DIY: witaminowy olejek przeciwstarzeniowy do masażu twarzy, szyi i dekoltu

12/07/2016

DIY: witaminowy olejek przeciwstarzeniowy do masażu twarzy, szyi i dekoltu



O przeciwstarzeniowym działaniu masażu wspominałam tutaj już kilkukrotnie. Wierzę, że regularne stosowanie go może pomóc naszej cerze na wiele sposobów. Walka ze zmarszczkami mimicznymi i migracją twarzy, wspomożenie drenażu chłonki z obszaru głowy i szyi, poprawa działania stosowanych przez nas kosmetyków… Jak widać, masaż działa na wielu płaszczyznach i choć jego skuteczność pewnie nigdy nie będzie porównywalna z zabiegami medycyny estetycznej, to pominięcie go w profilaktyce starzenia się twarzy wydaje mi się być poważnym błędem i dlatego sama masuję się codziennie. O moich ulubionych masażach wspomnę pod koniec tekstu, a więc po zapoznaniu się z przepisem nie uciekajcie tak od razu ;)



Do czego możemy wykorzystać wykonany przez nas olejek? Ja widzę dla niego trzy najfajniejsze zastosowania:
  • Oczywiście masaż. Dwa z trzech etapów mojego codziennego masażu wykonuję podczas mycia twarzy łagodnym żelem, ale trzeci z nich wykonuję zawsze z olejem. Jeszcze jakiś czas temu był to czysty olej arganowy, który koleżanka przywiozła mi jako idealną pamiątkę z Maroka dla prawdziwej ceromaniaczki ;) Obecnie używam mikstury będącej przedmiotem dzisiejszego wpisu, ale sprawdzi się tu wiele innych olei, serum czy nawet krem.
  • Kompres na cerę. Nie wiem jak Wy, ale często po peelingu i maseczce mam ochotę nałożyć na twarz coś bogatszego niż zazwyczaj. Chętnie sięgam wtedy po oleje i o ile nie macie uczulenia na żaden z jego składników, nasz dzisiejszy bohater również świetnie się do tego nada.
  • Składnik kosmetyków. Zarówno do wzbogacania kupowanych maseczek, jak i celowo wybrany składnik do mieszanki z glinką czy algami, a także do wymieszania w dłoni z kwasem hialuronowym w celu uzyskania błyskawicznego serum do twarzy. Ponownie zalecam tu ostrożność w kwestii ewentualnych uczuleń, choć jak zaraz zobaczycie – skład olejku wygląda naprawdę bardzo niewinnie ;)


Czego potrzebujemy do wykonania naszego oleju?
  • porcji oleju bazowego (najlepiej takiego o działaniu przeciwstarzeniowym: arganowym, z dzikiej róży, z ogórecznika, konopny…),
  • mniejszej gdzieś o ¼ objętości ziaren kawy,
  • „olejowej” witaminy C, czyli Ascorbyl Palmitate (ja mam tę z ZSK, której stężenie w kremach może sięgać do 8%).




Co robimy z naszymi składnikami? Przede wszystkim zanim weźmiemy się do pracy, zapoznajmy się z podstawowymi -> zasadami robienia domowych kosmetyków. A następnie:

1. Ziarna kawy grubo mielimy. Jak widać powyżej, mój młynek do kawy ma taką oto podziałkę, więc wystarczyło po prostu skręcić ją maksymalnie w prawo.
2. Mieloną kawę zalewamy olejem i odstawiamy na miesiąc w ciepłe, ciemne miejsce i codziennie raz wstrząsamy. Po przesączeniu uzyskamy kawowo-arganowy macerat. O macerowaniu na zimno i na gorąco pisałam na przykład -> tutaj i -> tutaj.
3. Macerat delikatnie podgrzewamy nie przekraczając temperatury 60 stopni Celsjusza.
4. Dodajemy witaminę C. U mnie na około 60 ml maceratu będzie to około 4 ml. Ostatnio podczas dodawania wspomogłam się ręcznym minimikserem i Wam również to polecam :)
5. Olejek przelewamy do buteleczki z ciemnego szkła. Opisujemy go etykietką ze składem i datą wykonania, a buteleczkę wstawiamy do ciemnego i chłodnego miejsca.
6. (opcjonalnie) Olejek możemy też zakonserwować witaminą E, na przykład wyciśniętą z kapsułki z apteki.


Ja poprzednią, niezakonserowaną wersję olejku trzymałam w lodówce i zużyłam go zanim zdążył się zepsuć. Tym razem zamierzam wstawić go do szafki w łazience i liczę na to, że wytrzyma w niej co najmniej te trzy miesiące.

Jak zamierzam używać go w najbliższym okresie? Czasem jako składnik maseczki, a czasem po niej, ale najczęściej właśnie do masażu szyi i dekoltu :) Mój codzienny masaż składa się z trzech części, z których każdą znajdziecie na YouTube od odpowiednimi linkami: tu (klik!), tutaj (klik!) i w końcu tu(klik!). Myślę, że olej arganowy nie na każdej cerze sprawdzi się do masowania twarzy i jeśli mamy skłonności do zapychania to lepiej będzie pomyśleć o jakimś lżejszym oleju z grupy olei schnących: na przykład z dzikiej róży, ogórecznika czy konopnego. Ale do szyi i dekoltu (oraz rzadziej na twarz) argan powinien okazać się idealny dla każdego!

Jak to z masażem twarzy, szyi i dekoltu jest u Was?
Robicie go regularnie, od czasu do czasu, a może wcale?
Czego używacie dla zachowania odpowiedniego poślizgu?
Czekam na Wasze opinie i pytania :)

Miłego wieczoru!


Ania
Top 6 najlepszych filtrów na jesień / zimę!

11/30/2016

Top 6 najlepszych filtrów na jesień / zimę!



Zaraz, zaraz… ale jak to? Filtry w listopadzie?!

Witam wszystkie nowe czytelniczki, bo każdy kto bywa tu już od jakiegoś czasu wie, że ja filtruję się przez cały rok. Co prawda, w sezonie jesienno-zimowym schodzę z moich ulubionych SPF50 do SPF30, ale fakt pozostaje faktem.

Dlaczego to robię? Moją pasją jest pielęgnacja przeciwstarzeniowa, a ta bez ochrony przeciwsłonecznej nie istnieje. Przeczytaj mój artykuł -> o starzeniu się skóry i przekonaj się sama.

Jak to robię? U początku istnienia bloga wyprodukowałam długaśny wpis o podstawach filtrowania: wady, zalety, dobór filtra, prawidłowe stosowanie. Ciekawa? -> Wszystko o filtrach przeciwsłonecznych znajdziesz właśnie tu.

A teraz do rzeczy. Zakładam, że jeśli tematyka filtrów przeciwsłonecznych była Wam dotąd obca, to po przeczytaniu podlinkowanych tekstów wszystko jest już jasne, a my „mówimy” tym samym językiem. Jeśli pod koniec dzisiejszego posta pojawią się jeszcze jakieś pytania – piszcie je śmiało w komentarzach :)

Myślę, że dzisiejszy tekst najlepiej trafi do trzech grup czytelniczek:

- osób zakręconych na punkcie pielęgnacji w stopniu podobnym do mojego! Wiem, że jest nas garstka, ale zaczynam od Was: to dla Was piszę i dziękuję, że tu jesteście! <3
- osób na kuracjach retinoidami czy kwasami, którym lekarz zalecił stosowanie filtrów… I bardzo słusznie, oczywiście. Mam nadzieję, że niniejszy post się Wam przyda, a na marginesie – jest tu bardzo wiele tekstów o pielęgnacji cery tłustej czy trądzikowej, więc może zostaniecie tu na dłużej? :)
- osób wybierających się na wakacje w cieplejsze miejsce i szukających porządnego filtra. Nie szukajcie dalej, któryś z poniższych na pewno wpadnie Wam w oko ;)


Coś dla cery tłustej i mieszanej



Myślę, że żeli suchych w dotyku, czyli linii La Roche-Posay Anthelios XL Anti-shine nie trzeba nikomu przedstawiać… Zaczynam od nich nie bez powodu: po prostu oszalałam na ich punkcie i moim zdaniem do cery tłustej czy mieszanej nic lepszego nie znajdziemy ;) Jak zapewne wiecie, filtry przeciwsłoneczne są zasadniczo bardzo tłuste i powodują świecenie się twarzy przebijające się zwykle nawet spod najbardziej matujących podkładów i pudrów.

Żel-krem od LRP po nałożeniu zostawia moją cerę matową bardziej niż w porównaniu z jakimkolwiek kremem, łącznie z tymi nie-przeciwsłonecznymi czy teoretycznie matującymi. Oczywiście, po ładnych kilku godzinach pojawia się delikatny błysk, ale mniejszy lub ewentualnie porównywalny z tym, co po prostu produkuje moja strefa T i nad czym nie rwę sobie włosów z głowy. Inne kremy w ogóle nie mają do niego startu w tej kwestii.

Kocham, kocham, kocham. A czemu?

AQUA / WATER, HOMOSALATE, ETHYLHEXYL SALICYLATE, SILICA, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER C12-15 ALKYL BENZOATE, TALC, DROMETRIZOLE TRISILOXANE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, BIS-ETHYLHEXYLOXYPHENOL METHOXYPHENYL TRIAZINE, GLYCERIN, PENTYLENE GLYCOL, BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, DIMETHICONE, PERLITE, PROPYLENE GLYCOL, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, ALUMINUM HYDROXIDE, ARACHIDYL ALCOHOL, BEHENYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, DISODIUM EDTA, INULIN LAURYL CARBAMATE, ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE, OCTOCRYLENE, PEG-8 LAURATE, PHENOXYETHANOL, STEARIC ACID, STEARYL ALCOHOL, TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID, TITANIUM DIOXIDE [NANO] / TITANIUM DIOXIDE, TOCOPHEROL, TRIETHANOLAMINE, XANTHAN GUM, ZINC GLUCONATE

W całym poście pogrubioną czcionką oznaczam filtry. Tu dodatkowo zaznaczyłam substancje matujące, nawilżające i inne pielęgnacyjne (w tym przypadku witaminę E i glukonian cynku). Mamy tu aż trzy filtry fotostabilne (Tinosorb S, Mexoryl XL i Mexoryl SX), a dodatkowo także inne: w tym Parsol (który w obecności tylu filtrów fotostabilnych nie powinien nas w ogóle martwić) oraz dwutlenek tytanu jako filtr mineralny. Cudo!


Coś dla cery trądzikowej


Choć łojotok i trądzik są ze sobą silnie związane, to trzeba te dwa problemy od siebie rozgraniczyć i właścicielkom cery trądzikowej w pierwszej kolejności zaproponowałabym zupełnie inny krem: Aknicare Sun SPF 30. Nie znaczy to, że „Antek” od La Roche-Posay się u nich nie sprawdzi: po prostu filtr Aknicare ma dużo więcej do zaoferowania w kwestii trądziku. Zerknijmy na ten skład:

Aqua, Triethyl Citrate, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Octocrylene, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Alcohol Denat., Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Propylene Glycol, Glycol palmitate, Arachidyl alcohol, Dimethicone, Cetearyl glucoside, Behenyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Benzyl Pca, Xanthan gum, Arachidyl Glucoside, Hydroxyethyl Acrylate, Decyl Glucoside, Squalane, C30-45 Alkyl Cetearyl Dimethicone Crosspolymer, Polysorbate 60, Sodium hydroxide, Phenoxyethanol, Sodium Hyaluronate, Bht, Parfum (Fragrance)

Triethyl citrate (zaraz po wodzie w składzie!) to substancja o działaniu przeciwzapalnym i bezpośrednio redukującym kolonie Propionibacterium acnes. O -> roli bakterii w powstawaniu trądziku pisałam już wcześniej, więc jeśli P. acnes nic Ci nie mówi – zajrzyj koniecznie.

GT peptide-10 działa wraz z nim w synergii potęgując działanie antybakteryjne. Dodatkowo mamy tu fajne filtry (Tinosorb M i S oraz Uvinul A Plus!), sporo nawilżaczy, słowem – wszystko, co w filtrze do cery trądzikowej być powinno. Sam krem nie matuje aż tak bardzo jak suchy w dotyku Anthelios, ale też jest o niebo mniej tłusty niż większość produktów tego typu.


Coś dla cery suchej i normalnej


Posiadaczki tego typu cer (a także mieszanej w kierunku suchej) mają w tym przypadku szczęście: sama okluzja zapewniona przez filtr przynosi pewną ulgę, a połączona z dobrym serum pod spodem powinna zapewnić już całkowity komfort. Także wtedy w zasięgu ręki mamy właściwie całą gamę najróżniejszych kremów przeciwsłonecznych, do wyboru do koloru. Ale zakładając, że chcemy czegoś naprawdę chroniącego i jak najmniej tłustego, warto zerknąć na Vichy Idéal Soleil, Matujący krem ochronny do twarzy SPF 30. Dawna nazwa tej linii to Capital Soleil i pod tym hasłem znajdziecie w Sieci wiele pozytywnych recenzji tych kremów. Moim zdaniem, niebezpodstawnie!

Zerknijmy na skład:

AQUA / WATER - ALCOHOL DENAT. - DIISOPROPYL SEBACATE - SILICA - BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE - CI 77891 / TITANIUM DIOXIDE - C12-15 ALKYL BENZOATE - OCTOCRYLENE - ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE - ZEA MAYS STARCH / CORN STARCH - ETHYLHEXYL TRIAZONE - POLY C10-30 ALKYL ACRYLATE - GLYCERYL STEARATE - BEHENYL ALCOHOL - METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL [NANO] / METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL - AMMONIUM POLYACRYLDIMETHYLTAURAMIDE / AMMONIUM POLYACRYLOYLDIMETHYL TAURATE - CAPRYLYL GLYCOL - CETYL ALCOHOL - DECYL GLUCOSIDE - DISODIUM EDTA - DISODIUM ETHYLENE DICOCAMIDE PEG-15 DISULFATE - DROMETRIZOLE TRISILOXANE - GLYCERYL STEARATE CITRATE - PHENOXYETHANOL - SODIUM HYALURONATE - TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID - TRIETHANOLAMINE - XANTHAN GUM - PARFUM / FRAGRANCE

Alkohol w tym przypadku służy temu, by odparować i pozwolić kremowi zastygnąć na skórze. Poza nim rolę ochrony przed błyszczeniem pełnią m. in. krzemionka czy skrobia kukurydziana. Ale najważniejszy jest tutaj świetny koktajl naprawdę wielu filtrów (w tym fotostabilnych Tinosorbu M, Mexorylu XL i Mexorylu SX, a ponadto Parsolu wraz z dodatkowymi stabilizatorami jak Octocrylene), i jako wisienka na torcie jeszcze dwa nawilżacze.


Coś dla ekomaniaczek




Wszystkie wymienione dotąd kremy zawierają miks filtrów chemicznych i fizycznych (mineralnych), co ja uważam za rozwiązanie dla mnie idealne. Wiem jednak, że wiele z Was ma różnego rodzaju obawy dotyczące filtrów chemicznych i wolicie te kremy, które w całości polegają na ochronie zapewnionej przez dwutlenek tytanu lub tlenek cynku. Jeśli jednak próbowałyście filtrów tego typu, to wiecie jakie są ich podstawowe minusy: bielenie i konieczność uzupełniania ich warstw na twarzy.

Ten mechanizm ochrony przed słońcem w całości opiera się na nieprzepuszczalnej barierze stworzonej na skórze przez wspomniane minerały oraz jej właściwościach odbijających światło. Stąd efekt bielenia oraz konieczność dbania o to, by cała twarz była pokryta kremem w jednakim stopniu…


Tak więc chociaż sama nie znalazłam żadnych przekonujących dowodów na szkodliwość filtrów chemicznych, znalazłam dla Was dwa ekofiltry godne polecenia. Nie wklejam nawet ich składów, bo łatwo je znaleźć, a tylko dla porządku wspomnę, że są piękne i zielone. Jeśli potrzebujemy ochrony na poziomie SPF 30, najlepsze ekologiczne filtry przeciwsłoneczne to dla nas:


Coś dla oszczędnych



O moim ulubionym tanim filtrze o średniej ochronie pisałam już dwa lata temu w -> przeglądzie jesiennych niezbędników. Co ciekawe, większość z tych produktów mam u siebie nawet w tym momencie, bo faktycznie ciągle ich używam i nie znalazłam nic, co by je pobiło ;)

Wspomniałam wtedy o bardzo przyzwoitym Ochronnym kremie do twarzy Soraya z SPF 25. Widzę, że przykładowo na Doz.pl kosztuje on 13 złotych, czyli ułamek ceny wcześniej wymienionych kosmetyków. Jest to oczywiście osiągnięte kosztem komfortu stosowania (świecenie się…), ale – co dla mnie najważniejsze – nie kosztem ochrony. Spójrzcie tylko:

Aqua, Ethylhexyl Methocycinnamate, Ethylhexyl Stearate, Cocoglycerides, Diethylamino Hydroxybenzol Hexyl Benzoate, Decyl Oleate, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Potassium Cetyl Phosphate, Propylene Glycol, Ethylhexyl Triazone, Cyclopentasiloxane, Polypropylsilsequioxane, Dimethicone, Hydrolyzed Algin, Chlorella Vulgaris Extract, Maris Aqua, Pyrus Malus Fruit Extract, Pancratium Maritimum Extract, Glycerin, Tocopherol, Allantoin, Panthenol, Tetrahydroxypropyl Ethylenediamine Carbomer, EDTA, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Alpha-Isomethylionone, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool.

Jak na to jak tani jest ten krem, fotostabilny filtr (Uvinul A Plus), a do tego garść innych filtrów bez Parsolu, mnóstwo ekstraktów i jeszcze trochę nawilżaczy? Serio, nie wiem jak Wy, ale ja nie będę wybrzydzać ;) Lubię ten krem i już!

Filtrujecie się zimą i jesienią? Jeśli tak to czemu? I po jakie produkty najchętniej wtedy sięgacie?
Jeśli macie jakieś pytania to oczywiście czekam :)

Pozdrowionka

Ania
Najlepsze maseczki do twarzy: którą wybrać, jak ich używać?

11/19/2016

Najlepsze maseczki do twarzy: którą wybrać, jak ich używać?



Regularne peelingi i maseczki to ważny element pielęgnacji mojej cery. Niestety, ma ona tendencję do łatwego zanieczyszczania się i to właśnie regularne złuszczanie trzyma ją w ryzach. A po peelingu (w moim przypadku – właściwie zawsze enzymatycznym) nie wyobrażam sobie nie nałożyć maseczki, więc mam już w tej kwestii sporo doświadczenia ;)

Zacznę od złych wieści: o dobrą drogeryjną maseczkę (dostępną stacjonarnie) jest dość trudno. Zakup nie jest niemożliwy, ale niełatwy i bez czytania składów się nie obejdzie, bo nawet w obrębie produktów jednej marki potrafią zdarzyć się i perły, i buble. Ale o tym na koniec :)

Dla mnie maseczki drogeryjne są jedynie alternatywą. Używam ich gdy mam mało czasu lub z braku innych maseczek, albo w nieco bardziej polowych warunkach niż przeciętnie. Jednakże w dziewięciu przypadkach na dziesięć sięgam po maski w proszku, które darzę ogromną miłością i to taką, która raczej nieprędko się skończy ;) Przedstawiam Wam więc moje ulubione maseczki!


ALGI

Czy jest tu ktoś, kto pamięta, że to im właśnie poświęciłam jeden z pierwszych (a dokładnie trzeci, licząc bez wstępu) wpisów na tym blogu? Porównując trzy z najbardziej popularnych alg (algi brunatne Ascophyllum nodosum, spirulinę oraz Laminaria digitata) pisałam wtedy:

Jeśli chodzi o obietnice producenta, to wszystkie one mają za zadanie odżywiać, ujędrniać, oczyszczać, regenerować i – stosowane na skórę ciała – działać antycellulitowo. Dodatkowo:
Ascophyllum nodosum ma intensywnie nawilżać i likwidować przebarwienia;
spirulina ma szczególnie dobrze wpływać na efekt wizualny dając efekt wypoczętej, promienniej cery;
Laminaria ma nadawać się do pielęgnacji włosów i paznokci, a także działać przeciwstarzeniowo.
Wszystko to oczywiście w dalszym ciągu podtrzymuję. Podobnie jak to, że jednak spirulina i algi brunatne dość zauważalnie mnie podrażniały… Jednak znalazłam na to sposób: mieszanie alg ze sobą. Dla mnie miks wszystkich trzech wymienionych zdecydowanie sprawdzał się najlepiej!

Warto wiedzieć: algi pachną nieco rybą. Jedne mniej, inne (spirulina) bardziej. Dla mnie zapach ten był akceptowalny, zwłaszcza że rekompensuje mi go wygoda w porównaniu ze stosowaniem glinek z dalszej części wpisu. Jeśli jednak jesteście wrażliwe na zapachy, bardziej zainteresują Was zapewne...


MASECZKI NA BAZIE ALG


Świetna sprawa. Niektórzy producenci wzięli sprawy w swoje ręce i sypkie algi wzbogacili o dodatkowe wyciągi czy inne dobroci. Po delikatnym przeschnięciu maseczka zmienia się w gumową błonę do ściągnięcia jednym ruchem: nazywamy to maseczką peel-off. Cera po takich maseczkach jest niebywale gładka i promienna, no coś pięknego.

Warto wiedzieć: takie produkty ma w swojej ofercie m. in. dostępna w Hebe marka Nacomi (miałam na razie obie owocowe, obie wielbię) oraz Organique (jak widzicie, żurawinowa czeka na swoją kolej). Z kolei wieki temu testowałam energizującą maseczkę anti-age z witaminą C ze Starej Mydlarni i była przegenialna!


GLINKI


Glinki to naturalne minerały, które znalazły swoje zastosowanie w kosmetyce. W zależności od miejsca wydobycia różnią się składem (kombinacją i proporcjami poszczególnych minerałów), co przekłada się na ich różne kolory. Te z kolei stanowią wskazówkę do ich celu przeznaczenia:

glinkę zieloną, błękitną czy rhassoul (ghassoul) szczególnie chętnie stosujemy do cery tłustej i trądzikowej, a pozostałe (biała, czerwona i żółta) mają zdecydowanie łagodniejsze działanie, więc wspaniale sprawdzą się odpowiednio do cery wrażliwej, naczynkowej i dojrzałej. Różowa stanowi mieszaninę glinki białej i czerwonej, więc łączy ich właściwości.



Ogromny wybór glinek znajdziemy z internetowych sklepach z półproduktami, ale niektóre z nich kupimy także stacjonarnie: przykładowo maseczki Argiletz czy Cattier są też w asortymencie aptek Dbam o Zdrowie, a glinki Nacomi są w Hebe. Osobiście widzę różnice między działaniem różnych rodzajów glinek, ale między poszczególnymi firmami? Nic a nic.

Warto wiedzieć: po nałożeniu glinki na twarz przygotujmy sobie wodę lub mgiełkę w butelce z atomizerem. Absolutnie nie wolno dopuszczać do zaschnięcia tej maseczki na twarzy, więc utrzymujmy jej wilgoć przez regularne spryskiwanie.

MASECZKA Z KURKUMY


Dowiedziałam się o niej ze dwa lata temu od Azjatyckiego Cukru i od tamtej pory z mniejszą czy większą częstotliwością dalej regularnie ją wykonuję. Mogę bowiem podpisać się pod każdą obietnicą autorki tekstu i maseczkę z kurkumy naprawdę uwielbiam. U mnie żółty odcień bez problemu znika ze skóry po przetarciu jej najzwyklejszym płynem micelarnym. Mam nadzieję, że tak będzie i u Was :)


JAK STOSOWAĆ SYPKIE MASECZKI?


Moim zdaniem niesamowicie przydatnym gadżetem jest zestaw maseczkowy. W cenie 10-15 zł widziałam je na pewno w Hebe i Super Pharm, a także chyba w Naturze? W każdym razie każda wersja jaką dotąd widziałam, składa się z miseczki, szpatułki, pędzla i zestawu miarek. Z pędzli nie korzystam, ale reszta jest naprawdę niesamowicie przydatna i wraz z szeroką opaską na przylepiec (o taką) bardzo usprawniają proces maseczkowania się ;)

PRZYGOTOWANIE MASECZKI


Bardzo dużo zależy od dokładnego rodzaju maseczki, ale by uzyskać konsystencję gęstej śmietany potrzebna jest mi najczęściej duża miarka proszku i do tego średnia miarka wody. Dokładnie mieszam do zniknięcia grudek, nakładam grubą (zwłaszcza  na brzegach!) warstwą i trzymam dokładnie tyle, ile nakazuje producent. Co jakiś czas zwilżam wodą (bądź hydrolatem, mgiełką...). Brzegi łatwo wysychających maseczek (glinki oraz wzbogacone algowe) można posmarować dowolnym kremem, choćby klasycznym Nivea.

Warto tu jednak wspomnieć, że możemy sobie maseczkę wzbogacić. Dokapać do mieszanki oleju, gliceryny czy jakiegoś ekstraktu… zamiast wody użyć hydrolatu… a także zamiast czystego proszku użyć jego mieszaniny. Ja lubię łączyć glinkowy pyłek z mlekiem w proszku, ale sięgnąć możecie prawie po wszystko – łącznie z zarodkami pszennymi na przykład :)

Ostatnim gadżetem, o którym chciałabym wspomnieć, jest ściereczka z mikrofibry. Jak dobrze wiecie, od dawna używam jej do zmywania z mojej cery peelingów enzymatycznych. Wierzę bowiem, że masując twarz kolistymi ruchami, zbieram mikrowłóknem więcej martwych komórek naskórka niż metodą tradycyjną. Nie wiem jednak czy wspomniałam tu kiedykolwiek o tym, że zastosowaną po peelingu maseczkę również ścieram taką szmatką :) Zamiast babrać się po łokcie w wodzie albo zużywać pół paczki wacików do demakijażu, ściereczkę moczę jak najcieplejszą wodą i po prostu ściągam nią rozsmarowany po twarzy kosmetyk. Zajmuje mi to ułamek normalnie poświęcanego na to czasu i nie wyobrażam sobie zrezygnowania z tej metody.

Moje azjatyckie maseczki, jeszcze czekają na testy :)

SHEET MASKS


Czyli tak zwane maseczki w płachcie, niezbędny element wielostopniowej pielęgnacji cery według Koreanek, ale nie tylko. Wykonany z flizeliny bądź innej tkaniny kawałek materiału wyciągamy z saszetki pełnej odżywczego płynu, rozkładamy całość na twarzy i leżymy (lub jak ja, w wersji ekstremalnej: dalej robimy to, co do nas należy ;) ).  Po zaleconym przez producenta czasie płachtę ściągamy i najczęściej po prostu wmasowujemy w cerę resztki maseczki, a na to nakładamy ulubiony krem lub nie. Ja po sheet masks sięgam częściej latem niż zimą (ze względu na ich lekkość i nawilżające właściwości) oraz w stanie niedoczasu, gdy nie chce mi się bawić z mieszaniem proszków i późniejszym ich zmywaniem :)

Dodatkowo warto wiedzieć, że gaziki do sheet masks można kupić (lub nawet wykonać samodzielnie) i nasączyć czym nam się żywnie podoba, a co normalnie nie utrzymałoby się na naszej twarzy. Jednak muszę przyznać, że składy większości maseczek tego typu są tak świetne, że mi osobiście nie chciałoby się w to bawić: zerknijcie tylko na składy masek Bielenda Laser Extreme i Bielenda Super Power Mezo i powiedzcie, jak się tu nie zakochać? :)

Od lewej: Bielenda Laser Extreme, Bielenda Super Power Mezo maska korygująca, nawilżająca i odmładzająca.


DOMOWE MASECZKI


Dziesiątki (jak nie setki!) przepisów na domowe maseczki do twarzy opracowywały przez pokolenia wszystkie kobiety od zarania dziejów. Jeśli nie wiesz którą z nich wybrać dla siebie, zapytaj mamy lub babci, poszperaj w internecie, albo zajrzyj do mojego posta o maseczkach z najczęściej spotykanych w polskich domach składników :)

MASECZKI DROGERYJNE



Jak wspomniałam na początku, składy w tej grupie produktów są wybitnie nierówne. Zdjęcia poniżej zrobiłam w ulubionej drogerii i wybrałam dla Was te maseczki, które moim zdaniem zapowiadają się najbardziej obiecująco pod kątem składów. Siłą rzeczy, nie testowałam ich wszystkich :) Ale w razie czego pytajcie, chętnie podpowiem która najlepiej sprawdzi się na Waszej cerze i dlaczego!

Dermaglin, czyli absolutnie najbezpieczniejsze pod kątem składów maseczki z drogerii. Praktycznie każda z nich ma góra pięć składników, to jest po prostu glinkę wzbogaconą jednym-dwoma olejami, jednym-dwoma ekstraktami i jakimś bajerem typu kolagen czy koenzym Q10. O ile nie macie alergii: można brać w ciemno!!! Pełną ofertę znajdziecie na przykład tutaj (jest to link partnerski, jeśli kupicie coś klikając w niego - dostanę od tej transakcji niewielki ułamek jej kwoty)

Dermika: tu najbardziej zaciekawiły mnie Alabaster, Senne Marzenie, Perfekcja i Nasycenie. Pierwsza zawiera ferment bakterii mlekowych (o którym pisałam przy recenzji kremu Latopic), a trzecia jest na bazie glinek. Druga i ostatnia są typowo kremowe, odżywcze, polecam do skóry suchej.
Całkiem ciekawe maseczki Eveline. Jak widać po składach, te dwie po prawej to właściwie ten sam produkt :) Z kolei pierwsza maseczka z linii #MULTIMASKING zawiera osobny produkt do strefy T (maseczka glinkowa) oraz osobny do policzków - tu producent proponuje nam bardzo zresztą fajną maseczkę z diamentami i złotem - czyli drugą od lewej na powyższym zdjęciu :)

7th Heaven, czyli najogólniej rzecz ujmując, najlepsze drogeryjne składy. Dodatkowo zobaczcie jak pięknie opisane przez producenta: każdy składnik ma swoje objaśnienie w nawiasie, a dodatkowo oznaczony jest jako pochodzenia roślinnego lub z bezpiecznej produkcji. Dodatkowo mamy tu atesty PETA, Cruelty Free i Vegetarian Standard. A same maseczki są świetne!!!


Bardzo ciekawie zapowiadająca się maseczka do cery naczynkowej od Flos-Leku (do kupienia też w tubie 75 ml) oraz przyjemnie wyglądająca maseczka Perfecta :)

Matująca glinkowa Tołpa i baaardzo ciekawie wyglądająca maseczka do cery naczynkowej nieznanej mi dotąd marki Cattua. Znacie ją? Albo inne jej produkty?


Bardzo ciekawy skład! Nawilżający cukier, delikatnie złuszczający i działający przeciwstarzeniowo glukonolakton i algi zapowiadają się na fantastyczne połączenie.
Uff, trochę się zabrało tych maseczek... Ale myślę, że było warto się z nimi zapoznać, a do samego wpisu sama będę zaglądać w awaryjnych sytuacjach - szukając na szybko odpowiedniej na dany moment maseczki ;) Mam nadzieję, że przyda się i Wam. Przy okazji, jeśli śledzicie fanpage Kosmeologiki na Facebooku (polecam!) to wiecie już, że w Hebe do 23.11 jest promocja -40% na wszystkie produkty Nacomi, które wielokrotnie pojawiły się w tym i innych moich wpisach (polecam m. in. ich świetne czarne mydło - savon noir do stosowania jako peeling enzymatyczny). Nie wiem jak Wy, ale ja skorzystam na pewno :)

Przy okazji dziękuję obsłudze sklepu Hebe przy ul. Świętojańskiej 32 w Gdyni za możliwość zrobienia zdjęć do dzisiejszego wpisu. Jesteście kochani!

Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia,

Ania
Co warto kupić na promocji na kolorówkę w Hebe?

11/01/2016

Co warto kupić na promocji na kolorówkę w Hebe?


Jak wspominałam w ostatnim → poście na fanpage'u Kosmeologiki (dajcie mi lajka, żeby zawsze być ze wszystkim na bieżąco!), w Hebe trwa obecnie kusząca seria promocji -40% na kosmetyki kolorowe.

Jeszcze do końca jutrzejszego dnia (2.11) w okazyjnych cenach kupimy produkty do makijażu twarzy i paznokci, a od czwartku do następnej środy (3-9.11) uzupełnimy braki w zapasach do upiększania oczu oraz ust.
 



Przy każdej serii podobnych promocji w konkurencyjnych sieciach drogerii obserwujemy w blogosferze wysyp postów na temat tego co każda z blogerek może i chce nam polecić, jednak zupełnie nie zaobserwowałam tego w przypadku promocji w Hebe. Jeśli się mylę i kojarzycie jakieś w miarę aktualne posty tego typu, w komentarzach podlinkujcie je tu koniecznie dla innych czytelniczek :) Warto bowiem wspomnieć, że choć wiele z marek dostępnych w Hebe to popularne produkty obecne także w ofercie innych drogerii (i to odsyłam Was do kompleksowych postów polecających u innych blogerek), o tyle mamy tam sporo marek dostępnych (prawie) wyłącznie tam. I dlatego warto jutro czy w najbliższych dniach udać się na łowy :)




Tymczasem zapraszam Was na moje propozycje kosmetyków wartych przyjrzenia się. Bynajmniej nie są to jedyne dobre produkty danych marek, ani nie są te rzeczy które sprawdzą się u absolutnych stu procent użytkowniczek. Są to jednak takie moje małe hity (lub ewentualnie hity mojej mamy czy przyjaciółek), na które naprawdę chciałabym zwrócić Waszą uwagę :)

Jeśli nie macie do drogerii Hebe dostępu, niektóre z wymienionych produktów znalazłam dla Was w asortymencie drogerii internetowej Perfect Fresh – może zdobycie ich tą drogą będzie dla Was wygodniejsze.





Zacznijmy od mojej absolutnie największej miłości swego czasu, czyli marki Essence. Temu jakie produkty tej firmy znam i polecam „w ciemno” pisałam też w podlinkowanym wyżej poście na Facebooku. W skrócie są to: prasowany puder transparentny All About Matt!, większość tuszy do rzęs (a szczególnie Get BIG! Lashes: Volume Boost i Volume Curl oraz Lash Princess), cienie do brwi, kredki z serii Long Lasting oraz szminki – długotrwałe oraz serii Matt Matt Matt :) Fajne bywają też lakiery do paznokci z serii The Gel, a na zdjęciach widzicie noszony przeze mnie obecnie nr 67 love me like you do.




Poza Essence warto zwrócić uwagę na stoiska marki Gosh. Mają dużo udanych produktów zwłaszcza do makijażu twarzy, w tym dwa kosmetyki wcale nie tak często obecne w ofercie innych producentów: podkład dobrze nadający się do cery suchej czyli Gosh Foundation Drops oraz naprawdę nieźle kryjący podkład do cery mieszanej – Gosh X-Ceptional Wear (w odcieniach Porcelain, Natural, Sand, Golden, Sunny i Chestnut). Jak dodamy do tego delikatnie nawilżający korektor pod oczy Gosh Click’N Conceal oraz przepiękny (szczególnie do chłodnej karnacji) rozświetlacz Gosh Lumi Drops (w odcieniu 002 Vanilla)… to efekt potrafi być naprawdę zachwycający :)



Poza tym warto zwrócić uwagę na kajale/kohle, które bardzo ładnie trzymają się na linii wodnej. Co ciekawe, wśród większości drogeryjnych marek tylko Max Factor oferuje kredkę w kolorze cielistym - większość ogranicza się do kredki białej, która nie każdemu pasuje. Tymczasem w Hebe mamy co najmniej trzy inne do wyboru: cielistą Long Lasting z Essence (wykręcaną), Extreme Lasting tej samej marki (do ostrzenia) oraz kohl firmy Gosh, gdzie możemy wybrać właśnie ten rodzaj powiększenia, który bardziej do nas pasuje: biel albo nude.


Marką, której poza Hebe w ogóle nie kojarzę, jest też Ingrid. O ich bazie pod cienie do powiek na pewno słyszałyście w polskiej blogosferze jakiś milion razy ;) W przypadku ich pudru bambusowego na duży plus zasługuje fakt, że w przeciwieństwie do wielu drogeryjnych produktów tego typu ma on faktycznie dobry skład. Na koniec chciałabym wspomnieć o skomponowanym na bazie wody podkładzie Ingrid Ideal Face (odcienie cielisty, naturalny beż, naturalnysłoneczny, brzoskwiniowy, ciepły beż, opalony), który moim zdaniem fajnie sprawdzi się u właścicielek cery mieszanej: stosunkowo mało obciąża on strefę T, a ładnie nawilżył moje suchawe policzki. Nie jest on może najtrwalszy, ale za ten komfort noszenia i za obecność w gamie naprawdę ładnego, jasnego odcienia – polubiłam go.



A na koniec jeszcze dwa słowa o kosmetykach Bell, które są dostępne w niektórych innych drogeriach, ale nie we wszystkich. Więc jeśli zdarzyło się Wam schodzić za nimi nogi, możecie znaleźć je w Hebe ;) Powinno to zainteresować szczególnie te z nas, które mają raczej ciepłą karnację oraz cerę suchą lub normalną. W zależności od wymagań, często polecam cieplejszym niż ja koleżankom jeden z dwóch produktów: kryjący delikatnie i działający rozświetlająco fluid korygujący CC Cream Make-Up (odcienie Porcelain, Nude, Sunny Beige i Sand) lub kryjący średnio i dający bardziej zbliżony od matu podkład Mat&Soft Make-Up (Light Beige, Natural, Sunny Beige). Efekt każdego podkładu można zwieńczyć prasowanym pudrem transparentnym podobnym do tego oferowanego przez Essence. A co na usta? Kultowy lip tint Bell :) Produkt ma bardzo udane kolory (zobaczcie je wszystkie: swatche TUTAJ, a w sklepie tu 01, 02, 03, 04, 05 i 06) i w sumie jako farbka do ust nie posiada zbyt dużej konkurencji przy zakupach stacjonarnych, więc warto dać mu szansę ;)





Na koniec - już bez zdjęć, bo w "moim" Hebe szafy z kosmetykami Misslyn niestety nie ma - wspomnę o tym, że marka ta to w pewnym sensie marka-siostra firmy Art Deco. W przeszłości dużą popularnością w blogosferze cieszyły się szczególnie jej pisak do brwi oraz kryjący korektor pod oczy. Mi jak dotąd nie było dane ich spróbować, a Wam? Jeśli tak, to czy potwierdzacie te wszystkie pozytywne opinie?

Ode mnie na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że jeśli wybierzecie się do Hebe skorzystać z promocji albo natkniecie się na produkty Gosh, Essence, Ingrid, Misslyn czy Bell Hypoallergenic w sklepach internetowych, to niniejszy tekst będzie dla Was niejaką wskazówką :)

Pozdrawiam ciepło,

Ania

PS. Chciałabym, żebyście wiedziały, że ten wpis zawiera linki afiliacyjne.
Oznacza to, że jeśli kupicie cokolwiek przez kliknięcie w nie, dostanę od tego niewielką prowizję, co w żaden sposób nie wpłynie na Waszą cenę :)
Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger