Mój ulubiony... sposób na oczyszczanie twarzy.

5/21/2017

Mój ulubiony... sposób na oczyszczanie twarzy.



O tym jak oczyszczam twarz wspominałam przy okazji wielu wpisów, szczególnie aktualizacjach schematu pielęgnacyjnego twarzy. Mimo to dostaję często pytania o różne kwestie z tym związane, więc postanowiłam napisać parę słów i w miarę możliwości wyczerpać temat :)

Cienie do powiek dla początkujących, część 6.: Twoja idealna paletka. Złożysz ją sama :)

5/18/2017

Cienie do powiek dla początkujących, część 6.: Twoja idealna paletka. Złożysz ją sama :)




Nie jest to pierwszy post tego rodzaju w blogosferze, ale czuję, że mam coś do dodania od siebie w tym temacie, więc chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyśleniami. Wbrew panującej obecnie modzie na kupowanie niezliczonych palet z cieniami do powiek, jak dotąd kupiłam tylko dwie (z czego bez jednej spokojnie mogłabym się obyć) i wydaje mi się, że parę wniosków udało mi się dzięki temu wyciągnąć.
Gdzie byłam jak mnie nie było, dwuletnie chaczapuri, Eyjafjallajokull i czemu im bliżej masz, tym bardziej się spóźniasz // kwiecień 2017

5/09/2017

Gdzie byłam jak mnie nie było, dwuletnie chaczapuri, Eyjafjallajokull i czemu im bliżej masz, tym bardziej się spóźniasz // kwiecień 2017



Cześć, dziewczyny!

Te miesięczne podsumowania nie pojawiają się u mnie często, bo poza uczelnią, szkołą językową i zumbą 99% mojego czasu wolnego jest wybitnie niewdzięcznym tematem do opisywania: nauka, czytanie książek czy blogowanie to coś, czego nie umiem barwnie ubrać w słowa choćbym nie wiem jak się starała :P Ale kwiecień często jest dla mnie gorącym miesiącem i tak też było tym razem. Jeśli jesteście ciekawe co takiego się działo, zapraszam! 


Włosowy kwartalnik: piętnaście miesięcy od dnia zero ;)

4/21/2017

Włosowy kwartalnik: piętnaście miesięcy od dnia zero ;)




Zastanawiałam się czy moich postępów w zapuszczaniu nie publikować rzadziej – przykładowo co pół roku. Ale jednak w tym czasie kończę, kupuję i zaczynam tyle kosmetyków, metod i różnych trików, że te posty miałyby pewnie z pięć stron długości ;) Zapraszam więc na kolejne, piąte już podsumowanie z kolejnych trzech miesięcy zapuszczania włosów. Od stycznia zeszłego roku naprawdę się zmieniły :)

Tradycyjnie będę posługiwała się formułą wzorowaną na moim -> kompendium zapuszczania włosów, więc jeśli jeszcze go nie znasz – zajrzyj koniecznie :) Inne wpisy (kwartalniki i nie tylko) znajdziesz klikając w kolumnie po prawej tag „zapuszczanie włosów”.
TAG: 40 pytań kosmetycznych.

4/13/2017

TAG: 40 pytań kosmetycznych.




Ten „tag” jest zdecydowanie starszy niż mój blog! Jakimś cudem nigdy go u siebie nie przeprowadziłam, a ostatnimi czasy przypomniał mi się, bo zaczął znowu przewijać się gdzieś na śledzonych przeze mnie stronach ;) Jeśli jesteście ciekawe jak odpowiem na 40 kosmetycznych pytań – zapraszam :)


Top 5 łagodnych myjadeł do ciała o suchej, wrażliwej skórze.

4/06/2017

Top 5 łagodnych myjadeł do ciała o suchej, wrażliwej skórze.


Żele pod prysznic, emulsje, olejki myjące, mydła a nawet specjalne balsamy – w naszych łazienkach stoi czasem pół drogerii ;) O ile nie mamy jakichś konkretnych preferencji, przy zakupie żeli pod prysznic kierujemy się najczęściej zapachem, dostępnością czy ceną. Bardzo tego zazdroszczę wszystkim, którzy problemów z suchą skórą ciała nie mają :) Moja niestety jest zupełnie inna: trzyma nawilżenie tylko pielęgnowana bardzo konkretnie dobranymi kosmetykami, łącznie z dobrym balsamem co KAŻDĄ kąpiel. Podstawę stanowi dla mnie łagodne myjadło do ciała, które w porównaniu do kolorowych, perfumowanych żeli nie wysusza, a czasem wręcz wstępnie pielęgnuje. Oto mój subiektywny przegląd tego rodzaju kosmetyków :)

(podwójna) Recenzja: Anwen, maska Kiełki pszenicy i Kakao do włosów wysokoporowatych + Jessicurl, Awe Inspiraling Spray

4/03/2017

(podwójna) Recenzja: Anwen, maska Kiełki pszenicy i Kakao do włosów wysokoporowatych + Jessicurl, Awe Inspiraling Spray


Wzdychałam, marzyłam i mam. Moja „anwenówka” <3 Sprawdźmy, czy i jak spisała się na moich włosach:
Peptydy w pielęgnacji cery.

3/31/2017

Peptydy w pielęgnacji cery.


Peptydy w kosmetykach to temat, który chciałam poruszyć już od bardzo dawna. Problem polega na tym, że jest to niesamowicie szybko rozwijająca się dziedzina, a nie mam dostępu do wszystkich źródeł do jakich chciałabym mieć ;) Chcąc napisać tekst w pełni wyczerpujący temat odkładałam go w nieskończoność, aż w końcu dotarło do mnie, że idąc tą drogą – nigdy go nie opublikuję. Dlatego prezentuję Wam ten tekst wiedząc, że po pierwsze jest to tylko wstęp do tego, co chciałabym tu przedstawić, oraz że zapewne lada moment co najmniej część informacji zdezaktualizuje się… Tym niemniej, mam nadzieję, że przynajmniej na teraz okaże się dla Was wystarczający. Zapraszam :)
Wydaję moje ciężko niezarobione pieniądze, czyli coś jakby wishlista.

3/27/2017

Wydaję moje ciężko niezarobione pieniądze, czyli coś jakby wishlista.

Dziś wpis na luzie ;) Mam nadzieję, że się Wam spodoba, a przy okazji niezmiennie proszę o wypełnianie i udostępnianie mojej ankiety (klik!). 

Za każdą pomoc dziękuję! <3


Kiedy zaczynałam studia, wydawało mi się, że pierwsza pensja po nich to będzie COŚ ;) Planowałam całą ją przehulać, może wydać na designerską torebkę albo wymarzony zegarek od Michaela Korsa. Na szczęście wywietrzało mi to już z głowy i żadnych romantycznych gestów tego typu nie planuję, ale marzy mi się coś innego: spełniać stopniowo takie mniejsze zachcianki, które chodzą mi po głowie nieraz od lat. O ile pieniędzy od rodziców nie miałabym serca wydać na takie rzeczy, o tyle moją własną krwawicę czemu nie? Kto bogatemu zabroni? ;D

Dziś chciałabym Wam pokazać kilka rzeczy, które w tej chwili znajdują się w mojej ścisłej czołówce wymarzonych drobiazgów. Pokażę je Wam w kolejności z grubsza chronologicznej, żebyście zobaczyły jak długo potrafię chodzić koło zakupu, jeśli wydaję się sobie nie dość godna na daną rozpustę ;)

 

1. Krem pod oczy: Mizon, Snail Repair Eye Cream

Data zakochania: wakacje (?) 2013

Ten krem wypatrzyłam wieki temu u Alinki: klik! Skład jest taki, że zapragnęłam go od razu. Od tamtej pory przerobiłam dziesiątki preparatów pod oczy, a jednak to o tym dalej myślę i prędzej czy później na pewno będę chciała skonfrontować moje oczekiwania z rzeczywistością.

Do kupienia: np. na Triny (klik!), ale ogólnie łatwo go znaleźć – uważajcie tylko na podróbki!


2. Myjka: Dermofuture, szczoteczka soniczna do oczyszczania twarzy


Data zakochania: 2014 r.?

Tak naprawdę to na początku zakochałam się nie w tej myjce, tylko oczywiście w modelu Foreo Luna, który szturmem zdobył blogosferę (jak mi się zdaje) w 2014 roku. Już wtedy wiedziałam, że to powinno być coś dla mnie: dokładne oczyszczanie, masaż, wiecie - wszystko co lubię. I jeszcze nie tak dawno temu wymieniłabym tu pewnie Lunę, a nie produkt Dermofuture, ale filmik Czarszki (klik!) przekonał mnie, że jednak dla mnie lepsza będzie ta właśnie wersja. Dermofuture jest większa, ma większą powierzchnię z wypustkami i zamiast „dzióbka” jest bardziej spłaszczona. Ja chcę, żeby moje mycie przebiegało maksymalnie szybko i dlatego rozglądać będę się właśnie za tą. Tylko że za zieloną :D

Do kupienia: wszędzie ;) na przykład tutaj: zielona (klik!),  różowa (klik!)



3. Książka: „Chirurgia plastyczna w Twoich rękach”


Data zakochania: luty 2015 r.

O książce przeczytałam u Azjatyckiego Cukru ponad dwa lata temu w jednym z jej wielu wpisów na temat masażu: klik! Jak wiecie, jestem ogromną fanką tej formy pielęgnacji. Nic dziwnego, że tej książki zapragnęłam od razu i jestem przekonana, że w końcu na pewno ją kupię. A wtedy będzie się działo ;)

Do kupienia: na Azjatyckim Bazarze (klik!) oraz pewnie w azjatyckiej części internetu ;)


4. Krem: Sederma, Retises 0.5% Forte, Regenerujący Krem Przeciwzmarszczkowy


Data zakochania: maj 2016 r.

Pamiętam jak dziś, że o kremie przeczytałam w komentarzu pod tekstem Ziemoliny z bloga Kosmostolog (klik!). O samym kremie możecie poczytać na stronie producenta, a ja podsumuję tylko: zawiera 0,5% retinolu, propionian retinylu 0,22%, roztwór oligopeptydu palmitylu 6%, glukozyd askorbylu 1%, kwas bosweliowy 1%, a nawet glikoproteiny z Oceanu Antarktycznego 1% (cokolwiek to jest ;D). Jeśli czytacie moje teksty na temat pielęgnacji anti-aging (przeciwstarzeniowej) [klik!] to wiecie, że to jest wszystko co kocham. Kremu jeszcze nie miałam, a przed jego zastosowaniem wypadałoby zahartować cerę jego bratem z tej samej serii o mniejszym stężeniu retinolu, ale docelowo ten właśnie kosmetyk chciałabym wprowadzić do swojej pielęgnacji na stałe.

Do kupienia: w aptekach internetowych i stacjonarnych, najtaniej chyba tutaj: (klik!)


5. Makijaż: Annabelle Minerals, Primer PRETTY NEUTRAL


Data zakochania: listopad 2016 r.

Tak naprawdę troszkę kłamię – w listopadzie to ja się dopiero dowiedziałam o istnieniu tego produktu z bloga Kolorowo i Pachnąco (klik!). Dopiero później mój mózg połączył kropki i dotarło do mnie, że skoro podstawowym składnikiem tego pudru/primera jest zielona glinka, to powinien delikatnie gasić różowe tony – a jest to coś, z czym walczę ;) Jak wiecie z opisu mojej cery (klik!), mam na policzkach stale rozszerzone naczynka, które nie spędzają mi snu z powiek, ale jednak istnieją ;P Natomiast przede wszystkim stosuję na twarz mocne kosmetyki, na które reaguję czasem zaczerwienieniem, a czasem wręcz podrażnieniem (w poprzednim poście przeczytacie jak radzę sobie z podrażnieniami skóry!). W każdym razie, zaróżowiona jestem często, a ostatnimi czasy w ogóle nie chce mi się używać podkładu. Taki naturalny, zdrowy i może nawet neutralizujący te różowe tony primer to byłoby coś dla mnie stworzonego. Tak czuję.

Do kupienia: na przykład tutaj (klik!)

*

Tak lista prezentuje się dzisiaj, 27.03 Anno Domini 2017. Znam siebie i wiem, że ja stosunkowo łatwo zapalam się do fajnych składowo kosmetyków, namiętnie dodaję wszelkie zakładki do niezliczonych folderów, bez mała wzdycham do kosmetyków nocami i więdnę z tęsknoty ;) a potem… zapominam. Na horyzoncie pojawia się coś fajniejszego, ciekawszego. Ja się edukuję i odkrywam, że nie wszystko złoto co się świeci. Albo całkiem zmieniam swoje cele, a co za tym idzie – potrzebne do ich realizacji środki. Słowem, bywa różnie. Natomiast za wyjątkiem primera Annabelle, wokół wymienionych tutaj produktów chodzę od roku albo i dłużej (rekordzista – CZTERY lata), więc pewnie marne szanse, żeby coś mi się tutaj odmieniło, dopóki ich nie wypróbuję. I wtedy albo skonsumuję to uczucie, albo… czar pryśnie </3

Jak Wy podchodzicie do zakupów? Co jest na Waszych wishlistach? Jeśli macie takie posty na blogach, koniecznie podeślijcie je w komentarzach :) A jeśli pytałyście o coś pod poprzednimi postami i nie dostałyście odpowiedzi, wklejcie swoje pytania pod tym postem :)

Pozdrowionka!
A.


Jak wprowadzam do pielęgnacji agresywne kosmetyki? Moja pierwsza pomoc w podrażnieniach.

3/23/2017

Jak wprowadzam do pielęgnacji agresywne kosmetyki? Moja pierwsza pomoc w podrażnieniach.


Potencjalnie agresywne kosmetyki to częsty bohater tekstów na Kosmeologice. Każda z nas zapewne intuicyjnie domyśla się o co może mi chodzić, ale gdybyście chciały konkretniejszej definicji – miałabym z nią duży problem. Zapewne niejedną z nas zdziwiłoby to, że osobiście wliczam do tej grupy między innymi kosmetyki naturalne. Tymczasem najczęściej są one napakowane roślinnymi ekstraktami, które potrafią być silnymi alergenami, a dodatkowo często konserwuje się je wysuszającym i drażniącym alkoholem. Zwierzę się Wam, że rosyjskie kosmetyki uczuliły mnie i podrażniły tyle razy, że już praktycznie zaprzestałam testowania ich.

Inną kategorią będą tu wszelkie -> kwasy, które są jednym z moich ulubionych składników w pielęgnacji. Bez dwóch zdań wliczam też tutaj retinol i jego pochodne, retinoidy. W zależności od rodzaju i stężeń, zarówno kwasy jak i retinoidy mogą powodować złuszczanie naskórka, które wystawia bezbronną skórę na działanie środowiska zewnętrznego. Profesjonalista dobierający nam tę czy inną kurację powinien pouczyć nas o prawidłowej pielęgnacji zaognionej skóry, ale pewnego stopnia podrażnienia czy wysuszenia może nie udać nam się uniknąć.

Jak wspominałam w -> metryczce dotyczącej mojej cery, moja skóra jest wrażliwa. Nie najwrażliwsza na świecie, ale jednak potrafiąca sprawiać sporo problemów. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę ilość aktywnych/agresywnych składników przeze mnie stosowanych ;) Dlatego podrażnienie cery to dla mnie nie pierwszyzna. Ale mam swoje sposoby na to, by zminimalizować jego ryzyko oraz by możliwie najlepiej je przetrwać. Porozmawiajmy więc :)

Dobór kosmetyku

Zacznijmy od doboru samego kosmetyku. Dla mnie, wrażliwca, bardzo ważne jest by w miarę możliwości wybierać produkty z możliwie najkrótszym INCI. Oczywiście czasami jest to niemożliwe, a w sporadycznych przypadkach wręcz błędne (gdy zrezygnujemy z fajnego kosmetyku na rzecz jakiejś totalnej bidy), ale reguła typu „mniej znaczy więcej” potrafi tu wiele pomóc.

Wprowadzenie do codziennej rutyny

Ważny jest czas. Najlepszym momentem na wszelkie eksperymenty jest piątek, po którym większość z nas ma weekend, podczas którego mamy dwa dni na łagodzenie ewentualnych problemów.

W związku z tym w naszym „dniu zero” wykonajmy próbę uczuleniową. Nowym kosmetykiem posmarujmy niedużą powierzchnię w mało widocznym miejscu – pod brodą, za uchem… Będzie ona naszym pierwszym wskaźnikiem czy w kosmetyku nie ma na przykład czegoś, na co mamy silne uczulenie.

Jeśli nic się nie stało, warto znowu poczekać do piątku i tym razem pokryć kosmetykiem obszar twarzy. Jeśli mamy cerę mieszaną/tłustą, to mamy tu trochę szczęścia: nasza tłustsza strefa T jest odporniejsza niż normalne czy wręcz suche policzki i może posłużyć nam jako „następny poziom sprawdzający” ;) To znaczy, jeśli po próbie uczuleniowej wstrzymamy się z wysmarowaniem całej twarzy i kosmetyk wypróbujemy tylko na strefie T. W przypadku cery normalnej/suchej zalecałabym nałożenie kosmetyku na przykład na samą brodę i dalszą obserwację.

Jeśli w dalszym ciągu jest wszystko git, nie ma śladów podrażnienia, to już połowa sukcesu ;) W kolejny piątek smarujemy całą twarz. I obserwujemy. Jeśli nic się nie dzieje, po tygodniu musimy zastanowić się jak szybko chcemy zwiększać częstotliwość stosowania danego kosmetyku w naszym urodowym schemacie. Możemy zacząć od dwóch razy w tygodniu, zwiększając pomału do 2, 3, 4 razy – czyli do stosowania co drugi dzień, a potem jeszcze częściej. To jak sobie ustalimy to nasza sprawa, w której decyzję podejmujemy na własne ryzyko. Nie muszę chyba mówić, że im bardziej wrażliwa jest nasza cera i im silniejszy środek stosujemy, tym wolniejsze tempo polecam :) Aha, no i koniecznie przestrzegamy zaleceń producenta! Jeśli produkt jest do stosowania dwa razy w tygodniu albo wymaga stosowania filtrów, należy tego bezwzględnie przestrzegać.


Ups… jednak podrażnienie. Co teraz?

No niestety, stało się – cera się wkurzyła. Nie wiem jak u Was, ale odkąd przestałam eksperymentować z rosyjską pielęgnacją twarzy to 90% tych podrażnień mam na własne życzenie. Jak widzicie, w proponowanym przeze mnie schemacie od „dnia zero”, w którym wykonujemy próbę uczuleniową do momentu kiedy używamy produktu choćby co drugi dzień, może minąć nawet miesiąc albo i więcej, a mi czasem nie starcza cierpliwości :< Jak się wtedy ratuję?

Po pierwsze, odstawiam podejrzany kosmetyk. A najlepiej wszystkie kosmetyki poza jakimś niezbędnym minimum: u mnie takim resetującym zestawem są -> sprawdzone żele do twarzy i -> sprawdzone toniki. W połączeniu z łagodzącym podrażnienia kremem daje mi to siły na przetrwanie okresu gojenia się. Zamiast toniku może sprawdzić się też znany nam wcześniej (!) hydrolat, a zamiast zwykłego żelu – któraś ze specjalistycznych emulsji typu Cetaphil czy Physiogel.

Po drugie, często nawilżam cerę łagodzącym podrażnienia kremem. Moim absolutnym faworytem jest tu -> krem Latopic, który już nie raz uratował mi tyłek i który niezmiennie polecam. Takim produktem kultowym jest krem Avène, Cicalfate Repair Cream, który u mnie akurat nie sprawdził się jakoś urzekająco, więc przy jakiejś dużej obniżce na dermokosmetyki w Super Pharm skusiłam się na drugi produkt z tej serii: Avène, Cicalfate Post-Acte Skin-Repair Emulsion. Ten produkt przeznaczony jest do kuracji cer podrażnionych właśnie po zabiegach… ale niestety, dla mnie jest za lekki. Dodatkowo w obu produktach Avène szukam tej samej cechy co w Latopicu, czyli choćby lekkiego działania przeciwświądowego – ale niestety bez skutku. Wiem jednak, że Cicalfate ma swoje ogromne grono zagorzałych wielbicieli, więc warto spróbować go choćby w przypadku gdy Latopic nie spełnia naszych oczekiwań.


Po trzecie, idę do apteki (chociaż jako wrażliwiec mam zwykle swoje zapasy w apteczce ;) ). Jeśli jest bardzo źle, łączę leki miejscowe i doustne.

Doustnie w alergiach skórnych stosuje się głównie leki przeciwhistaminowe I generacji, które jednak mogą powodować senność, więc osobiście kupuję po prostu coś z leków II generacji, najczęściej Amertil (cetyryzynę). Małe, niestety średnio opłacalne cenowo opakowania są dostępne do recepty, a jeśli chciałybyście się w takowe wyposażyć na wszelki wypadek, zapytajcie o pomoc farmaceutę albo lekarza :)

W kwestii stosowania miejscowego, mam jeden podstawowy apel: dziewczyny, nie nakładajmy maści sterydowych na twarz :( Ja wiem, że Hydrocort można kupić bez recepty, i że w ulotce piszą, że w ramach absolutnej konieczności można. Ale pamiętajmy, że sterydy stosowane na skórę powodują zaniki, rozstępy, a nawet posterydowe zapalenie skóry czy trądzik posterydowy. Więc umówmy się, że ta absolutna konieczność równa się jesteśmy w afrykańskiej dżungli i jeśli się nie posmarujemy, to zadrapiemy się na śmierć.

W (prawie) każdej innej sytuacji możemy bez recepty kupić w aptece maść/żel z lekiem przeciwhistaminowym typu Fenistil czy Foxill. A w skrajnych przypadkach idziemy po prostu do lekarza, który może nam przepisać fantastyczny (choć bardzo drogi) preparat z lekiem z zupełnie innej grupy niż sterydy: maść to Protopic, krem to Elidel. Protopic dostałam na najgorsze uczulenie w moim życiu i będę go wychwalać po wsze czasy ;) A sterydy miejscowe mają swoje wskazania, w których korzyści wielokrotnie przewyższają ryzyko i to jest zupełnie inna kwestia.


Malować się czy się nie malować?

Moim zdaniem nie jest to wcale takie łatwe pytanie. Najłatwiej jest odpowiedzieć, że nie – im mniej na skórze tym lepiej, dajmy jej dojść do siebie.

Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że cienka warstewka sprawdzonego hipoalergicznego podkładu stanowi dodatkową barierę oddzielającą skórę od niekorzystnych warunków zewnętrznych, o czym wspominałam w -> tym antycznym już tekście. Jeśli takiego sprawdzonego produktu nie mamy, ideałem wydają się tu być -> produkty mineralne, a kwestii pudrów – te wszystkie sypkie, naturalne, jednoskładnikowe pudry takie jak ryżowy, perłowy, jedwabny i wiele innych. U mnie niedoścignionym ideałem pozostaje maranta trzcinowata <3 #loveforever

Czyli malować się czy nie? Myślę, że najbezpieczniej będzie mi napisać: nie wiem. Ja najbardziej na świecie lubię stosować otulający krem Latopic, po którym nie czuję potrzeby tej dodatkowej ochrony, więc w 99% przypadków nakładam korektor pod oczy i matuję krem regenerujący pudrem, a podkład pomijam, chyba że plamy są wyjątkowo czerwone lub duże. Może mój przykład kogoś zainspiruje ;)

Dałabym głowię, że miałam wspomnieć jeszcze o czymś, ale… za nic nie mogę sobie przypomnieć. W razie czego dokonam edycji tekstu :) Jeśli miałyście do mnie w ostatnim czasie jakieś pytania, zadajcie je teraz tutaj – pomału wracam do normalnej internetowej aktywności ;)

Ściskam!
Ania

PS. W dalszym ciągu proszę Was o wypełnianie mojej ankiety. Głos każdej z Was, która była kiedyś u dermatologa, jest dla mnie bardzo cenny. Jeśli ją gdzieś udostępnicie - dajcie znać, będę miała u Was poważny dług! LINK DO ANKIETY: TUTAJ!
Share week 2017, czyli kto może wpłynąć na przemądrzałego uparciucha.

3/16/2017

Share week 2017, czyli kto może wpłynąć na przemądrzałego uparciucha.

Kotów i miłości w internecie nigdy dość!


Jeśli jesteście ze mną trochę dłużej, to być może pamiętacie mój post napisany w ramach -> Share Week 2016.

Ponieważ tamten tydzień polecajek zbiegł się z wpisem Anwen o ulubionych blogach włosowych, motywem przewodnim mojego tekstu stały się wówczas także blogi o tej tematyce – chociaż jak wiecie, do rankingu Andrzeja Tucholskiego zgłosiłam ostatecznie trzy zupełnie inne miejsca.

Tym razem chciałabym ugryźć temat od zupełnie innej strony.

Bez owijania w bawełnę: jestem uparta. Nie kryję się z tym, możecie nawet o tym przeczytać w moim blogowym powitaniu w zakładce „O mnie”. Jako córka nauczycielki mam tendencje do przemądrzałości, przekonania o poprawności własnego zdania i dydaktycznego tonu nawet w zupełnie luźnej rozmowie. Nie wiem, jak moi przyjaciele to znoszą, ale zasługują z tego tytułu na medal ;)



Żeby przekonać mnie do czegoś, z czym się nie zgadzam, nie wystarczy mieć rację. To byłoby za proste ;) Trzeba jeszcze umieć ją przedstawić, bo inaczej potrafię się zaprzeć jak osioł, za pomocą paru erystycznych argumentów zbić rozmówcę z pantałyku i z dumą gimbusa uznać, że wygrałam kolejną potyczkę. No cóż.

W dzisiejszym wpisie chciałabym wyróżnić blogi, które w taki czy inny sposób zmieniły mój sposób myślenia. Niektóre w sprawach przyziemnych, inne w bardzo ważkich. Ale jest tu jeden wspólny mianownik: na te „zmieniające życie” wpisy na początku zareagowałam alergicznie. Jednak niczym kropli drążącej skałę autorkom udało się sprawić, że w moim światopoglądzie coś się zmieniło. Kategoryczne „nie, nie, nie!!!” zmieniło się najpierw w „A gdyby tak…?”, a potem w konkretne działania. Wiecie, w przypadku takiego uparciucha jak ja to naprawdę nie byle co.

Moje nominacje do Share Week 2017


Zacznijmy lekko. To znaczy najpierw moment powagi: ekologia jest dla mnie bardzo ważna. Od lat wkurzam wszystkich współlokatorów gasząc po nich światła, w moim plecaku prędzej zabraknie parasola niż szmacianej torby na zakupy i tak dalej. Ale istnieją rzeczy, które znajdują się dla mnie w strefie dla ekoświrusów, z którymi jest mi zupełnie nie po drodze. Jest jednak blogerka, która metodycznie i systematycznie opisuje swoje eko-podejście do życia. Swoimi wpisami przesuwa niektóre rzeczy z tej mojej „sfery dla świrów” do szarej strefy przejściowej, aż w końcu do rzeczy normalnie akceptowalnych. Idealnym przykładem będą tu... wielorazowe płatki kosmetyczne. Kiedy zobaczyłam je u Bogusi z Piękno i Minimalizm po raz pierwszy, uznałam to za jedną z głupszych rzeczy jakie świat wymyślił. A teraz sama takich używam i nie wyobrażam sobie powrotu do produkowania takiej góry odpadów, które są po prostu zbędne.

http://pieknoiminimalizm.blogspot.com/


Pozostańmy w temacie ekologii. Wiecie co jest ważne poza śmieciami? Zasoby naturalne. A sposobem na fantastyczne marnotrawienie ich jest… produkcja mięsa. Na obrazowym przykładzie: wyprodukowanie kilograma białka zwierzęcego w porównania do kilograma białka sojowego wymaga 12x większej powierzchni ziemi, 13x więcej paliw kopalnych i 15x więcej wody. Jako osoba, która do niedawna jadła mięso w czterech posiłkach dziennie, codziennie przez sześć dni w tygodniu, mam na swoim sumieniu mnóstwo zmarnowanej w ten sposób wody i wyprodukowanych gazów cieplarnianych. Na ten moment nie wyobrażam sobie przejścia na dietę wegetariańską, ale… coś mi się jednak udało. Udało mi się wygospodarować drugi (poza piątkiem) dzień bezmięsny, a w pozostałe dni jem mięso tylko raz dziennie. Odżywiam się tak już od kilku miesięcy i żyję! A osobą, która sprawiła, że ten czas nie był dla mnie udręką jest oczywiście Marta Dymek z bloga Jadłonomia oraz inni wege blogerzy, którym z tego miejsca serdecznie dziękuję! Tak naprawdę powinnam tu nominować ich wszystkich, a przede wszystkim te blogerki, które pokazały mi, że nawet zadeklarowana mięsotarianka jak ja może zachwycić się odpowiednio przygotowanym tofu czy wegańskim smalcem i wprowadzić u siebie choć kilka jarskich dni.

http://www.jadlonomia.com/



Z tych samych powodów co rok temu (oraz kilku innych) zagłosuję też na Asię Glogazę z bloga Styledigger.com. W zeszłym roku byłam na etapie zachwytu jej podejściem do ubrań i dopiero na koniec uzasadnienia napomknęłam o jej podejściu do... życia, tak po prostu. Dziś znacznie chętniej czytam i inspiruję się tym, że Asia tak pięknie w nosie ma konwenanse i zwyczajnie żyje po swojemu. Jest to podejście, które podzielam i które chciałabym w sobie pielęgnować, a blog Styledigger to idealne ku temu miejsce.

http://styledigger.com/


I na koniec Kasia Czajka, czyli Zwierz Popkulturalny. W shareweekowym wpisie sprzed roku wspomniałam o jedenastu blogach, ale głosy mogłam oddać tylko na trzy i Zwierz znalazł się wówczas w tym gronie niejako „kosztem” między innymi wspomnianej wyżej Asi. W tym roku zamienię dziewczyny miejscami, to jest zagłosuję na Styledigger, a Zwierz dostanie „honorową wzmiankę”, bo nie mogło jej w tym tekście zabraknąć. W bardzo ważnym dla mnie wpisie (do przeczytania tutaj!) napisała tak:
Powiem szczerze, zawsze kiedy widzę komentarz dziewczyn, które radośnie odcinają się od tego krzyku i tupnięcia robi mi się przykro. Nie dlatego, że uważam iż nie mają prawa do swoich poglądów. Raczej dlatego, że nie dostrzegają jak nam wszystkim to szkodzi.
I wiecie co? Ja byłam tą dziewczyną. I zrobiło mi się wtedy tak strasznie, strasznie wstyd, ale kurczę - był to pierwszy kroczek z wielu. Nie powiem, żebym podzielała wszystkie Zwierza poglądy czy nawet gust kulturalny, ale nie o to tu chodzi! Opuszczenie swojej bańki informacyjnej (czy bańki filtrującej – jak zwał, tak zwał) wychodzi mi tylko na dobre. I Wam też wyjdzie.


http://zpopk.pl/


Teraz pytanie do Was, a nawet dwa: czy zdarza się Wam zmieniać zdanie/poglądy pod wpływem blogów? Jeśli tak, to jakich? Polećcie mi je i swoje inne ulubione blogi również, także te urodowe są mile widziane :)

Blogerki (szczególnie te urodowe!), wyzywam Was! Podzielcie się tym kogo czytacie, kto Was edukuje, kto bawi, a kto inspiruje. Linki możecie podrzucić mi nawet w komentarzu, żebym nie przeoczyła wpisów u Was :)

Pozdrawiam ciepło
Ania


Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger