Antyperspiranty, dezodoranty, kryształy – jak wybrać, czego unikać?

9/17/2016

Antyperspiranty, dezodoranty, kryształy – jak wybrać, czego unikać?


źródło
„Antyperspirant” i „dezodorant” to słowa, których w mowie potocznej często używa się zamiennie. Zauważyłam, że wyjątkowo często Wizażanki obniżają średnie wielu dezodorantom przyznając im niskie noty za brak ochrony przed wilgocią. Pod koniec tego posta będziecie już wiedziały dlaczego to błąd, czym obie grupy różnią się od siebie, kiedy znajdują zastosowanie i na co zwrócić uwagę wybierając konkretny produkt. Zaczynamy! :)

W największym uproszczeniu: dezodoranty chronią nas przed brzydkim zapachem potu, a antyperspiranty także przed pojawieniem się u nas mokrych plam. By zrozumieć sposoby ich działania przydatne okażą się małe podstawy funkcjonowania gruczołów potowych ;)

Mamy ich dwa rodzaje: gruczoły ekrynowe oraz apokrynowe. Gruczoły ekrynowe przeważają na naszym ciele i produkują „zwykły” pot. Jest to mieszanka wody (98%) i innych składników, która stale wydzielana jest przez około 5% gruczołów. Podczas wysiłku fizycznego lub wzrostu temperatury odsetek ten zwiększa się.

Z kolei gruczoły apokrynowe wydzielają pot o innym składzie: woda stanowi w nim zaledwie 80%. Gruczoły te aktywują się podczas stresujących sytuacji, produkując pot równolegle z gruczołami ekrynowymi.

źródło


Oba rodzaje potu są pozbawione zapachu. Dopiero namnożenie bakterii (głównie Staphylococcus hominis - w wolnym tłumaczeniu grunkowca ludzkiego) powoduje jego pojawienie się i tu dochodzimy do meritum: bakterie potrzebują pożywienia. Zwłaszcza wydzielina gruczołów apokrynowych to dla nich prawdziwa wyżerka, stąd obserwowana przez wiele osób różnica: pot po wycisku na siłowni pod kątem woni nie ma nawet porównania do potu wydzielonego w stresie.

Jak się można domyślić, stąd właśnie wynikać będzie odmienny mechanizm działania dezodorantów czy antyperspirantów. Ogólnie rzecz ujmując, dezodoranty hamują namnażanie bakterii odpowiedzialnych za odorek potu. Wyjątkiem są tutaj dezodoranty oparte o Zinc Ricinoleate: w nie do końca poznanym dotąd mechanizmie działa on przez absorbowanie zapachu. Znajdziemy go na przykład w dezodorancie Dr. Hauschka.

Tymczasem antyperspiranty blokują wydzielanie potu. Wbrew powszechnej opinii, nie hamują jego produkcji! Zgodnie z prawem tylko leki mają prawo ingerować w funkcjonowanie ludzkiego organizmu (w tym przypadku funkcjonowanie gruczołów potowych). Kosmetyki tego robić nie mogą: sole aluminium zawarte w antyperspirantach tworzą za to malutkie żelowe korki, które tymczasowo zatykają ujścia gruczołów potowych. Koncerny kosmetyczne prześcigają się w opracowywaniu nowych związków: takich, których „korek” utrzyma się dłużej niż po użyciu produktów konkurencji. Stąd właśnie obietnice 72-godzinnego działania – chociaż konia z rzędem temu, kto wytrzymał trzy dni bez mycia, by to zweryfikować ;)

DEZODORANTY

Mechanizm działania: działanie antybakteryjne

Odpowiedzialne składniki: Triclosan i inne antyseptyki, Zinc Ricinoleate

Grupy produktów: dezodoranty naturalne (np. Alterra w sprayu), dezodoranty tradycyjne

Ciekawy zawodnik: dezodoranty w krysztale

Dezodoranty w krysztale reklamowane są jako w stu procentach naturalne oraz wyjątkowo wydajne: mają starczać na rok codziennego stosowania. Opisywane w ten sposób produkty to najczęściej kryształy ałunu: pospolitego minerału o antybakteryjnych i ściągających właściwościach.  O tej formie dezodorantu wspominałam już w tekście o moich → ulubieńcach tego lata :)



ANTYPERSPIRANTY

Mechanizm działania: hamowanie wydzielania potu

Odpowiedzialne składniki: związku glinu (aluminium)

Grupy produktów: w zależności od formy kosmetyku (kulki, sztyfty, kremy, atomizery)

Ciekawy zawodnik: blokery

Czym właściwie są blokery? To produkty, które zawierają więcej soli glinu niż przeciętny antyperspirant. Należy pamiętać, że mogą działać na skórę drażniąco i używać ich z rozwagą. Blokery stanowią ogniwo łączące zwykłe antyperspiranty z lekami na receptę takimi jak Antidral.

MOJE ULUBIONE PRODUKTY

Na co dzień moją ulubioną formą ochrony są antyperspiranty. Przez lata nie potrafiłam znaleźć działającego choć odrobinę kosmetyku w atomizerze, więc męczyłam się z kulkami. Ze względu na jakość oferowanej ochrony zdecydowanie najcieplej wspominam antyperspiranty Ziaja, ale nie ulega wątpliwości: samo wysychanie nałożonego kosmetyku doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Na szczęście zupełnym przypadkiem odkryłam atomizery Garnier Mineral i to była dla mnie miłość od pierwszego wejrzenia! Wspominałam o nich już kilkukrotnie (na przykład → tu), bo wszystkie warianty z zieloną nakrętką sprawdzają się niezawodnie: zwłaszcza odkąd pozbyłam się ostatnich ciuchów ze sztucznych włókien :)

Latem bardzo chętnie sięgam po kryształ ałunu: u mnie jest to dezodorant Najmar. Odrobina wody, parę sekund i gotowe! Jestem też praktycznie przekonana, że nawet przy codziennym używaniu nie byłabym w stanie zużyć go w rok o_O Jeśli jest tu ktoś komu się to udało to dajcie znać ;)

Wolicie antyperspiranty czy dezodoranty? Korzystacie z blokerów albo ałunu?
Peelingi enzymatyczne - trochę teorii, trochę praktyki i trochę gdybania ;)

8/30/2016

Peelingi enzymatyczne - trochę teorii, trochę praktyki i trochę gdybania ;)



Dla stałych czytelników bloga moja miłość do peelingów enzymatycznych nie jest żadną nowością. Odkąd parę lat temu sięgnęłam pierwszy z nich (z pewnych względów wspomnę o nim na szarym końcu), jedynym ziarnistym scrubem z jakim zdarzyło mi się zdradzić ten rodzaj kosmetyku jest korund: najczęściej ze Zrób Sobie Krem lub w składzie wygładzającego peelingu Sylveco.

Tak naprawdę ciężko byłoby mi wybrać cerę, na której peeling enzymatyczny nie sprawdzi się. Do cery suchej, wrażliwej i naczynkowej jest to właściwie jedyna słuszna opcja. Dla cery mieszanej będzie to idealny kompromis zadowalający zarówno partie tłuste, jak i suche czy normalne. Trądzikowa skóra z wykwitami również podziękuje nam, jeśli oszczędzimy jej szorowania drobinkami. Dla cery tłustej możemy zastosować peeling częściej lub ciut dłużej i również uzyskać doskonałe efekty. Największą ostrożność zalecałabym tutaj alergikom, bo enzym jako substancja o złożonym działaniu może wywołać u nich nieprzewidzianą reakcję. Próba alergiczna najpierw na dłoni, a potem na szyi, dekolcie czy za uchem powinna nas uspokoić. Więc nad czym się jeszcze zastanawiać? Oczywiście, nad wyborem właściwego produktu…

Jeśli wolicie poczytać po prostu o konkretnych kosmetykach, zjedźcie kawałek niżej ;) Tutaj czas na odrobinę teorii!

Tak, wiem, że macie już dość widoku tej tubki... ;)


Wszystkie peelingi enzymatyczne mają jedną wspólną cechę: koniecznie trzeba przechowywać je w chłodzie i ciemności. Enzymy jako cała grupa substancji są dosyć niestabilne, ciężko robi się formulacje je zawierające, a dla ich poprawnego działania kluczowe jest to, żeby nie rozłożyło ich żadne wahnięcie temperatury, zmiana pH, namnożenie bakterii itp.

Ogólnie do wyboru mamy dwie podstawowe grupy substancji działających jako nasz peeling. Możemy zdecydować się na substancję pochodzenia owocowego lub bakteryjnego. Zanim przerażone zamkniecie zakładkę ;) powiem od razu, że substancja pochodzenia bakteryjnego to nie bakteria! Z laseczki siennej Bacillus subtilis, bo o niej mówimy, oryginalnie pozyskano subtylizynę, podobnie jak szereg innych enzymów, a także antybiotyki, aminokwasy i prebiotyk inulinę. Bardzo pożyteczne żyjątko, nie?

Dziś można te enzymy wyprodukować przemysłowo, nie muszą mieć z bakteriami żadnego kontaktu. Subtylizynę znajdziecie na przykład w peelingu enzymatycznym Ziaja nuno. Towarzyszy jej tam proteaza: inny przedstawiciel enzymów keratolitycznych.

Innym składnikiem jaki może nas zainteresować jest Bacillus ferment. Jest to prebiotyk powstały dzięki niesamowitym właściwościom fermentacyjnym naszej laseczki. Dzięki właściwościom złuszczającym jest on głównym składnikiem wielu peelingów enzymatycznych dostępnych w drogeriach: odsyłam Was do (nie moich) recenzji saszetek Soraya, Bielenda i Malwa. Przy okazji, jeśli znajdzie się ktoś kto wytłumaczy mi jak krowie na rowie DLACZEGO nie można wyprodukować tych kosmetyków w pełnowymiarowym opakowaniu, to dostanie ode mnie order z ziemniaka. I uścisk ręki prezesa.



Alternatywą dla subtylizyny będą enzymy owocowe. Papaina z papai, bromelaina z ananasa – myślę, że pewnie większość z nas już o nich słyszała. Ale nie wiem czy wiecie, że dobrym źródłem papainy są wyłącznie zielone, niedojrzałe papaje (źródło)... Właśnie z tego typu powodów od zwykłej maseczki z rozgniecionego owocu wolę kosmetyk z konkretnym stężeniem enzymu – choć oczywiście dla fanek stuprocentowo naturalnej pielęgnacji może być to fajna opcja :)

Inną opcją naturalną może być zrobienie peelingu własnoręcznie. Tu głos oddaję Druidce, bo samej ciągle nie po drodze mi z zamówieniem półproduktowym, a lista zachcianek jakoś nie chce się skracać, tylko ciągle rośnie ;) Więc myślę, że jeśli zastanawiacie się czy i jak zrobić peeling enzymatyczny w domu, to u niej znajdziecie odpowiedź.

Przejdźmy wreszcie do produktów drogeryjnych. Mój ulubiony peeling enzymatyczny to produkt Balea: niedostępny w Polsce, za granicą do kupienia za grosze. O tym, że stanowi u mnie podstawę pisałam choćby w poście o pielęgnacji cery mieszanej oraz w aktualizacji: przeciwstarzeniowej pielęgnacji cery 25+.

Mam jednak świadomość, że jego dostępność to dla niektórych bariera nie do pokonania. Dlatego kiedy nie czeka mnie żadna rozpusta Drogerie Markt idę po prostu do sklepu Ziaja lub dowolnej drogerii i wybieram peeling enzymatyczny Ziaja Ulga. Często polecam go koleżankom, na stałe zamieszkał też u mojej mamy – słowem, mam z nim sporo doświadczenia. I o ile nie zagwarantuję jego stuprocentowej skuteczności (a warto pamiętać też o ryzyku reakcji alergicznej), o tyle za tę cenę na pewno jest to produkt wart wypróbowania zwłaszcza na początku, gdy dopiero próbujemy odejść od tradycyjnych zdzieraków.

Na otwarcie czeka u mnie maska enzymatyczna Ava, o której dowiedziałam się oczywiście od Alinki. Wydaje mi się, że będzie to idealne rozwiązanie na rok akademicki, kiedy peeling połączony z glinkową maską (a obok alg stosuję wyłącznie glinki) zaoszczędzi mi sporo czasu.

Z kolei na fanpage’u Sylveco wypatrzyłam ostatnio, że wypuścili wreszcie peeling enzymatyczny. Niestety, schodziłam nogi, ale jeszcze nigdzie go nie widziałam… Skład, jak zawsze w Sylveco, jest przepiękny i czuję, że to może być ich nowy hit. Jak nie wierzycie, to zerknijcie tutaj.




I na koniec coś zupełnie innego. Co do tego, że savon noir (czarne mydło) ma właściwości peelingu enzymatycznego zgodne są wszystkie znane mi blogi i strony, łącznie z wieloma anglojęzycznymi. To właśnie był mój pierwszy "enzymatyk", więc od dawna obserwuję takie efekty u siebie… ale nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji któremu składnikowi je zawdzięczamy. Przeciętne czarne mydło to tylko oliwki zmydlone zasadą potasową, trochę oliwy, czasem gliceryna albo inne dodatki. Oczywiście wiem, że peelingi chemiczne to nie tylko kwasy, ale też zasady (poczytacie o tym tutaj), i z tego powodu wysunę hipotezę, że savon noir jest peelingiem nie-ziarnistym, ale też nie typowo enzymatycznym, a po prostu zasadowym i to w wersji łagodniejszej, niż opisuje Mademoiselle Eve w podlinkowanym tekście. Jeśli jest na sali ktoś, kto wie że się mylę – proszę o głos :)

Stosujecie peelingi regularnie? Jeśli tak, to jakie wolicie - ziarniste czy enzymatyczne?
Polećcie nam swoje ulubione produkty :)

Ania
Mój ulubiony… łagodny szampon do codziennego mycia włosów. Szampon nawilżający Vianek – recenzja.

8/24/2016

Mój ulubiony… łagodny szampon do codziennego mycia włosów. Szampon nawilżający Vianek – recenzja.



Ponieważ -> jestem w trakcie zapuszczania włosów, postanowiłam porzucić najpierw ulubiony szampon Natur Vital Hair Loss (SLeS) oraz równie lubiane szampony Equilibra (ALS). Na ich miejsce wskoczyły łagodne zamienniki: najpierw szampon Biolaven, potem bohater dzisiejszego posta, a w kolejce czeka już na mnie stary, dobry Babydream ;) Łagodne szampony pienią się słabo, tracą na wydajności i myjąc głowę co 2-3 dni denkuję je naprawdę błyskawicznie.

Na ten moment nawilżający szampon Vianek nie ma sobie równych. Łączy skuteczność domywania z łagodnością w dokładnie takich proporcjach, jaki potrzebują moje kręcone średnioporowate włosy. Ładnie zmywa z nich stylizatory (odżywkę bez spłukiwania i żel do włosów), choć oczywiście sporadycznie trzeba zedrzeć je jakimś rypaczem – robię to głównie ze względu na skórę głowy, ale oczywiście długość włosa też na tym korzysta.

Skład szamponu jest piękny: łagodne detergenty, wyciągi i inne dobroci, a na sam koniec niezbędne minimum dodatków koniecznych, by szampon nie zepsuł się po tygodniu.


Co ciekawe, pomimo to szampon zmienia się z upływem czasu. Po komentarzach u Anwen widzę, że nie jestem jedyną osobą, której na dnie opakowania zrobiła się… galaretka ;) Wczoraj umyłam nią włosy bez rozcieńczania, a do reszty dolałam wody i ciekawa jestem czy komfort mycia lub efekt po nim ulegną zmianie. Jednak wskazówkę mam taką, by przed każdym użyciem bardzo mocno powstrząsać trochę butelką. To powinno załatwić temat ;)

Wakacje spędzam w rodzinnym domu, gdzie czuję się troszkę zobligowana do pomagania mojej mamie w denkowaniu nieprzemyślanych kosmetycznych zakupów ;) Dlatego efekty poniżej to mycie moim szamponem, ale na to odżywka Tresemme Moisture Rich (skład taki, że śmiech na sali…) wzbogacona oliwką Babydream Sensitive (oliwką, w której pierwsze składniki nie są nawet olejami!). Na to mój stały zestaw: odżywka b/s Ziaja Intensywne Wygładzanie i żel do włosów Balea MEN Ultra Strong.

Od lewej: bez lampy w pochmurny dzień, bez lampy gdy wyszło słońce, z lampą.

Jak widać, nie są do końca ujarzmione, ale zapewniam Was – po przemyślanym odżywieniu, a nie takim „fast-foodzie” efekty z szamponem Vianek są zachwycające. Inna sprawa, że włosy domagają się już podcięcia, ale to odkładam na wrzesień.


Znacie ten szampon? Jakie są Wasze ulubione myjadła do codziennego stosowania?
5 ulubieńców tego lata :)

8/18/2016

5 ulubieńców tego lata :)


Choć mamy jeszcze dwa tygodnie do końca sierpnia (a studenckie wakacje trwają aż do października), moi ulubieńcy tego lata to już dla mnie oczywistość. Czas się nimi z Wami podzielić i kto wie: może zdążycie skorzystać z nich nie tylko w tym sezonie, ale przydadzą się też w najbliższych oraz następnego lata :)

NAJLEPSZY PUDER SYPKI (oczywiście do matowania filtrów)

O moim aktualnie ulubionym kremie przeciwsłonecznym z wysoką (SPF 50) ochroną pisałam już przy przeglądzie → kosmetyków idealnych na wiosnę. Jednak pomimo wielu zalet jakie posiada emulsja ochronna Lirene, jest to mimo wszystko produkt o tłustej konsystencji i który należy stosować w sporych ilościach. Dlatego bez porządnego zmatowienia ani rusz! O bardzo fajnym → naturalnym tonującym pudrze pisałam wiosną, ale teraz odkryłam coś co na mnie działa jeszcze lepiej. Jest to → mączka z maranty trzcinowej, o której wspominałam wcześniej w kontekście jej wygładzającego działania na włosy. Tak się składa, że pierwszym zastosowaniem maranty o jakim przeczytałam było używanie jej jako pudru sypkiego i oryginalnie to w tym właśnie celu ją kupiłam. Uwielbiam jedwabisty efekt jaki daje na cerze oraz genialne zdyscyplinowanie jakie funduje moim włosom!


SOCZYSTE USTA

Moja kolekcja kolorówki do makijażu ust jest już prawie kompletna. Jeszcze do niedawna poza moją wymarzoną ciemną (prawie czarną!) wiśnią brakowało mi też odcienia fuksji. Medytowałam nad tym jaką pomadkę kupić, aż... zakochałam się od pierwszego wejrzenia. U Olgi zobaczyłam kredkę Bourjois, Color Boost w odcieniu 02 Fuchsia Libre i przepadłam. Jest to moja pierwsza jumbo kredka i na dodatek pierwsza szminka o wykończeniu innym niż mat czy półmat, bo takie zdecydowanie preferuję. Ale na wiosnę i lato ten soczysty, lśniący róż pasuje mi idealnie! Co bardzo fajne, krycie można stopniować i nałożona na szybko jedna warstewka daje delikatny efekt „malinowych” ust, a po minimum wysiłku uzyskać można duże krycie intensywnym fuksjowym kolorem. Kocham <3


NATURALNY DEZODORANT

Choć na ogół jestem zadeklarowaną fanką mocniejszej ochrony (o → najlepszym antyperspirancie dla mnie pisałam w zeszłym roku i nic się w tej materii nie zmieniło), to latem chętnie sięgam po naturalne dezodoranty. Wycięte w okolicach ramion letnie fatałaszki eliminują problem mokrych plam, a dezodorant chroni przed przykrym zapachem. Gama tego typu produktów jest bardzo szeroka, a mój wybór padł na kryształ ałunu marki Najmar. Na pewno kojarzycie reklamy dezodorantu, który starcza na ponad rok codziennego stosowania: zawsze chodzi w nich właśnie o ten minerał. Ja swój kupiłam na → Jarmarku Dominikańskim dwa lata temu i ze względu na stosowanie sezonowe, prawie nie widzę po nim śladów używalności ;) Za to zdecydowanie widzę jego efekty i jest to produkt, który z całą pewnością kupiłabym ponownie.


MYCIE I ODŻYWIANIE WŁOSÓW W JEDNYM

Czy to możliwe? Owszem! Według mnie bardzo przydatnym kosmetykiem do włosów na lato jest... zwykła, tania maska o prostym składzie. Po przelaniu do mniejszego opakowania idealnie nada się do zabrania w podróż, gdzie będzie można umyć nią włosy z pominięciem kroku nakładania odżywki czy maski, ale za to bez szkody dla włosów. Ja sama nie trafiłam jeszcze na maskę, którą mogłabym spokojnie umyć samą skórę głowy, ale mnóstwo dziewczyn na blogach i w komentarzach pokochało mycie → maskami Kallos. Dodatkowo niektóre z tych masek mają skład na tyle fajny, że bardzo dobrze sprawdzają się w tradycyjnym stosowaniu po myciu, a po wzbogaceniu odrobiną ulubionego oleju jest już w ogóle wspaniale. Moje ulubione wersje Kallosa to Keratin, Algae i Multivitamin, a Wasze?

Fun fact: w opakowaniu po lewej nie ma już maski, tylko błoto kosmetyczne, a wśród tych litrowych słoi Keratin jest pusty, Caviaru zostało może na dwie aplikacje, a Milk jest prawie nieruszony ;) Kallosy idą u mnie jak woda!

PEELING ENZYMATYCZNY

Cera latem zanieczyszcza się wyjątkowo szybko. My też nie pomagamy jej w regeneracji opalając się, ograniczając zabiegi higieniczne pod namiotem, wędząc ją przy ognisku czy grillu... ;) Prostą i szybką receptą na ten problem jest regularny peeling enzymatyczny. Raz w tygodniu po umyciu twarzy nakładamy go na czas określony przez producenta (najczęściej około 5 minut), po czym zmywamy i już! Dla ambitnych polecam mój ulubiony trik: ścieranie peelingu szmatką z mikrofibry, która dodatkowo delikatnie oczyści cerę mechanicznie... a przy okazji przyspieszy zmywanie z twarzy mazidła i oszczędzi zużytych wacików. Same zalety! Oczywiście po peelingu mile widziana jest maseczka czy choćby kompres w postaci paru kropli sprawdzonego oleju, ale możemy też wklepać nasz standardowy krem.


Jakie są Wasze letnie hity? Które z pokazanych przeze mnie produktów znacie?
Piszcie też jeśli macie pytania niezwiązane z dzisiejszym tematem :)

Ania
7 zabiegów, które warto rozważyć przed ślubem czy podróżą!

8/15/2016

7 zabiegów, które warto rozważyć przed ślubem czy podróżą!


Jakie zabiegi kosmetyczne warto wykonać przed ślubem? Zapewne większość z nas ma za sobą co najmniej jedno podobne doświadczenie: dzień przed ważną imprezą mamy wolny, więc wydaje się, że mamy całe mnóstwo czasu, żeby wyspać się, zająć włosami, cerą, paznokciami… A potem okazuje się, że pół godziny przed wyjściem trzęsącymi się rękami malujemy paznokcie oczywiście zalewając skórki, robimy makijaż z kreską, która akurat tego dnia nie chce wyjść, a zakładając w pośpiechu rajstopy robimy w nich wielkie oczko. Na wesele czy inny bal pędzimy wkurzone, często po sprzeczce ze zniecierpliwionym partnerem, jeszcze w samochodzie poprawiając zrujnowany manicure, który nawet „załatany” będzie nam psuł humor przez cały wieczór.

Znamy to? No pewnie, że znamy. Dlatego dziś odliczamy do „dnia zero” razem z siedmioma zabiegami, których wykonanie w odpowiednim momencie po prostu ułatwia życie i oszczędza nerwów. O tych samych zabiegach możemy pomyśleć też na przykład przed podróżą, w której ważny jest dla nas nienaganny wygląd. Przed służbowym wyjazdem dobrze jest przygotować się nie tylko merytorycznie ;)

1. Manicure hybrydowy

Jeśli czytacie → moje posty o paznokciach to wiecie na pewno, że to jest moja pięta Achillesa i wszystkiego uczę się dopiero od niedawna. Rozwalony, niechlujny bo robiony w pośpiechu manicure to coś, co wielokrotnie popsuło mi humor tuż przed większym wyjściem. Hybrydy stają się tu wyjściem idealnym: robimy je odpowiednio wcześniej i mamy spokój zarówno na imprezę czy wesele, jak i na podróż poślubną ;) To, co powinnyśmy przemyśleć wcześniej to wybór manikiurzystyki (najlepiej z polecenia) oraz kształtu i koloru paznokci. Oczywiście o takie rzeczy jak skórki czy skóra dłoni powinnyśmy zadbać wcześniej.

2. Keratynowe prostowanie włosów

… oczywiście pod warunkiem, że gładkie, proste i lejące włosy to efekt, który nam się podoba! Po keratynowym prostowaniu możemy zapomnieć o puszeniu się, odstawaniu, skręcaniu i wywijaniu włosów na wszystkie strony. Nie musimy też pakować ze sobą prostownicy, jeśli normalnie musiałybyśmy ją ze sobą zabrać. Pamiętajmy tylko, że choć włosy po tym zabiegu wyglądają fenomenalnie nawet po samym myciu szamponem, to w dalszym ciągu trzeba o nie dbać! Wytrzymają na pewno wyjazd i odpuszczenie sobie masek czy odżywek, ale po trzech miesiącach zaniedbywania może okazać się, że po wypłukaniu keratyny wyglądają gorzej niż przed zabiegiem. A tego przecież nie chcemy!

3. Akcja: depilacja

Najtrwalsze sposoby na usunięcie zbędnego owłosienia to epilacja laserowa i IPL (tzw. depilacja światłem). Pierwsza zapewni nam efekt na zawsze, a druga na kilka miesięcy. Ze względu na to, że włosy rosną fazami i w danej chwili nie wszystkie są podatne na laser czy światło, obie metody wymagają serii zabiegów – dlatego trzeba pomyśleć o nich odpowiednio wcześniej. Ja wybrałam → epilację laserową i nie żałuję, ale wybór metody, okolic na których depilację się decydujemy oraz odpowiedniego salonu kosmetycznego to ponownie rzeczy, nad którymi warto porządnie zastanowić się z wyprzedzeniem.

4. Henna rzęs i brwi

Oprawa oczu to często coś, co robi nam pięćdziesiąt procent makijażu ;) Ja sama prędzej zrezygnuję z podkładu niż z podmalowania brwi czy rzęs, najlepiej w pakiecie z kreskami. Dlatego nadanie im wyrazu za pomocą henny jest świetną opcją zwłaszcza na wyjazdy: oszczędza nam to bagaż kosmetyków, które musimy ze sobą zabrać. Ponieważ henna może uczulać, róbmy ją z odpowiednim wyprzedzeniem! A nade wszystko, w przeciwieństwie do większości przedstawionych tu propozycji jest to groszowa sprawa. I taka przy tym pomocna :)



5. Trwała rzęs

Pozostając w temacie rzęs wspomnę o zabiegu, którym możemy dopełnić efektu po hennie. Tusz do rzęs nie tylko je przyciemnia, ale i podkręca – dlatego po hennie może brakować nam „tego czegoś”. Tu z pomocą przyjdzie nam trwała ondulacja na rzęsy, która na trzy tygodnie zapewni im wygląd zalotnego wachlarza. Podobnie jak henna jest to opcja szczególnie fajna na wyjazdy, ale jej efekty pięknie wyglądają także w połączeniu z tuszem do rzęs – więc przed ślubem też warto o tym pomyśleć :)

6. Przedłużanie rzęs metodą 1:1

Okej, okej, to będzie ostatni raz o rzęsach! Tym razem z zupełnie innej beczki. Myślę, że tej metody nie trzeba nikomu przedstawiać, bo jest szalenie popularna. Do każdej z naszych rzęs doklejamy po jednej rzęsie sztucznej, co daje bajeczny efekt. Jeśli znacie kosmetyczkę dobrze wykonującą ten zabieg, być może skusi Was bardziej niż trwała czy henna.

7. Makijaż permanentny

Tę usługę zamieszczam tu z pewnym wahaniem, bo jej efekty są naprawdę bardzo długotrwałe (2 – 5 lat!) i w razie wpadki lub nawet zwykłej zmiany gustu… trzeba uzbroić się w cierpliwość. Z drugiej strony może to być świetna sprawa choćby dla młodych mam, dla których każda sekunda jest na wagę złota. W sposób podobny do tatuowania makijażem permanentnym możemy podkreślić brwi, oczy albo usta. Jeśli macie z tą metodą doświadczenia, koniecznie podzielcie się w komentarzach – zwłaszcza, jeśli macie namiary na dobrą kosmetyczkę zajmującą się tym :)


Siedem metod i siedem efektów, które można dzięki nim uzyskać. Nie ujęłam tu między innymi zabiegów na cerę czy wybielania zębów, bo w zamyśle tematem przewodnim miała być tu oszczędność czasu w szykowaniu się na wielkie wyjście… A ponadto, takie szersze kalendaria widuję w internecie i zdecydowanie chciałam je tylko uzupełnić, a nie stworzyć na nowo ;) Jak sądzicie, udało mi się?

Dzięki za cierpliwość w oczekiwaniu na nowy wpis! Mam nadzieję, że był wart tego czekania ;)

Ściskam,

Ania
Witajcie w moim ogrodzie!

8/09/2016

Witajcie w moim ogrodzie!



Kiedy zakładałam bloga dwa lata temu, nie miałam pojęcia czy poza początkowym okresem zapału uda mi się utrzymać to hobby. Dlatego stronę prowadziłam przez pierwsze pół roku w ukryciu nawet przed najbliższymi przyjaciółkami, a sam blog… ech. Funkcjonował na darmowym szablonie z Blogspota, lekko odpicowanym dzięki serii postów „Zmieniam się z Żyj Kochaj Twórz” – znajdziecie je tutaj opatrzone tytułami zaczynającymi się od „Blog design…”. Wiem, że niektóre z Was pamiętają jeszcze mój wykonany w darmowej aplikacji PicMonkey banner z motywem galaktyki i podobno trochę za nim tęsknicie ;) Bardzo miło mi to słyszeć, ale mimo wszystko płonę rumieńcem ilekroć pomyślę o tamtej prowizorce :P

W każdym razie, w okolicach rocznicy istnienia bloga (czyli na początku lipca ubiegłego roku) pomyślałam, że skoro po roku dalej go prowadzę i z każdym miesiącem czyta mnie coraz więcej osób, to… chyba wdepnęłam w to na dobre :) Umówiłam się na sesję zdjęciową (jeśli jesteście z Trójmiasta czy okolic, to Kasię Ingielewicz polecam serdecznie), a moja twarz oraz imię pojawiły się na blogu. Miałam wtedy co prawda koszmarny bad hair day (co widać jeszcze na fotografii w kolumnie po prawej :D), ale klimat zdjęć zauroczył mnie na tyle, że nigdy specjalnie nie zaprzątałam sobie tym głowy. Dodatkowo zmieniłam szablon na taki, który wyglądał już o wiele lepiej. Mój wybór padł na jeden z wielu pięknych projektów Blokotka, które znajdziecie tutaj. Wybrany przeze mnie szablon nazywał się Modowy i ogólnie był na pewno ładny, ale po pierwsze: miał kilka technicznych niedoróbek, których nie umiałam naprawić ani ja, ani jego autorka; a po drugie – nie był do końca „mój”, bo mimo wszystko był dla mnie odrobinkę za mało poważny.


Także od samego początku wiedziałam, że tamten odświeżony wygląd bloga to tylko przystanek tymczasowy. Niedługo potem zamarzyła mi się profesjonalna identyfikacja wizualna i szablon zrobiony na zamówienie, jedyny w swoim rodzaju i dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam.

Pierwszą część przeprowadziła ze mną niezrównana Karolina Krysztofiak z Żyj Kochaj Twórz… Tak, tego samego bloga, po którym dwa lata temu  raczkowałam szukając porad dla blogerek. Oferta jej studia kreatywnego obejmowała wszystko, czego pragnęłam, a portfolio firmy było stroną, do której śliniłam się dokładnie od października 2015 r., kiedy to Karolina opublikowała efekty identyfikacji wizualnej marki Kongle oraz jak przebiegał cały proces jej tworzenia. Już wtedy czułam, że to jest dokładnie to czego szukam… a dziś wiem już, że połowy niesamowitych rzeczy nawet nie podejrzewałam. To była świetna decyzja :)

Po otrzymaniu od Karoliny projektu szablonu trzeba było znaleźć eksperta, który wcieli projekt w życie. Na szczęście jeszcze w trakcie współpracy z ŻKT polecono mi Karografię, czyli dziecko Karoliny Gie znanej mi z bloga Pasje Karoliny. Karolina to prawdziwa czarodziejka: za dotknięciem jej różdżki projekt w PDFie stał się żywym miejscem, w którym się teraz znajdujemy.

Obie dziewczyny okazały mi multum cierpliwości i wyrozumiałości, służyły radą i odpowiadały na maile wysłane czasem o najdziwniejszych nawet porach. Za to wszystko chciałabym im tutaj podziękować, a Wam polecić ich usługi. Nie umiem sobie wyobrazić rozczarowania współpracą z nimi.

Wisienką na torcie jest winowajca weekendowego zamieszania z działaniem bloga, czyli wykupienie własnej domeny. Od teraz nazwa bloga to Kosmeologika, a jego adres to www.kosmeologika.pl. Jeśli stary adres (www.kosmeo-logy.blogspot.com) macie zapisany gdzieś w zakładkach, to będę bardzo wdzięczna, jeśli wyedytujecie go i wstawicie ten nowy! Dla Was nie ma to znaczenia (poza stratą tych trzydziestu sekund, które są na tę zmianę potrzebne), ale moje statystyki będą dla mnie bardziej wiarygodnym narzędziem jeśli to zrobicie :)


Spodziewam się od Was pytań o zmianę nazwy. A co z Kosmeologią? Kosmeology? Kosmeo-logy? Jak ten blog właściwie się nazywał?!

Ech, no więc właśnie ;) Jak wielu blogerów już na samym początku popełniłam błąd wymyślając dziwną nazwę, przy której z uporem godnym lepszej sprawy tkwiłam przez dwa lata. Nazwa była trudna do zapamiętania, ba! trudna do wymówienia/podyktowania, a dodatkowo… wszelkie wyszukiwarki usilnie poprawiały ją na „kosmeTologię". Przy okazji, jeśli jesteście ciekawe: TUTAJ opowiadam jak tamta stara nazwa w ogóle powstała.

Tak wyglądała historia zmian na tym blogu. Teraz zostańcie ze mną jeszcze na chwilę, by pogadać o nowym szablonie ;) Wciąż są tutaj różne drobne poprawki do wprowadzenia, ale skoro wszystko jest już dla Was widoczne, to przypomnę, że:
  • pod bannerem macie rozwijane menu z kategoriami oraz wyszukiwarkę, która powinna być na zawsze najlepszym przyjacielem każdego internauty ;)
  • pod moim zdjęciem znajdziecie sposoby, by zostać ze mną w kontakcie.
  • Bloglovin’ to moim zdaniem najlepszy sposób obserwowania blogów i bardzo Wam go polecam! Na Facebooka wrzucam nie tylko powiadomienia o postach, ale i krótkie newsy o urodowych wydarzeniach w Trójmieście czy promocjach, ale także wstawiam krótkie recenzje i oczywiście share’uję fajne w mojej opinii linki :) Z kolei Instagrama prowadzę lifestyle’owo: jeśli chcecie wiedzieć co czytam, gdzie bywam i co jem, to znajdźcie mnie pod @b.anna.maria :)
  • bardzo polecam Wam także zapoznanie się z etykietami w prawej kolumnie. Jeśli interesuje Was konkretna tematyka, możecie zerknąć na posty z danej kategorii klikając w te etykiety bądź w odnośniki znajdujące się pod każdym postem.

Rozgośćcie się! Mam nadzieję, że będzie Wam tu równie miło i wygodnie jak mi.
Do zobaczenia już niedługo: wracamy do tematyki urodowej!

Ania
Spokojnie, to tylko przeprowadzka!

8/06/2016

Spokojnie, to tylko przeprowadzka!

źródło
Cześć wszystkim!

Jak może zauważyłyście, działanie bloga ostatnio trochę szwankowało, a teraz z kolei wygląda on... troszeczkę inaczej ;) Coś więcej na ten temat napiszę tu w osobnym poście, ale na razie chciałabym Was przeprosić za niedogodności, podziękować za zapytania czemu nie działa i zaprosić do lektury poprzedniego wpisu. Data jego publikacji zbiegła mi się niechcący z zamieszaniem na samej stronie, więc pewnie wiele z Was go przeoczyło... Dlatego jeśli lubicie moją serię o podstawach makijażu (klik!), to zajrzyjcie do części trzeciej kursu, w której uczymy się do naszego makijażu dodać odrobinę koloru :)

Całuski,

Ania

CZĘŚĆ TRZECIA KURSU ZNAJDUJE SIĘ TUTAJ: KLIK!


Jak zacząć przygodę z cieniami do powiek, cz. 3 – wprowadźmy odrobinę koloru! Cienie do powiek dla niebieskich oczu i nie tylko.

8/04/2016

Jak zacząć przygodę z cieniami do powiek, cz. 3 – wprowadźmy odrobinę koloru! Cienie do powiek dla niebieskich oczu i nie tylko.




 To już trzecia część kursu, w którym razem uczymy się używać cieni do powiek. W części pierwszej ustaliłyśmy, że najłatwiej będzie, gdy na samym początku naszą bazą zostanie cień w kremie i poznałyśmy podstawy dobrania jego koloru do naszej karnacji. W części drugiej dodałyśmy dwie barwy komplementarne do tego bazowego cienia: jaśniejszą oraz ciemniejszą od niego. W ten sposób dowiedziałyśmy się jak wykonać prosty makijaż dzienny z przyciemnieniem zewnętrznego kącika i rozjaśnieniem kącika wewnętrznego. Jeśli nie czytałyście tamtych wpisów, nadróbcie to koniecznie!


Jemy sezonowo: Twoja idealna owsianka

7/27/2016

Jemy sezonowo: Twoja idealna owsianka



Owsianka to śniadanie mistrzów. Słyszałam to wielokrotnie i muszę przyznać, że argumenty „za” faktycznie wyglądały świetnie! Jedzenie owsianki chroni przed chorobami serca, nowotworami, cukrzycą typu II, pomaga dbać o linię, obniżać ciśnienie i cholesterol, wspomaga odporność, zawiera błonnik, witaminy z grupy B... No, cuda.

Argument przeciw był jeden: rany, ależ to się wydawało paskudne w smaku.

Do jedzenia owsianki musiałam dorosnąć, ale co ważniejsze: nauczyć się ją przyrządzać. Jeśli nie jesteście fankami tego dania, to pewnie zaskoczy Was ile decyzji należy podjąć by stworzyć ten idealny, na miarę skrojony talerz pysznej i zdrowej owsianki. Moje doświadczenia postanowiłam zebrać w formie, jakiej dotąd jeszcze nie widziałam :) Zerknijcie na koniec posta i jeśli przypadnie Wam do gustu, śmiało drukujcie ją i udostępniajcie oraz koniecznie zalajkujcie ten post na → fanpage'u Kosmeologiki.
Zapuszczanie włosów w praktyce: pół roku.

7/22/2016

Zapuszczanie włosów w praktyce: pół roku.



Sześć miesięcy temu ogłosiłam Wam, że zapuszczam długie włosy. Przez ten czas na blogu ukazało się ładnych parę wpisów poświęconych temu tematowi, a najważniejsze z nich to:


Minęły kolejne trzy miesiące, więc wpadam do Was z kolejnym raportem: tym razem półrocznym :)

Po pierwsze: fryzjer i fryzura

Jak pisałam ostatnio, swoje zapuszczanie zaczęłam od małego cięcia. Ogólnie rzecz biorąc bardzo pilnuję tego, by co trzy miesiące podciąć włosy o centymetr, ale na ten moment postanowiłam zawiesić ten nawyk przynajmniej do czasu kolejnej aktualizacji.

Przyczyn jest kilka, z których najważniejsza jest taka, że włosy wyglądają akceptowalnie! Po drugie, znalazłam sobie pracę na wakacje i zdecydowanie wolę do niej chodzić w elegantszych upięciach (które są o wiele łatwiejsze z każdym dodatkowym centymetrem długości) niż moim naturalnym bałaganie na głowie ;) Po trzecie, w czasie wakacji skłonna jestem przeczekać ten moment gorszego układania się włosów, a po wrześniowym podcięciu wrócę na uczelnię z odświeżoną fryzurą :)



Po drugie: suplementacja

Zgodnie z zapowiedzią, wzięłam się za picie skrzypu polnego. Zapału wystarczyło mi na pierwszy miesiąc, po którym to okazało się, że uzupełnienie zapasów o ziele w formie sypanej (a nie w torebkach) to jakieś impossibru -.- Po kilku próbach kupienia go zniechęciłam się, w końcu raz mi się udało dostać, potem znowu był problem... więc szacuję, że z dużą nieregularnością odbyłam może połowę kuracji. Do powtórzenia w przyszłości.

Aha! Od około dwóch miesięcy dość skrupulatnie pilnuję, by zjeść łyżkę siemienia lnianego dziennie. A to też ważny element włosowej diety :)

Po trzecie: wcierki

Pamiętacie jak w poprzednim podsumowaniu pisałam, że moja skóra głowy zaczyna marudzić na wcierkę Balea Men? Napisałam to chyba w złą godzinę, bo zaraz potem skalp przesuszył się tak okropnie, że wcierkę rzuciłam w kąt i zajęłam się ratowaniem sytuacji. Z pomocą przyszedł mi Jantar, który w przeszłości nie sprawdził się jako wcierka hamująca wypadanie czy przyspieszająca porost, ale teraz okazał się nawilżającym kompresem, przy którym aloes czy siemię mogą się schować: niekoniecznie tylko ze względu na działanie, ale też na łatwość stosowania.

Jantar pięknie ukoił skórę mojej głowy i aktualnie dalej stosuję go co drugi dzień sporadycznie (co 3-4 mycia) zastępując go wcierką Balea, której resztkę chciałabym jednak zużyć.

Po czwarte: skóra głowy

Szampony Equilibra dalej uwielbiam, ale ostatnio wpadły mi w ręce dwa cuda zupełnie innego rodzaju. Szampon Biolaven oraz nawilżający szampon Vianek do włosów suchych i normalnych to ulubione produkty mojej mamy, więc spędzając wakacje w domu rodzinnym bardzo często z nich korzystam :) Na razie powiem króciutko, że Biolaven jest dla mnie wręcz odrobinkę zbyt łagodny, ale poza tym jest bardzo fajny, a Vianek to już w ogóle cudo.

Ze względu na ciągłe używanie żelu do włosów (a od jakiegoś czasu nowego, nieco mocniejszego niż dotychczasowy) regularne dokładne oczyszczanie ich jest dla mnie bardzo ważne. Tu stosuję szampon pokrzywowy Herbal Care, który dostałam na kwietniowym spotkaniu blogerek, o którym wspominałam tutaj (klik!).

Masaże najpierw z powodu sesji, a potem z powodu przeprowadzki i remontu zostały parę tygodni temu zaniechane. Jednak zdecydowanie przez większość ostatniego kwartału wykonywałam je sumiennie i lada dzień zamierzam do tego wrócić!

Po piąte: zdrowie ciała i włosów

Mniej-więcej od 10.06 do połowy lipca odpuściłam sobie ćwiczenia, co niestety bardzo widać, bo jedzenia w tym czasie bynajmniej nie ograniczałam :P Ale w miarę możliwości ćwiczę obecnie co drugi dzień, a dodatkowo mam niezły wycisk w pracy i... sporo spaceruję grając w Pokemon Go (a jakże! :D). W diecie wprowadziłam jedną jedyną zmianę: po latach prób przekonałam się do jedzenia owsianki i teraz wcinam ją praktycznie codziennie. Myślę, że wyjdzie mi to tylko na zdrowie, podobnie jak wysypianie się – najważniejsza zaleta wakacji! ^^

Od lewej: zdjęcie sprzed pół roku, po trzech miesiącach zapuszczania i z wczoraj ;)


Okej, pogadajmy o efektach. Ja widzę je na pewno, ale mam wątpliwości czy na zdjęciach widać ile urosły... No i oczywiście bardzo czekam na to, aż urosną na tyle, bym mogła wrócić do normalnego mierzenia ich i olejowania, którego bardzo mi już brakuje. Radzę sobie z tym za pomocą bogatych, emolientowych masek i wzbogacania innych z nich olejami, ale jednak OOMO to zawsze była metoda idealnie dla mnie stworzona. Mam nadzieję, że w następnej aktualizacji (zapewne w październiku) będę mogła Wam napisać, że już do niej wróciłam :)

Sporo moich zdjęć (a okazjonalnie też i jakiś filmik :P) publikuję na Instagramie, więc jeśli chcecie zobaczyć coś więcej to dodajcie mnie! @b.anna.maria - zapraszam :)


Co sądzicie? Czy Waszym zdaniem widać jakąkolwiek zmianę?

EDYCJA: Wpadło mi do głowy, że idealną ilustracją do tego podsumowania będą zdjęcia z moich włosowych eksperymentów. Dobrze widać na nich kondycję włosów i dają niejakie pojęcie na temat ich obecnej długości.

Od lewej: efekty po serum do włosów z mlekiem sojowym, po masce z dodatkiem maranty trzcinowej i po płukance z soku z malin.

Ni kwas, ni wydra: o kwasie ferulowym, kojowym, fitowym (fitynowym), azelainowym i hialuronowym w kosmetyce

7/15/2016

Ni kwas, ni wydra: o kwasie ferulowym, kojowym, fitowym (fitynowym), azelainowym i hialuronowym w kosmetyce

źródło

Kwasy w pielęgnacji cery to jeden z moich ulubionych tematów. Ta niezwykła grupa substancji czynnych może dokonać na naszej twarzy niesamowitych rzeczy, co starałam się już na łamach tego bloga kilka razy udowodnić.

Szczególnej uwadze polecam Wam dwa z moich ulubionych wpisów w tej tematyce:


Dziś pogadamy o kwasach zupełnie innego rodzaju. Nie należą one do żadnej z wyżej wymienionych grup i właściwie można powiedzieć, że kwasami są tylko ogólnie – z racji nazwy i przynależności do grup związków powodujących kwaśne pH roztworu, a niekoniecznie z powodu obecności grup hydroksylowych czy właściwości złuszczających.

Przedstawiam Wam bohaterów dzisiejszego wpisu: kwas ferulowy, kojowy, fitowy (fitynowy), azelainowy i hialuronowy.
KWAS FERULOWY

Dla kogo? Dla osób walczących ze starzeniem (szczególnie za pomocą filtrów i witaminy C), filtromaniaczek.

Rozpuszczalność: w alkoholach, glikolach.

Warto wiedzieć: kwas ferulowy ma właściwości stabilizujące witaminę C i E. Zwłaszcza w przypadku tej pierwszej jest to cecha bardzo cenna, bo witamina ta w niektórych postaciach jest bardzo niestabilna, a sam składnik pełni ogromnie ważną rolę w pielęgnacji przeciwstarzeniowej. Kwas ferulowy działa ponadto przeciwrodnikowo, więc tym lepiej spowalnia procesy starzenia. O roli promieniowania UV i wolnych rodników w starzeniu się cery pisałam w tekście o widocznych oznakach starzenia się skóry.

KWAS KOJOWY

Dla kogo? Dla walczących z przebarwieniami, szczególnie związanymi z trądzikiem.

Rozpuszczalność: w wodzie i etanolu.

Warto wiedzieć: Podstawowym i najważniejszym obszarem działania tego kwasu są przebarwienia. Hamuje on enzym biorący udział w wytwarzaniu melaniny – barwnika naszej skóry, którego nagromadzenie się w skórze daje efekt nierównego kolorytu, przebarwień itp. Ale to nie wszystko! Kwas kojowy działa także antyoksydacyjnie oraz antybakteryjnie.

KWAS FITYNOWY (FITOWY)

Dla kogo? Dla posiadaczek cery naczynkowej, z przebarwieniami, w pielęgnacji anti-aging.

Rozpuszczalność: w wodzie.

Warto wiedzieć: ma właściwości obkurczające naczynka, a także rozjaśniające i antyoksydacyjne.

KWAS AZELAINOWY

Dla kogo? Dla walczących z przebarwieniami, zaskórnikami i rozszerzonymi porami, trądzikiem.

Rozpuszczalność: w PEG-400, w wodzie słabo.

Warto wiedzieć: w podobny sposób jak kwas kojowy działa na przebarwienia, a dodatkowo przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie, przeciwzaskórnikowo. Jeśli wydaje się Wam, że jest to idealny zestaw dla cery trądzikowej, to się nie mylicie :) Swoje doświadczenia z kwasem azelainowym we właściwy sobie drobiazgowy sposób opisała Ewa znana nam jako Mademoiselle Eve: zajrzyjcie tu (klik!) i tu (klik!).

KWAS HIALURONOWY

Dla kogo? Dla każdego! Jako cudowny nawilżacz kwas hialuronowy wskazany jest właściwie w każdym programie pielęgnacyjnym.

Rozpuszczalność: w wodzie.

Warto wiedzieć: o samym kwasie można napisać bardzo wiele: o różnych rozmiarach jego cząsteczek, zastosowaniu, pochodzeniu… Skupmy się jednak na właściwościach, które zacytuję za artykułemdr Ewy Szpringer:

Kwas hialuronowy obecny w skórze spełnia ważną rolę:

  • Jego najważniejszą funkcją jest wiązanie wody - cząsteczka kwasu hialuronowego może związać 1000 razy więcej wody niż sama waży. Dzięki temu, kwas hialuronowy utrzymuje prawidłowe uwodnienie i nawilżenie tkanek;
  • Jest odpowiedzialny za wypełnienie przestrzeni międzykomórkowej, w której znajdują się włókna elastynowe i kolagenowe oraz komórki skóry;
  • Zapewnia prawidłową aktywność komórek należących do układu immunologicznego skóry (SIS);
  • Wspomaga regenerację i proliferację uszkodzonych komórek skóry oraz proces gojenia się ran;
  • Stanowi barierę ochronną, bowiem zapobiega przenikaniu bakterii;
  • Eliminuje wolne rodniki, posiada zdolność wychwytywania reaktywnych form tlenu oraz przerywa kaskadę reakcji wolnorodnikowych.
Kwas hialuronowy można kupić solo jako półprodukt do wzbogacania ulubionych produktów lub poszukać przy wyborze kosmetyków drogerii. Byle tylko w tej naszej pielęgnacji się znalazł! :)

źródło
Jak widać, temat kwasów na peelingach chemicznych się nie kończy: istnieje dla nich mnóstwo zastosowań i właściwie nie ma cery, która nie podziękowałaby nam za ich obecność w schemacie pielęgnacyjnym. Wszystko należy oczywiście robić z głową, a na zapoznanie się z wyżej przedstawionymi kandydatami warto wybrać dobrej jakości kosmetyki zawierające je w niedużych stężeniach, a dopiero potem sięgać po własne receptury.

Znacie przedstawione wyżej kwasy? Lubicie je, potwierdzacie ich działanie?
Jeśli macie pytania niedotyczące tematyki dzisiejszego posta to też piszcie śmiało ;)

A.
Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger