejszymi składnikami (retinoidami lub peptydami), które chciałabym włączyć do codziennej pielęgnacji, najlepiej w postaci kremu na noc.

Krem Soraya akurat skończył mi się i nieopatrznie wyrzuciłam pudełko :( Ale w międzyczasie wykańczam próbki, których termin przydatności pomału się kończy ;)

KOSMETYKI


Są dwa kosmetyki, na które jestem w stanie wydać większe pieniądze: serum z witaminą C oraz krem przeciwsłoneczny. Dlatego od dłuższego czasu stosuję lekkie serum rozświetlające z witaminą C LIQ CC SERUM LIGHT 15% VITAMIN C BOOST oraz przez większość roku filtry, które również kosztują mnie wiele finansowych wyrzeczeń ;) O ile dobre filtry łapię na promocjach -40% np. w Super Pharm, o tyle serum niezmiennie obciąża mój budżet, ale w mojej opinii jest tego po prostu warte.

Wiosną na pewno będę polowała na mojego osobistego faworyta, czyli suchy żel-krem do twarzy Anthelios XL SPF 50+, ale zimą trzymam się niższej ochrony. Normalnie zakupiłabym ten sam żel-krem w wersji SPF 30, ale gdy moje finanse na to nie pozwalają wybieram coś z niższej półki: krem ochronny do twarzy Soraya SPF 25. O moich ulubionych -> kremach z filtrami z ochroną SPF 30 pisałam całkiem niedawno, więc zapraszam – tam mówię o nich więcej oraz polecam produkty, które cenię z innych powodów.

No i jeśli chodzi o drogie kosmetyki, to tyle. Cała reszta produktów do codziennego użytku razem wzięta (przy cenach promocyjnych tam, gdzie to możliwe) kosztuje razem mniej-więcej tyle, co opakowanie serum Liq wraz z przesyłką. Takie podejście w stu procentach mi odpowiada i dopóki nie znajdę tańszego serum czy filtru o tej samej jakości, pewnie nieprędko coś się tu zmieni :)



Żel do twarzy wybieram jako jeden z pięciu, które kosztują grosze, a fantastycznie się u mnie sprawdzają: o moich -> ulubieńcach do mycia twarzy przeczytacie tutaj. Obecnie na tapecie jest biedronkowy żel micelarny Be Beauty (chyba moje dwudzieste opakowanie…), ale wspomniane w poście Babydream, Anida czy Fitomed również wracają do mnie jak bumerang.

Z tonizowaniem sprawa wygląda analogicznie: wybieram jeden z pięciu dobrych, tanich toników i nic więcej mi do szczęścia nie trzeba. Aktualnie w użyciu jest płyn micelarny Be Beauty, a jakże! z Biedronki. Nie ukrywam, są inne, które również bardzo lubię, ale zwykle są co najmniej trzy razy droższe, co ma dla mnie niebagatelne znaczenie. Tu przeczytacie o moich -> ulubionych tonikach z drogerii, a tutaj o -> najfajniejszych tonikach domowych.

W strefie T używam obecnie kremu do skóry trądzikowej CERA+ SOLUTIONS, którego działanie bardzo, ale to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Produkt ten pewno doczeka się jeszcze własnej recenzji, ale już teraz mogę zapowiedzieć Wam, że jest to jeden z najfajniejszych -> mikrozłuszczających kremów jakie miałam (a było ich trochę!). Dodatkowo cena około 10 zł czyni go naprawdę mocno konkurencyjnym wobec reszty kosmetyków tego typu na rynku.

W kwestii nawilżenia trzymam się ostatnimi czasy -> Skoncentrowanego kremu przywracającego gęstość skóry na dzień i na noc, 60+ z serii Eveline New Hyaluron Drugiej Generacji. Jego recenzja dopiero co była na blogu, więc ciężko mi napisać o nim coś ponad to ;) To moje drugie opakowanie, oba kupiłam w promocyjnych cenach 9-11 zł i dla mnie na tej półce cenowej krem ten nie ma żadnej konkurencji. Tym niemniej poszukuję jego zamiennika, który zawierałby któryś przeciwzmarszczkowy peptyd i/lub retinol. Jeśli znacie coś godnego polecenia, piszcie :)

Olejek do stosowania na szyję i dekolt wykonałam sama, więc jeśli jesteście ciekawe przepisu – kliknijcie w link. Wykorzystałam znane z przeciwzmarszczkowego działania olej arganowy, kawę oraz witaminę C i otrzymałam naprawdę fantastyczny kosmetyk :) Polecam od serca, naprawdę.

Dodatkowo dwa razy w tygodniu robię sobie mały dodatkowy zabieg: peeling, maseczkę i przeciwzmarszczkowe serum. W kwestii złuszczania niezmiennie trzymam się peelingu enzymatycznego Balea, który kosztuje 2,45 euro i jest po prostu fantastyczny. Serum też mam tylko jedno: aktualnie jest to Przeciwzmarszczkowe serum wygładzające z retinolem i adenozyną z linii Vis Plantis Reti Vital Care. Po jego wykończeniu kupię zapewne produkt z innej serii: Vis Plantis Age Killing Effect Serum na zmarszczki mimiczne i głębokie linie, które zawiera 4% Dipeptide Diaminobutyroyl Benzylamide Diacetate, czyli po prostu Syn-ake®. Oba produkty bez promocji kosztują ok. 35 zł, ale biorąc pod uwagę częstotliwość stosowania i typowe ceny kosmetyków z tego typu składnikami, uważam je za bardzo sensowną alternatywę.

Natomiast między peelingiem a serum jest zawsze miejsce na maseczkę i tu, muszę przyznać, zaskoczyło mnie ile ich mam. Z mojego wielkiego posta ze -> zbiorczą wiedzą o maseczkach wiecie, że nade wszystko uwielbiam algi Nacomi oraz jednoskładnikowe maseczki z alg oraz glinek, więc są to produkty raczej trudne do przeterminowania, ale… sam fakt, że nazbierało się mi ich więcej niż sądziłam, zaskoczył mnie ;) Biorę się więc za denkowanie.



ZABIEGI


Oczywiście, świetnym uzupełnieniem pielęgnacji kosmetykami w domu są najróżniejszego rodzaju zabiegi kosmetyczne. Przy studenckim budżecie jest to jednak coś, na co zupełnie mnie nie stać, więc rozpieszczam się sama: głównie masażami.

Nie stosuję ich rano, bo żaden stosowany przeze mnie wtedy kosmetyk nie zapewnia mi wystarczającego poślizgu, który chroniłby przed nadmiernym naciąganiem skóry. Jednak wieczorem stosuję masaż „na wodę” podczas mycia twarzy żelem oraz część segmentów wykonuję na olejku. Jak to dokładnie wygląda?

Zaczynam od zdrenowania limfy z twarzy. Ponieważ w kolejnych etapach masażu będę wykonywać ruchy z dołu do góry, nie chcę pompować w tym kierunku chłonki ze zbędnymi produktami przemiany materii: ich miejsce jest w układzie żylnym, z którym trafią do wątroby i nerek by tam je unieczynnić. Z kolei do tego układu żylnego trafić, limfa z całego ciała musi spłynąć do klatki piersiowej. Tak więc masaż zaczynam od drenażu (czyli „przepychania” chłonki z miejsc obwodowych w tym właśnie kierunku), potem przechodzę do kolejnych partii, a następnie drenuję jeszcze raz: by pozbyć się tych resztek chłonki, które mogłam „wypchnąć” z powrotem przy poprzednich etapach :)

Podsumowując, mój masaż składa się z czterech segmentów:
  • drenażu,
  • masażu antygrawitacyjnego,
  • masażu rozluźniającego mięśnie i
  • ponownego drenażu.

Tu chciałabym podkreślić, że jestem mocno przekonana, że każdy fizjoterapeuta widząc tę terminologię albo oglądając podlinkowane niżej filmiki parsknąłby śmiechem ;) Prawdziwy masaż twarzy jakiego uczą na fizjoterapii czy kosmetologii to przede wszystkim zabieg, który dobrze wykonany może być tylko przez osobę trzecią, choćby dlatego że tylko ona ma możliwość uciskać pod odpowiednim kątem i z dobrze dobraną siłą. Z drugiej strony, nawet osoby które stać na takie rozpusty ;) nie robią tego zapewne częściej niż raz w tygodniu. Więc jednocześnie uważam, że taki krótki, ale za to bardzo regularny masaż ma też swoje efekty, które są nie do przecenienia: jako jedyne mogą walczyć z migracją twarzy oraz… są całkowicie darmowe. A cała sekwencja nie zajmuje mi więcej niż pięć minut, więc jedyną PRAWDZIWĄ przeszkodą może być tu po prostu zmęczenie czy lenistwo. A więc obejrzyjcie te filmiki i masujcie się razem ze mną :)

Segment 1. i 4.

drenaż limfatyczny metodą kamień-nożyce-papier




Segment 2.

masaż antygrawitacyjny z Shiseido

Segment 3.

rozluźnianie mięśni mimicznych z Azjatyckim Cukrem






ZDROWIE CAŁEGO ORGANIZMU


Nie mogę oczywiście nie wspomnieć tu o tym, że po prostu dbam o cały swój organizm. Staram się wysypiać i zdrowo jeść, piję dużo wody i zielonej herbaty. Dwa razy w tygodniu wychodzę na godzinę zumby, więc mam też trochę ruchu, choć na świeżym powietrzu jedyną moją aktywnością jest piesze chodzenie wszędzie tam, gdzie to możliwe.

Dodatkowo od początku tego roku postanowiłam uzupełnić dietę o to, czego nie jestem jej w stanie dostarczyć: silne antyoksydanty obecne w produktach, których nie lubię lub jem za mało. Służy mi do tego suplement Olimp: aktualnie jeszcze Gold Vita-Min Anti-Ox Super Sport, a po jego skończeniu przerzucę się na Anti-Ox Power Blend. Oba produkty opierają się na tym samym koktajlu przeciwutleniaczy, które w wersji Gold Vita-Min występują w tandemie z fajną mieszanką minerałów i witamin. Jednak analizując moje wyniki z Fitatu (świetnej, darmowej, dotyczącej żywienia aplikacji!) żadne większe niedobory mi nie grożą, więc do codziennej suplementacji (dotychczas ograniczającej się tylko do witaminy D i okresowo czegoś na włosy) chętniej włączę sam Anti-Ox, który wychodzi przy tym o wiele taniej :) Aha, kupując go zwróćcie uwagę na to co bierzecie: ja poprosiłam o Anti-Ox, a dostałam Gold Vita-Min Anti-Ox Super Sport i o pomyłce zorientowałam się dopiero w domu ;) Więc jeśli przykładowo zapuszczacie włosy albo grożą Wam niedobory, szukajcie takiego pudełka jak na zdjęciu. W przeciwnym razie lepiej skupić się na zdrowej diecie i wybrać sam Anti-Ox Power Blend ;)

Rany boskie, pisząc ten tekst w edytorze tekstu skończę zaraz SIÓDMĄ stronę. Jestem chyba nienormalna. No i kto to będzie czytał? :D Tak swoją drogą, to jest dobre pytanie do moich Czytelniczek: czy przy tekstach tej długości wolicie dostać ja na raz, czy podzielone na dwie części? W tym przypadku o podjęcie decyzji poprosiłam fanki Kosmeologiki na Facebooku, ale chciałabym wiedzieć co robić też na przyszłość. Tak więc będę wdzięczna za odpowiedzi, bo ten słowotok to dla mnie niestety stan naturalny… ;)

Ściskam!
Ania


PS. A może by tak dać temu postowi lajczka na na fejsie? Napracowałam się i poza listą kosmetyków jest tu naprawdę dużo teorii: fajnie byłoby, gdyby dotarła do większego grona odbiorców :) Kliknij tu: (klik!), a potem daj Lubię to! :)

Po powiększeniu zdjęcia możecie przeanalizować skład obu składowych mojego obecnego suplementu.

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger