Moja cera: stan aktualny i cele do osiągnięcia [AKTUALIZACJA]

1/16/2017

Moja cera: stan aktualny i cele do osiągnięcia [AKTUALIZACJA]



Podobny wpis opublikowałam na blogu zaraz na początku jego istnienia: znajdziecie go tutaj (klik!). Było to jednak dwa i pół roku temu, a więc od tamtej pory zarówno stan mojej cery, jak i moje podejście do jej pielęgnacji mogło się wiele razy zmienić... Czy tak było w istocie? Przekonajmy się.

Zacznijmy od celu, bo to jest ta rzecz, która niejako definiuje tematykę tego bloga; jest moją największą pasją i na tym skupiam się poszukując nowych wyników badań, metod pielęgnacji, ciekawych składników czy obiecujących produktów.

Mówimy oczywiście o pielęgnacji przeciwstarzeniowej, choć – o, ironio! - ciężko byłoby mi stworzyć pełną i wyczerpującą definicję tego, czym owa pielęgnacja jest. Mogę Wam za to napisać co ja przez to pojęcie rozumiem:

Dla mnie pielęgnacją przeciwstarzeniową jest każde działanie, którego długofalowym efektem będzie opóźnienie pojawienia się na cerze oznak starzenia.




W odróżnieniu od wszechobecnych kosmetyków przeciwzmarszczkowych (na których skuteczność litościwie spuszczę zasłonę milczenia...), które w teorii mają cofać pojawienie się tych oznak, pielęgnacja przeciwstarzeniowa to prewencja. Profilaktyka.

Tu warto podkreślić użycie przeze mnie słowa „opóźnienie” zamiast, dajmy na to, „uniemożliwienie”. Wiem doskonale, że prędzej czy później zestarzeję się i moja skóra też, ale w mojej prywatnej opinii mamy w zasięgu ręki tyle relatywnie prostych sposobów na odłożenie tego w czasie, że aż żal byłoby z nich nie skorzystać :)

Kliknij, by przeczytać → obszerny post o starzeniu się cery, z którego jestem bardzo dumna!

No dobrze, a co odnośnie stanu obecnego cery? Na tym w końcu skupia się większość blogów dotykających tematyki urodowej: dziewczyny w pocie czoła testują niezliczone kosmetyki, które mają sprawić, że skóra stanie się wygładzona, jednolita, rozświetlona, nawilżona, matowa...

Nie jest to coś, z czego rezygnuję i absolutnie nie namawiam do tego żadnej z nas. To, w co sama celuję i u mnie się sprawdza to rozsądny kompromis. Kosmetyki, po które sięgam są czasem dość silne, więc sporadyczne podrażnienie czy suche skórki to coś, co wliczam w ryzyko wpisane w ciągłe poszukiwania, dokształcanie się i blogowanie ;) Mam świadomość, że po rezygnacji z niektórych pielęgnacyjnych kroków czy produktów, stan mojej cery „tu i teraz” mógłby się jeszcze bardziej poprawić, ale (jak napisałam wyżej) nie to jest dla mnie najbardziej istotne.

Jeśli macie podobne podejście – jesteście w idealnym miejscu :D Jeśli niekoniecznie, to w dalszym ciągu warto na tym blogu poszukać wiedzy o pielęgnacji cery; szczególnie podobnej do mojej. Co to znaczy?

Najlepsze i najbardziej aktualne zdjęcie mojej skóry jakim obecnie dysponuję. Na cerze jedynie korektor pod oczy (Catrice Camouflage w płynie) i sypki transparentny puder (maranta trzcinowa). Bez obróbki cyfrowej.

MOJA PIELĘGNACJA CERY TO PIELĘGNACJA...



  • cery młodej, bo w tym roku skończę dopiero 26 lat;

  • cery mieszanej, a przede wszystkim łatwo zanieczyszczającej się. Dzięki przemyślanej pielęgnacji nie mam z nią większych problemów poza, powiedzmy, błyszczeniem w strefie T i okazjonalnymi niespodziankami w tej samej lokalizacji. Jednak gdy tylko przestaję się starać o utrzymanie tego stanu i odpuszczam z kwasami, peelingami czy maseczkami – niespodzianek błyskawicznie robi się więcej, gorzej się goją, cera robi się nierówna i szarzeje. Więc kiedy ktoś mówi mi jak duże wrażenie robi na nim złożoność mojej pielęgnacji (a często to słyszę), odpowiadam najczęściej, że taka szybko zapychająca się cera to potężny motywator...
Kliknij, by znaleźć wszystkie posty na temat → cery mieszanej!

  • cery wrażliwej. Nie mam stwierdzonej żadnej alergii ani przewlekłej choroby skóry (jak chociażby AZS), ale raz na jakiś czas zdarzy mi się koszmarne podrażnienie. To, jak wtedy wyglądam (a wyglądam STRASZNIE) to pikuś... bo do prawdziwego szału doprowadza mnie wtedy swędzenie. Więc w mojej pielęgnacji w wielu kategoriach trzymam się od kilku lat tych samych produktów, a nowości testuję ostrożnie, dobierając je pod kątem jak najkrótszego składu i długo rozważając, czy potencjalne zyski są w ogóle warte podjętego ryzyka.

  • w miarę możliwości naturalna. Daleko mi od poglądów w rodzaju „nie nakładaj na cerę niczego, czego byś nie zjadła”, bo dbając o siebie w ten sposób można co najwyżej osiągnąć akceptowalny status quo (a i to nie u każdego...). Tymczasem pielęgnacja przeciwstarzeniowa wymaga filtrów i substancji aktywnych; wymaga enzymów czy witamin w stężeniach i aktywności niemożliwych do osiągnięcia przez nałożenie na cerę rozgniecionego owocu czy oleju. Dlatego składy moich kosmetyków czytam uważnie i są składniki, które skreślają dla mnie dany produkt całkowicie, niezależnie od jego działania. Wiele kosmetyków robię sama lub zastępuję prostymi naturalnymi odpowiednikami. Jednak ze względu na pasję do anti-ageing oraz wygodę (bo poza kręceniem kosmetyków i nacieraniem się nimi mam jeszcze normalne życie :P) stosuję też kosmetyki drogeryjne czy apteczne, których składy – choć zawsze mogłyby być lepsze – są dla mnie wystarczająco dobre, by wraz z działaniem kosmetyku przekonać mnie do wprowadzenia go do pielęgnacji.
Kliknij, by znaleźć wszystkie posty na dotyczące → naturalnej pielęgnacji!



CO POZA ANTI-AGEING?


Jak wspomniałam, pielęgnacja przeciwstarzeniowa to coś, co staram się w racjonalnych proporcjach połączyć z dbałością o stan mojej cery „tu i teraz”. Wyjaśnijmy więc co to dokładnie znaczy. W aktualizacji stanu cery w czerwcu 2014 r. pisałam tak:

Wypryski – są u mnie spowodowane w głównej mierze sprawami hormonalnymi, czyli pojawiają się i znikają w zależności od fazy cyklu. Nie są szczególnie duże, goją się dobrze (choć wolno) i pojawiają się w stałych lokalizacjach: na czole, linii włosów i brodzie. Resztę miejsc dotyka to sporadycznie.
Naczynka – od lat (odkąd właściwie pamiętam) mam na policzkach delikatnie różowawe plamy poszerzonych naczynek. Nie rosną ani nie maleją, nie pojawiają się też nowe, a sam problem ma podłoże najpewniej genetyczne (kilkoro członków rodziny również się z nim boryka), jednak na wszelki wypadek staram się tam gdzie to możliwe traktować moją skórę jak cerę naczynkową.
I, szczerze mówiąc, za wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Jedyną poważną zmianą jest to, że naczynkami przestałam się zajmować: ani specjalnie z nimi nie walczę, ani ich nie zakrywam (od około pół roku nie używam nawet podkładu), ani po prostu się nimi nie przejmuję. Nie wiem jak to się stało, ale cieszy mnie to :)

W oryginalnym poście wspominałam też o zmarszczkach (których temat wyczerpałam wyżej) oraz o zaskórnikach (o których wiem już, że były problemem rozdmuchanym i którymi przejmuję się obecnie jeszcze mniej niż naczynkami). Oczywiście poza tym wszystkim dbam też o nawilżenie skóry, jej koloryt i ogólny stan zdrowia.


Choć nie uległ on żadnym zmianom, dla porządku znaleźć się powinien ;) Oto graf przedstawiający dotykające mnie kwestie dotyczące skóry. Legenda bez zmian: kolor czerwony to naczynka, różowy – wypryski, szary – zaskórniki, zielony – zmarszczki.


Zastanawiałam się czy nie poszerzyć tego wpisu o moją obecną pielęgnację, ale chciałabym aby pozostał stuprocentowo aktualny tak długo, jak to możliwe – tak jak udało mi się to za poprzednim razem. Jeśli jesteście ciekawe jak wygląda moja obecna „rutyna”, dajcie znać! Funkcjonujące u mnie obecnie schematy spisują się u mnie naprawdę fantastycznie i niewiele jest rzeczy, które chciałabym w tej chwili zmienić. Nie ukrywam, bardzo mnie to cieszy! :)

Pozdrawiam noworocznie,
Ania

Recenzja: tak chyba być nie powinno, czyli świetny krem nawilżający (Eveline New Hyaluron 60+)

12/18/2016

Recenzja: tak chyba być nie powinno, czyli świetny krem nawilżający (Eveline New Hyaluron 60+)


Jednym z absolutnie podstawowych postulatów świadomej pielęgnacji jest kierowanie się składami kosmetyków, a nie obietnicami producenta. Na początku składy analizują za nas internetowe boty  albo blogerki i ich czytelniczki, a z czasem uczymy się tego same i… co tu dużo mówić, niektóre odkrycia potrafią nieźle zaskoczyć. Moje zdziwienie zdarza mi się wyrazić na -> fanpage’u Kosmeologiki na Facebooku: na przykład tutaj lub w wersji o wieeele mniej pozytywnej tutaj.

Co zdziwiło mnie ostatnio?

Otóż da się w przeciętnej drogerii kupić świetny krem nawilżający za nieduże pieniądze. Szkoda tylko, że reklamowany jest jako skoncentrowany krem do cery dojrzałej (60+) przywracający gęstość skóry.

Ale po kolei...

Na początku roku akademickiego mam zawsze dużo wydatków, więc uzupełniając wtedy braki kosmetyczne rzadko wydziwiam i po prostu kupuję w Rossmannie to, co ma najlepszy stosunek ceny do obrazu sugerowanego przez skład. Szukając kremu nawilżającego zerknęłam między innymi na bohatera dzisiejszego wpisu: krem Eveline z serii New Hyaluron Drugiej Generacji. Jest to Skoncentrowany krem przywracający gęstość skóry na dzień i na noc, 60+. W jego składzie znalazłam:

Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Glycine Soja Oil, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Caprylic/Capric Triglyceride, Olus Oil, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Disodium Cetearyl Sulfosuccinate, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Hyaluronate, Betaine, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Hyaluronic Acid, Cyclopentasiloxane, Dimethicone Crosspolymer, Cyclohexasiloxane, Hydrolyzed Viola Tricolor Extract, Propylene Glycol, Undaria Pinnatifida Extract, Panthenol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Tocopheryl Acetate, DMDM Hydantoin, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Phenoxyethanol, Parfum.

Jak widać, elegancko! Dużo składników naturalnych i nawilżaczy. W celu zapobieżeniu ucieczki wody ze skóry są też trzy lekkie silikony i ponieważ są w składzie dość nisko – potrafię je zaakceptować (zwłaszcza, że krem mnie po prostu nie zapchał). Jest i filtr słoneczny, ale SPF 8 to dla mnie żart, równie dobrze mogłoby go nie być w ogóle ;) Kompozycja zapachowa jest na samym końcu (czyli jest jej mało). Tak naprawdę smuci tylko ten brzydki konserwant… ale poza tym kremem, nie mam już chyba żadnego kosmetyku z donorami formaldehydu, więc pozwalam sobie na używanie go.

Co natychmiast zwróciło moją uwagę, to fakt, że właściwie żaden składnik nie wydaje się być żadną ultranowoczesną technologią – a to sugerowałoby opakowanie chełpiące się napisami typu „akwaporyny” czy „Matrigenics 14.G”.



Jak się okazuje: składnik o nazwie AQUAPHYLINE® ma stymulować powstawanie nowych akwaporyn. Tym składnikiem jest ekstrakt z fiołka trójbarwnego.

Za nazwą Matrigenics 14.G kryje się ekstrakt z algi brunatnej Undaria Pinnatifida, który ma, uwaga, reaktywować czternaście genów odmładzających skórę.

Próbowałam znaleźć publikacje świadczące o prawdziwości powyższych tez. Jednak jedyne potwierdzenie, jakie udało mi się znaleźć, było na stronach sklepów kosmetologicznych i tym podobnych, gdzie właściwie metodą kopiuj-wklej zamieszczono krótkie charakterystyki wspomnianych substancji. Jednak w kwestii publikacji naukowych – nic. Nie świadczy to oczywiście o tym, że są to obietnice wyssane z palca (nie przeczytałam przecież WSZYSTKIEGO co kiedykolwiek opublikowano na temat alg czy fiołków…), ale fakt że dłuższe poszukiwania zakończyły się kompletnym fiaskiem jest mimo wszystko zastanawiający.

Przejdę więc zatem do meritum: czy Skoncentrowany krem przywracający gęstość skóry Eveline New Hyaluron Drugiej Generacji 60+ to dobry produkt?

TAK, jeśli szukamy świetnego, niedrogiego, łatwo dostępnego kremu nawilżającego.

NIE, jeśli szukamy tego, co sugeruje jego etykieta, bo według niej krem „działa jak aktywny wypełniacz tkankowy, (…) przywraca jej [skórze] prawidłową gęstość i spoistość (…), spektakularnie liftinguje i ujędrnia skórę”.

Jako krem nawilżający oceniłabym ten produkt bardzo wysoko. Ma idealną dla mnie konsystencję (nie za lekką, nie zbyt treściwą), świetnie się wchłania, pięknie nawilża, cudo. Ma dużo substancji nawilżających łącznie z dbałością o okluzję i to po prostu widać oraz czuć. Fajne oleje i wyciągi oraz witamina E to wisienka na torcie. Krem w cenie regularnej kosztuje jakieś 18 zł, lecz pierwsze opakowanie kupiłam za około 11 zł, a drugie w promocji 1+1 za jeden grosz, czyli uśredniając za około 9 zł. Jak na krem nawilżający tej jakości jest to cena śmiesznie niska. Krem jest do kupienia w większości drogerii, ma solidne szklane opakowanie, delikatnie i przyjemnie pachnie.


Natomiast w kwestii działania przeciwzmarszczkowego… Co tu dużo mówić, mojego kredytu zaufania nie dostał. Skład od początku tego nie zapowiadał, a empirycznie mogę stwierdzić, że zmarszczki mimicznej na czole mi nie wyprasował ;) I nie wierzę, by mógł poradzić na cokolwiek więcej niż tzw. fine lines biorące się z niedostatecznego nawilżenia skóry. Jeśli nie wiesz o co chodzi, przeczytaj mój tekst wyjaśniający -> różnice między poszczególnymi rodzajami zmarszczek!

Generalnie cała seria New Hyaluron Drugiej Generacji ma podobne składy, ale litości! Nawet kremy przeznaczone dla młodszych grup wiekowych mają więcej składników uznanych w walce ze starzeniem: adenozynę w kremie 50+,  Retinyl Palmitate w kremie  40+, a nawet kofeinę w najgorszym „składowo” kremie 30+ (który zawiera parafinę i wazelinę wysoko w składzie, więc generalnie odradzam). Świetnie wyglądają za to produkty uzupełniające tę linię: roll-on pod oczy, krem pod oczy i serum będące w istocie właściwie czystym kwasem hialuronowym, idealnym do mieszania na szybko z lekkim olejkiem :)

Natomiast jeśli poszukujecie taniego, dobrego kremu nawilżającego – na pewno warto krem Eveline rozważyć. Mina mojej mamy, kiedy zobaczyła że używam kremu 60+ była bezcenna ;) Z kosmetyku jestem na tyle zadowolona, że kupiłam już drugie opakowanie, a z kremami nie zdarza mi się to zbyt często…
 *

Jakiego kremu nawilżającego używacie aktualnie? A po jakie kremy sięgają Wasze mamy?
Jak zacząć przygodę z cieniami do powiek, cz. 4 – naturalny makijaż z kolorowym akcentem

12/13/2016

Jak zacząć przygodę z cieniami do powiek, cz. 4 – naturalny makijaż z kolorowym akcentem



Kolorowe makijaże będące małymi dziełami sztuki to coś, co uwielbiam oglądać... ale w noszeniu o wiele bardziej pasują do mnie stonowane barwy przełamane tylko kolorowym akcentem. Mam jednak wrażenie, że różnego rodzaju tutoriale makijażowe dzielą się z grubsza na dwie dominujące grupy, a tytułowy typ make-upu traktuje się odrobinę po macoszemu. Najczęściej widujemy albo piękne, utrzymane w beżach, brązach czy innych cielistych odcieniach makijaże naturalne (czasem zestawione z mocną szminką, co uwielbiam!) albo pełne glamour uzyskane za pomocą wielu wyrazistych kolorów i/lub bardzo błyszczących cieni, które przykuwają spojrzenia jak mało co :) Dziś jednak pogadamy głównie o makijażu będącym poniekąd stadium pośrednim między obiema grupami: makijażu dziennym z kolorowymi akcentami. Bo kto powiedział, że nude musi oznaczać nudę?

Zacznijmy od szczypty anatomii:




źródło
No, może nie od takiej ;) Pomówmy o obszarach wokół oczu, które możemy ozdobić makijażem modelując oko na tysiące sposobów. Stworzymy w ten sposób swoisty słowniczek, dzięki któremu będziemy posługiwać się tym samym językiem w tym i innych postach. Wybaczcie za poruszanie tu oczywistości, ale chciałabym, aby te teksty nadawały się absolutnie dla każdego! Ustalmy więc co następuje:

Oko ma dwa kąciki: wewnętrzny (a) i zewnętrzny (b).

Ma też dwie powieki: dolną (c) i górną (d).

Na granicy z białkówkami oka powieki przechodzą w błony śluzowe. Ten najdalszy brzeg, prawie wewnątrz worka spojówkowego, w języku angielskim nosi nazwę waterline, co po polsku znaczy tyle co... wodnica (klik!). Jednak polskie makijażystki stworzyły na nią własne określenie przez tłumaczenie poszczególnych składowych tego terminu i tak powstało sformułowanie „linia wodna”. Jak się nad tym dłużej zastanowić, nie jest chyba zbyt zgrabne, ale funkcjonuje w naszym języku od tak dawna i w sposób tak powszechny, że nie ma chyba sensu z nim walczyć ;)


Jeśli chodzi o obszar nad okiem, to możemy wyróżnić w nim jeszcze więcej konkretnych miejsc.

Zacznijmy od załamania górnej powieki (e). Jeśli mniej więcej na granicy między naszą gałką oczną a oczodołem widzimy swego rodzaju zagięcie skóry, to jest to nasze załamanie. Istnieje pewien typ budowy oka (tzw. monolid, czyli oko z pojedynczą powieką), w którym owego załamania nie ma. Oczy z załamaniem są typowe dla rasy kaukaskiej (ale nie są dla niej wyłączne!), a oczy bez niego częściej spotykamy u Azjatek, lecz ponownie: nie dotyczy to wszystkich z nich, a bywa też spotykane u innych kobiet – także wśród nas, Polek ;)

Obszar pod załamaniem nazywamy powieką ruchomą (f). U niektórych z nas jest ona duża stwarzając większe pole do makijażowych popisów. Inne z nas mają nieco trudniej, co nie znaczy, że nie możemy wtedy wyczarować na nich czegoś pięknego.

Na obszarze powieki ruchomej możemy wyróżnić jeszcze górną linię rzęs, którą często traktujemy osobno, nakładając na nią wąską plamę ciemniejszego cienia.

Obszar powyżej załamania (g) również będzie miał różny rozmiar u każdej z nas, jednak najczęściej da się na nim znaleźć jeszcze miejsce chociaż na osobne rozświetlenie pod łukiem brwiowym.

Na styku kilku z wymienionych miejsc (powieki ruchomej, jej załamania oraz zewnętrznego kącika) możemy wyznaczyć pole o nazwie outer V (h). Pisałam o nim w -> części drugiej niniejszej serii, ale gwoli przypomnienia – podsyłam krótki filmik:


Na koniec warto dodać, że wiele z tych obszarów często będziemy dzielić też „pionowo”:
  • dolną powiekę często podkreślamy innym kolorem na wewnętrznej połowie, a innym na zewnętrznej, ba! często ograniczamy się do pomalowania jedynie tej zewnętrznej;
  • powiekę ruchomą oraz obszar załamania dzielimy podobnie na pół lub często na trzy części (wewnętrzną, środkową i zewnętrzną).
Uff, dużo tej teorii… Ale to już prawie koniec, obiecuję!

Jeśli jesteśmy już po lekturze wszystkich dotychczasowych części serii o -> podstawach makijażu oczu to wykonanie prostego mejkapu dziennego nie powinno sprawić nam problemu. Po pokryciu górnej powieki lekko nad załamanie naszym -> cieniem bazowym, dodajemy -> ciemniejsze outer V i odrobinę rozświetlenia, może też eyeliner albo podkreślenie dolnej powieki i… wystarczy wytuszować rzęsy, by wykończyć nasz pełny makijaż oka. Na przykład taki:

Źródło tego zdjęcia znajdziecie tu (klik!)

A gdyby tak… odpicować go kolorowym elementem? Przygotowałam dla Was całe zestawienie przykładowych makijaży dziennych z barwną wstawką. A zaczniemy nietypowo, bo od elementu, o którym mało dotąd wspominałam ;)

KOLOROWE RZĘSY

Blog z którego pochodzi to zdjęcie już nie istnieje, ale poczynania jego autorki możecie śledzić na jej fanpage'u: Wizaż Moja Pasja :)

Kolorowe tusze do rzęs odczarowała w blogosferze Marta ze swojego Lusterka ;) Możemy użyć go na same dolne rzęsy, same górne albo po obu stronach. Jeśli sięgniemy po tusz ciemny, stonowany (na przykład granat czy oberżynę) efekt powinien być na tyle subtelny by nadał się nawet do pracy. Weselsze kolory (jak choćby bardzo popularne turkus i mięta) pewnie nie zawsze, ale w mniej formalnych sytuacjach mogą fajnie wkomponować się w wiosenną czy letnią aurę, zwłaszcza tę wakacyjną. Kolor możemy dobrać do tęczówki na kilka sposobów, dokładnie tak jak opisywałam to w tekście o -> dobieraniu cieni do koloru oczu.

LINIA WODNA




Choć zwykle podkreślamy ją w makijażu dziennym kolorem białym lub cielistym (co pięknie powiększa i otwiera oko), a na wieczór najczęściej czernią, to jak najbardziej możemy sięgnąć też po kolor i ożywić rutynę kolorowym tightliningiem :)


BARWNA KRESKA

Przepis na chabrową kreskę znajdziecie tutaj (klik!)

Pozostajemy w tym samym rejonie, tylko kosmetyk zupełnie inny :) Kolorowych eyelinerów i kredek mamy na rynku całe mnóstwo, ale dla mnie mistrzem pozostaje póki co fioletowy eyeliner Eveline Celebrities, którego uwielbiam! Zamiast tworzącego wyrazistą linię eyelinera możemy sięgnąć też po cień do powiek w dowolnym kolorze i rozłożyć go nad górną linią rzęs. Ta sama linia ma też wersję granatową, a piękne kolory ma też w swojej ofercie Lovely - ich miętowy eyeliner do brązowych oczu zwala mnie z nóg za każdym razem!!!

AKCENT NA DOLNĄ POWIEKĘ

Trzy różne interpretacje: Dominika postawiła na bardzo spokojną górę i głęboki, szlachetny dół; Asia zrobiła to trochę mocniej; a Alieneczka postawiła na soczysty, żywy akcent.

Koloru możemy użyć też na dole. Cała dolna linia rzęs lub jedynie jej część – w tym drugim przypadku solo albo w duecie z innym kolorem: neutralnym, lub wręcz przeciwnie. To jeden z moich ukochanych schematów, jest też świetnym sposobem na odmianę makijażu gdy przykładowo po powrocie z pracy czeka nas jeszcze jakieś wyjście.

WEWNĘTRZNY KĄCIK




Bo kto powiedział, że rozświetlenie w tym miejscu może być tylko złote lub srebrne? Odbijający światło barwny cień również może zdać tu egzamin, a im dalej rozstawione są nasze oczy, tym bardziej możemy zaszaleć tu z kolorem! Kto jak kto, ale Maxineczka ma niesłychane wyczucie i wie doskonale na ile można sobie pozwolić co widać na powyższym zdjęciu :)


POWIEKA RUCHOMA

Znowu Dominika Tiril i znowu zachwyt z mojej strony. Nie tylko dlatego, że też mam niebieskie oczy ;)

Genialny, często idealny właśnie dla początkujących, sposób na wprowadzenie koloru do makijażu dziennego. Nieprzekraczająca załamania plama koloru na środku górnej powieki to jest to! O doborze jej barwy pisałam w jednej z -> poprzednich części kursu. Tu widać genialny przykład tego jak teoretycznie trudny kolor (pomarańczowy jako kontrast dla niebieskiej tęczówki) wykorzystać w makijażu dziennym: sięgnąć po jego szlachetniejszą wersję (tutaj: miedź) i połączyć z równie eleganckimi kolorami.

ZEWNĘTRZNY KĄCIK

Madame Peacock z zielenią w zewnętrznym kąciku :)
Także zewnętrzna część oka może stać się przykuwającym uwagę detalem i to na wiele różnych sposobów. Od czego najłatwiej zacząć?

Przykładowo, od drobnego akcentu w zewnętrznym kąciku. Przykład możemy zobaczyć powyżej: zieleń pięknie wydobywa kolor oczu Adrianny i wygląda po prostu fantastycznie, tak... świeżo! :)

Zamiast tylko delikatnie zaznaczać zewnętrzny kącik, warto też czasem zdecydować się na coś większego: kolorowe outer V lub wprowadzenie koloru nawet nad załamanie powieki. Poniżej zobaczycie jak zrobiły to dziewczyny: Red Lipstick Monster u góry i Maxineczka na dole ;) Zerknijcie jak ciekawie Maxi umieściła brzoskwinię nie tylko nad załamaniem, ale też pod wewnętrznym kącikiem. Dla mnie wskazówka na przyszłość, żeby spróbować tego samego! Jak dotąd mi się nie zdarzyło, a Wam?






Podsumowując: tak naprawdę nie ma rzeczy, które w makijażu są zabronione ;) Niektóre są może trudniejsze, ale na tym właśnie polega zabawa z kosmetykami: wszystko można w każdej chwili zmyć, więc nic nie musi ograniczać naszej wyobraźni.

Które makijaże najbardziej wpadły Wam w oko? A które wyobrażacie sobie we własnym wykonaniu?

Przy okazji, serdecznie dziękuję wszystkim dziewczynom,
które zgodziły się użyczyć mi swoich zdjęć do tego posta.
Jesteście nie-sa-mo-wi-te, a Wasze makijaże - przepiękne!

Pozdrawiam serdecznie

Ania
DIY: witaminowy olejek przeciwstarzeniowy do masażu twarzy, szyi i dekoltu

12/07/2016

DIY: witaminowy olejek przeciwstarzeniowy do masażu twarzy, szyi i dekoltu



O przeciwstarzeniowym działaniu masażu wspominałam tutaj już kilkukrotnie. Wierzę, że regularne stosowanie go może pomóc naszej cerze na wiele sposobów. Walka ze zmarszczkami mimicznymi i migracją twarzy, wspomożenie drenażu chłonki z obszaru głowy i szyi, poprawa działania stosowanych przez nas kosmetyków… Jak widać, masaż działa na wielu płaszczyznach i choć jego skuteczność pewnie nigdy nie będzie porównywalna z zabiegami medycyny estetycznej, to pominięcie go w profilaktyce starzenia się twarzy wydaje mi się być poważnym błędem i dlatego sama masuję się codziennie. O moich ulubionych masażach wspomnę pod koniec tekstu, a więc po zapoznaniu się z przepisem nie uciekajcie tak od razu ;)



Do czego możemy wykorzystać wykonany przez nas olejek? Ja widzę dla niego trzy najfajniejsze zastosowania:
  • Oczywiście masaż. Dwa z trzech etapów mojego codziennego masażu wykonuję podczas mycia twarzy łagodnym żelem, ale trzeci z nich wykonuję zawsze z olejem. Jeszcze jakiś czas temu był to czysty olej arganowy, który koleżanka przywiozła mi jako idealną pamiątkę z Maroka dla prawdziwej ceromaniaczki ;) Obecnie używam mikstury będącej przedmiotem dzisiejszego wpisu, ale sprawdzi się tu wiele innych olei, serum czy nawet krem.
  • Kompres na cerę. Nie wiem jak Wy, ale często po peelingu i maseczce mam ochotę nałożyć na twarz coś bogatszego niż zazwyczaj. Chętnie sięgam wtedy po oleje i o ile nie macie uczulenia na żaden z jego składników, nasz dzisiejszy bohater również świetnie się do tego nada.
  • Składnik kosmetyków. Zarówno do wzbogacania kupowanych maseczek, jak i celowo wybrany składnik do mieszanki z glinką czy algami, a także do wymieszania w dłoni z kwasem hialuronowym w celu uzyskania błyskawicznego serum do twarzy. Ponownie zalecam tu ostrożność w kwestii ewentualnych uczuleń, choć jak zaraz zobaczycie – skład olejku wygląda naprawdę bardzo niewinnie ;)


Czego potrzebujemy do wykonania naszego oleju?
  • porcji oleju bazowego (najlepiej takiego o działaniu przeciwstarzeniowym: arganowym, z dzikiej róży, z ogórecznika, konopny…),
  • mniejszej gdzieś o ¼ objętości ziaren kawy,
  • „olejowej” witaminy C, czyli Ascorbyl Palmitate (ja mam tę z ZSK, której stężenie w kremach może sięgać do 8%).




Co robimy z naszymi składnikami? Przede wszystkim zanim weźmiemy się do pracy, zapoznajmy się z podstawowymi -> zasadami robienia domowych kosmetyków. A następnie:

1. Ziarna kawy grubo mielimy. Jak widać powyżej, mój młynek do kawy ma taką oto podziałkę, więc wystarczyło po prostu skręcić ją maksymalnie w prawo.
2. Mieloną kawę zalewamy olejem i odstawiamy na miesiąc w ciepłe, ciemne miejsce i codziennie raz wstrząsamy. Po przesączeniu uzyskamy kawowo-arganowy macerat. O macerowaniu na zimno i na gorąco pisałam na przykład -> tutaj i -> tutaj.
3. Macerat delikatnie podgrzewamy nie przekraczając temperatury 60 stopni Celsjusza.
4. Dodajemy witaminę C. U mnie na około 60 ml maceratu będzie to około 4 ml. Ostatnio podczas dodawania wspomogłam się ręcznym minimikserem i Wam również to polecam :)
5. Olejek przelewamy do buteleczki z ciemnego szkła. Opisujemy go etykietką ze składem i datą wykonania, a buteleczkę wstawiamy do ciemnego i chłodnego miejsca.
6. (opcjonalnie) Olejek możemy też zakonserwować witaminą E, na przykład wyciśniętą z kapsułki z apteki.


Ja poprzednią, niezakonserowaną wersję olejku trzymałam w lodówce i zużyłam go zanim zdążył się zepsuć. Tym razem zamierzam wstawić go do szafki w łazience i liczę na to, że wytrzyma w niej co najmniej te trzy miesiące.

Jak zamierzam używać go w najbliższym okresie? Czasem jako składnik maseczki, a czasem po niej, ale najczęściej właśnie do masażu szyi i dekoltu :) Mój codzienny masaż składa się z trzech części, z których każdą znajdziecie na YouTube od odpowiednimi linkami: tu (klik!), tutaj (klik!) i w końcu tu(klik!). Myślę, że olej arganowy nie na każdej cerze sprawdzi się do masowania twarzy i jeśli mamy skłonności do zapychania to lepiej będzie pomyśleć o jakimś lżejszym oleju z grupy olei schnących: na przykład z dzikiej róży, ogórecznika czy konopnego. Ale do szyi i dekoltu (oraz rzadziej na twarz) argan powinien okazać się idealny dla każdego!

Jak to z masażem twarzy, szyi i dekoltu jest u Was?
Robicie go regularnie, od czasu do czasu, a może wcale?
Czego używacie dla zachowania odpowiedniego poślizgu?
Czekam na Wasze opinie i pytania :)

Miłego wieczoru!


Ania
Top 6 najlepszych filtrów na jesień / zimę!

11/30/2016

Top 6 najlepszych filtrów na jesień / zimę!



Zaraz, zaraz… ale jak to? Filtry w listopadzie?!

Witam wszystkie nowe czytelniczki, bo każdy kto bywa tu już od jakiegoś czasu wie, że ja filtruję się przez cały rok. Co prawda, w sezonie jesienno-zimowym schodzę z moich ulubionych SPF50 do SPF30, ale fakt pozostaje faktem.

Dlaczego to robię? Moją pasją jest pielęgnacja przeciwstarzeniowa, a ta bez ochrony przeciwsłonecznej nie istnieje. Przeczytaj mój artykuł -> o starzeniu się skóry i przekonaj się sama.

Jak to robię? U początku istnienia bloga wyprodukowałam długaśny wpis o podstawach filtrowania: wady, zalety, dobór filtra, prawidłowe stosowanie. Ciekawa? -> Wszystko o filtrach przeciwsłonecznych znajdziesz właśnie tu.

A teraz do rzeczy. Zakładam, że jeśli tematyka filtrów przeciwsłonecznych była Wam dotąd obca, to po przeczytaniu podlinkowanych tekstów wszystko jest już jasne, a my „mówimy” tym samym językiem. Jeśli pod koniec dzisiejszego posta pojawią się jeszcze jakieś pytania – piszcie je śmiało w komentarzach :)

Myślę, że dzisiejszy tekst najlepiej trafi do trzech grup czytelniczek:

- osób zakręconych na punkcie pielęgnacji w stopniu podobnym do mojego! Wiem, że jest nas garstka, ale zaczynam od Was: to dla Was piszę i dziękuję, że tu jesteście! <3
- osób na kuracjach retinoidami czy kwasami, którym lekarz zalecił stosowanie filtrów… I bardzo słusznie, oczywiście. Mam nadzieję, że niniejszy post się Wam przyda, a na marginesie – jest tu bardzo wiele tekstów o pielęgnacji cery tłustej czy trądzikowej, więc może zostaniecie tu na dłużej? :)
- osób wybierających się na wakacje w cieplejsze miejsce i szukających porządnego filtra. Nie szukajcie dalej, któryś z poniższych na pewno wpadnie Wam w oko ;)


Coś dla cery tłustej i mieszanej



Myślę, że żeli suchych w dotyku, czyli linii La Roche-Posay Anthelios XL Anti-shine nie trzeba nikomu przedstawiać… Zaczynam od nich nie bez powodu: po prostu oszalałam na ich punkcie i moim zdaniem do cery tłustej czy mieszanej nic lepszego nie znajdziemy ;) Jak zapewne wiecie, filtry przeciwsłoneczne są zasadniczo bardzo tłuste i powodują świecenie się twarzy przebijające się zwykle nawet spod najbardziej matujących podkładów i pudrów.

Żel-krem od LRP po nałożeniu zostawia moją cerę matową bardziej niż w porównaniu z jakimkolwiek kremem, łącznie z tymi nie-przeciwsłonecznymi czy teoretycznie matującymi. Oczywiście, po ładnych kilku godzinach pojawia się delikatny błysk, ale mniejszy lub ewentualnie porównywalny z tym, co po prostu produkuje moja strefa T i nad czym nie rwę sobie włosów z głowy. Inne kremy w ogóle nie mają do niego startu w tej kwestii.

Kocham, kocham, kocham. A czemu?

AQUA / WATER, HOMOSALATE, ETHYLHEXYL SALICYLATE, SILICA, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER C12-15 ALKYL BENZOATE, TALC, DROMETRIZOLE TRISILOXANE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, BIS-ETHYLHEXYLOXYPHENOL METHOXYPHENYL TRIAZINE, GLYCERIN, PENTYLENE GLYCOL, BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, DIMETHICONE, PERLITE, PROPYLENE GLYCOL, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, ALUMINUM HYDROXIDE, ARACHIDYL ALCOHOL, BEHENYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, DISODIUM EDTA, INULIN LAURYL CARBAMATE, ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE, OCTOCRYLENE, PEG-8 LAURATE, PHENOXYETHANOL, STEARIC ACID, STEARYL ALCOHOL, TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID, TITANIUM DIOXIDE [NANO] / TITANIUM DIOXIDE, TOCOPHEROL, TRIETHANOLAMINE, XANTHAN GUM, ZINC GLUCONATE

W całym poście pogrubioną czcionką oznaczam filtry. Tu dodatkowo zaznaczyłam substancje matujące, nawilżające i inne pielęgnacyjne (w tym przypadku witaminę E i glukonian cynku). Mamy tu aż trzy filtry fotostabilne (Tinosorb S, Mexoryl XL i Mexoryl SX), a dodatkowo także inne: w tym Parsol (który w obecności tylu filtrów fotostabilnych nie powinien nas w ogóle martwić) oraz dwutlenek tytanu jako filtr mineralny. Cudo!


Coś dla cery trądzikowej


Choć łojotok i trądzik są ze sobą silnie związane, to trzeba te dwa problemy od siebie rozgraniczyć i właścicielkom cery trądzikowej w pierwszej kolejności zaproponowałabym zupełnie inny krem: Aknicare Sun SPF 30. Nie znaczy to, że „Antek” od La Roche-Posay się u nich nie sprawdzi: po prostu filtr Aknicare ma dużo więcej do zaoferowania w kwestii trądziku. Zerknijmy na ten skład:

Aqua, Triethyl Citrate, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Octocrylene, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Alcohol Denat., Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Propylene Glycol, Glycol palmitate, Arachidyl alcohol, Dimethicone, Cetearyl glucoside, Behenyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Benzyl Pca, Xanthan gum, Arachidyl Glucoside, Hydroxyethyl Acrylate, Decyl Glucoside, Squalane, C30-45 Alkyl Cetearyl Dimethicone Crosspolymer, Polysorbate 60, Sodium hydroxide, Phenoxyethanol, Sodium Hyaluronate, Bht, Parfum (Fragrance)

Triethyl citrate (zaraz po wodzie w składzie!) to substancja o działaniu przeciwzapalnym i bezpośrednio redukującym kolonie Propionibacterium acnes. O -> roli bakterii w powstawaniu trądziku pisałam już wcześniej, więc jeśli P. acnes nic Ci nie mówi – zajrzyj koniecznie.

GT peptide-10 działa wraz z nim w synergii potęgując działanie antybakteryjne. Dodatkowo mamy tu fajne filtry (Tinosorb M i S oraz Uvinul A Plus!), sporo nawilżaczy, słowem – wszystko, co w filtrze do cery trądzikowej być powinno. Sam krem nie matuje aż tak bardzo jak suchy w dotyku Anthelios, ale też jest o niebo mniej tłusty niż większość produktów tego typu.


Coś dla cery suchej i normalnej


Posiadaczki tego typu cer (a także mieszanej w kierunku suchej) mają w tym przypadku szczęście: sama okluzja zapewniona przez filtr przynosi pewną ulgę, a połączona z dobrym serum pod spodem powinna zapewnić już całkowity komfort. Także wtedy w zasięgu ręki mamy właściwie całą gamę najróżniejszych kremów przeciwsłonecznych, do wyboru do koloru. Ale zakładając, że chcemy czegoś naprawdę chroniącego i jak najmniej tłustego, warto zerknąć na Vichy Idéal Soleil, Matujący krem ochronny do twarzy SPF 30. Dawna nazwa tej linii to Capital Soleil i pod tym hasłem znajdziecie w Sieci wiele pozytywnych recenzji tych kremów. Moim zdaniem, niebezpodstawnie!

Zerknijmy na skład:

AQUA / WATER - ALCOHOL DENAT. - DIISOPROPYL SEBACATE - SILICA - BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE - CI 77891 / TITANIUM DIOXIDE - C12-15 ALKYL BENZOATE - OCTOCRYLENE - ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE - ZEA MAYS STARCH / CORN STARCH - ETHYLHEXYL TRIAZONE - POLY C10-30 ALKYL ACRYLATE - GLYCERYL STEARATE - BEHENYL ALCOHOL - METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL [NANO] / METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL - AMMONIUM POLYACRYLDIMETHYLTAURAMIDE / AMMONIUM POLYACRYLOYLDIMETHYL TAURATE - CAPRYLYL GLYCOL - CETYL ALCOHOL - DECYL GLUCOSIDE - DISODIUM EDTA - DISODIUM ETHYLENE DICOCAMIDE PEG-15 DISULFATE - DROMETRIZOLE TRISILOXANE - GLYCERYL STEARATE CITRATE - PHENOXYETHANOL - SODIUM HYALURONATE - TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID - TRIETHANOLAMINE - XANTHAN GUM - PARFUM / FRAGRANCE

Alkohol w tym przypadku służy temu, by odparować i pozwolić kremowi zastygnąć na skórze. Poza nim rolę ochrony przed błyszczeniem pełnią m. in. krzemionka czy skrobia kukurydziana. Ale najważniejszy jest tutaj świetny koktajl naprawdę wielu filtrów (w tym fotostabilnych Tinosorbu M, Mexorylu XL i Mexorylu SX, a ponadto Parsolu wraz z dodatkowymi stabilizatorami jak Octocrylene), i jako wisienka na torcie jeszcze dwa nawilżacze.


Coś dla ekomaniaczek




Wszystkie wymienione dotąd kremy zawierają miks filtrów chemicznych i fizycznych (mineralnych), co ja uważam za rozwiązanie dla mnie idealne. Wiem jednak, że wiele z Was ma różnego rodzaju obawy dotyczące filtrów chemicznych i wolicie te kremy, które w całości polegają na ochronie zapewnionej przez dwutlenek tytanu lub tlenek cynku. Jeśli jednak próbowałyście filtrów tego typu, to wiecie jakie są ich podstawowe minusy: bielenie i konieczność uzupełniania ich warstw na twarzy.

Ten mechanizm ochrony przed słońcem w całości opiera się na nieprzepuszczalnej barierze stworzonej na skórze przez wspomniane minerały oraz jej właściwościach odbijających światło. Stąd efekt bielenia oraz konieczność dbania o to, by cała twarz była pokryta kremem w jednakim stopniu…


Tak więc chociaż sama nie znalazłam żadnych przekonujących dowodów na szkodliwość filtrów chemicznych, znalazłam dla Was dwa ekofiltry godne polecenia. Nie wklejam nawet ich składów, bo łatwo je znaleźć, a tylko dla porządku wspomnę, że są piękne i zielone. Jeśli potrzebujemy ochrony na poziomie SPF 30, najlepsze ekologiczne filtry przeciwsłoneczne to dla nas:


Coś dla oszczędnych



O moim ulubionym tanim filtrze o średniej ochronie pisałam już dwa lata temu w -> przeglądzie jesiennych niezbędników. Co ciekawe, większość z tych produktów mam u siebie nawet w tym momencie, bo faktycznie ciągle ich używam i nie znalazłam nic, co by je pobiło ;)

Wspomniałam wtedy o bardzo przyzwoitym Ochronnym kremie do twarzy Soraya z SPF 25. Widzę, że przykładowo na Doz.pl kosztuje on 13 złotych, czyli ułamek ceny wcześniej wymienionych kosmetyków. Jest to oczywiście osiągnięte kosztem komfortu stosowania (świecenie się…), ale – co dla mnie najważniejsze – nie kosztem ochrony. Spójrzcie tylko:

Aqua, Ethylhexyl Methocycinnamate, Ethylhexyl Stearate, Cocoglycerides, Diethylamino Hydroxybenzol Hexyl Benzoate, Decyl Oleate, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Potassium Cetyl Phosphate, Propylene Glycol, Ethylhexyl Triazone, Cyclopentasiloxane, Polypropylsilsequioxane, Dimethicone, Hydrolyzed Algin, Chlorella Vulgaris Extract, Maris Aqua, Pyrus Malus Fruit Extract, Pancratium Maritimum Extract, Glycerin, Tocopherol, Allantoin, Panthenol, Tetrahydroxypropyl Ethylenediamine Carbomer, EDTA, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Alpha-Isomethylionone, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Limonene, Linalool.

Jak na to jak tani jest ten krem, fotostabilny filtr (Uvinul A Plus), a do tego garść innych filtrów bez Parsolu, mnóstwo ekstraktów i jeszcze trochę nawilżaczy? Serio, nie wiem jak Wy, ale ja nie będę wybrzydzać ;) Lubię ten krem i już!

Filtrujecie się zimą i jesienią? Jeśli tak to czemu? I po jakie produkty najchętniej wtedy sięgacie?
Jeśli macie jakieś pytania to oczywiście czekam :)

Pozdrowionka

Ania
Najlepsze maseczki do twarzy: którą wybrać, jak ich używać?

11/19/2016

Najlepsze maseczki do twarzy: którą wybrać, jak ich używać?



Regularne peelingi i maseczki to ważny element pielęgnacji mojej cery. Niestety, ma ona tendencję do łatwego zanieczyszczania się i to właśnie regularne złuszczanie trzyma ją w ryzach. A po peelingu (w moim przypadku – właściwie zawsze enzymatycznym) nie wyobrażam sobie nie nałożyć maseczki, więc mam już w tej kwestii sporo doświadczenia ;)

Zacznę od złych wieści: o dobrą drogeryjną maseczkę (dostępną stacjonarnie) jest dość trudno. Zakup nie jest niemożliwy, ale niełatwy i bez czytania składów się nie obejdzie, bo nawet w obrębie produktów jednej marki potrafią zdarzyć się i perły, i buble. Ale o tym na koniec :)

Dla mnie maseczki drogeryjne są jedynie alternatywą. Używam ich gdy mam mało czasu lub z braku innych maseczek, albo w nieco bardziej polowych warunkach niż przeciętnie. Jednakże w dziewięciu przypadkach na dziesięć sięgam po maski w proszku, które darzę ogromną miłością i to taką, która raczej nieprędko się skończy ;) Przedstawiam Wam więc moje ulubione maseczki!


ALGI

Czy jest tu ktoś, kto pamięta, że to im właśnie poświęciłam jeden z pierwszych (a dokładnie trzeci, licząc bez wstępu) wpisów na tym blogu? Porównując trzy z najbardziej popularnych alg (algi brunatne Ascophyllum nodosum, spirulinę oraz Laminaria digitata) pisałam wtedy:

Jeśli chodzi o obietnice producenta, to wszystkie one mają za zadanie odżywiać, ujędrniać, oczyszczać, regenerować i – stosowane na skórę ciała – działać antycellulitowo. Dodatkowo:
Ascophyllum nodosum ma intensywnie nawilżać i likwidować przebarwienia;
spirulina ma szczególnie dobrze wpływać na efekt wizualny dając efekt wypoczętej, promienniej cery;
Laminaria ma nadawać się do pielęgnacji włosów i paznokci, a także działać przeciwstarzeniowo.
Wszystko to oczywiście w dalszym ciągu podtrzymuję. Podobnie jak to, że jednak spirulina i algi brunatne dość zauważalnie mnie podrażniały… Jednak znalazłam na to sposób: mieszanie alg ze sobą. Dla mnie miks wszystkich trzech wymienionych zdecydowanie sprawdzał się najlepiej!

Warto wiedzieć: algi pachną nieco rybą. Jedne mniej, inne (spirulina) bardziej. Dla mnie zapach ten był akceptowalny, zwłaszcza że rekompensuje mi go wygoda w porównaniu ze stosowaniem glinek z dalszej części wpisu. Jeśli jednak jesteście wrażliwe na zapachy, bardziej zainteresują Was zapewne...


MASECZKI NA BAZIE ALG


Świetna sprawa. Niektórzy producenci wzięli sprawy w swoje ręce i sypkie algi wzbogacili o dodatkowe wyciągi czy inne dobroci. Po delikatnym przeschnięciu maseczka zmienia się w gumową błonę do ściągnięcia jednym ruchem: nazywamy to maseczką peel-off. Cera po takich maseczkach jest niebywale gładka i promienna, no coś pięknego.

Warto wiedzieć: takie produkty ma w swojej ofercie m. in. dostępna w Hebe marka Nacomi (miałam na razie obie owocowe, obie wielbię) oraz Organique (jak widzicie, żurawinowa czeka na swoją kolej). Z kolei wieki temu testowałam energizującą maseczkę anti-age z witaminą C ze Starej Mydlarni i była przegenialna!


GLINKI


Glinki to naturalne minerały, które znalazły swoje zastosowanie w kosmetyce. W zależności od miejsca wydobycia różnią się składem (kombinacją i proporcjami poszczególnych minerałów), co przekłada się na ich różne kolory. Te z kolei stanowią wskazówkę do ich celu przeznaczenia:

glinkę zieloną, błękitną czy rhassoul (ghassoul) szczególnie chętnie stosujemy do cery tłustej i trądzikowej, a pozostałe (biała, czerwona i żółta) mają zdecydowanie łagodniejsze działanie, więc wspaniale sprawdzą się odpowiednio do cery wrażliwej, naczynkowej i dojrzałej. Różowa stanowi mieszaninę glinki białej i czerwonej, więc łączy ich właściwości.



Ogromny wybór glinek znajdziemy z internetowych sklepach z półproduktami, ale niektóre z nich kupimy także stacjonarnie: przykładowo maseczki Argiletz czy Cattier są też w asortymencie aptek Dbam o Zdrowie, a glinki Nacomi są w Hebe. Osobiście widzę różnice między działaniem różnych rodzajów glinek, ale między poszczególnymi firmami? Nic a nic.

Warto wiedzieć: po nałożeniu glinki na twarz przygotujmy sobie wodę lub mgiełkę w butelce z atomizerem. Absolutnie nie wolno dopuszczać do zaschnięcia tej maseczki na twarzy, więc utrzymujmy jej wilgoć przez regularne spryskiwanie.

MASECZKA Z KURKUMY


Dowiedziałam się o niej ze dwa lata temu od Azjatyckiego Cukru i od tamtej pory z mniejszą czy większą częstotliwością dalej regularnie ją wykonuję. Mogę bowiem podpisać się pod każdą obietnicą autorki tekstu i maseczkę z kurkumy naprawdę uwielbiam. U mnie żółty odcień bez problemu znika ze skóry po przetarciu jej najzwyklejszym płynem micelarnym. Mam nadzieję, że tak będzie i u Was :)


JAK STOSOWAĆ SYPKIE MASECZKI?


Moim zdaniem niesamowicie przydatnym gadżetem jest zestaw maseczkowy. W cenie 10-15 zł widziałam je na pewno w Hebe i Super Pharm, a także chyba w Naturze? W każdym razie każda wersja jaką dotąd widziałam, składa się z miseczki, szpatułki, pędzla i zestawu miarek. Z pędzli nie korzystam, ale reszta jest naprawdę niesamowicie przydatna i wraz z szeroką opaską na przylepiec (o taką) bardzo usprawniają proces maseczkowania się ;)

PRZYGOTOWANIE MASECZKI


Bardzo dużo zależy od dokładnego rodzaju maseczki, ale by uzyskać konsystencję gęstej śmietany potrzebna jest mi najczęściej duża miarka proszku i do tego średnia miarka wody. Dokładnie mieszam do zniknięcia grudek, nakładam grubą (zwłaszcza  na brzegach!) warstwą i trzymam dokładnie tyle, ile nakazuje producent. Co jakiś czas zwilżam wodą (bądź hydrolatem, mgiełką...). Brzegi łatwo wysychających maseczek (glinki oraz wzbogacone algowe) można posmarować dowolnym kremem, choćby klasycznym Nivea.

Warto tu jednak wspomnieć, że możemy sobie maseczkę wzbogacić. Dokapać do mieszanki oleju, gliceryny czy jakiegoś ekstraktu… zamiast wody użyć hydrolatu… a także zamiast czystego proszku użyć jego mieszaniny. Ja lubię łączyć glinkowy pyłek z mlekiem w proszku, ale sięgnąć możecie prawie po wszystko – łącznie z zarodkami pszennymi na przykład :)

Ostatnim gadżetem, o którym chciałabym wspomnieć, jest ściereczka z mikrofibry. Jak dobrze wiecie, od dawna używam jej do zmywania z mojej cery peelingów enzymatycznych. Wierzę bowiem, że masując twarz kolistymi ruchami, zbieram mikrowłóknem więcej martwych komórek naskórka niż metodą tradycyjną. Nie wiem jednak czy wspomniałam tu kiedykolwiek o tym, że zastosowaną po peelingu maseczkę również ścieram taką szmatką :) Zamiast babrać się po łokcie w wodzie albo zużywać pół paczki wacików do demakijażu, ściereczkę moczę jak najcieplejszą wodą i po prostu ściągam nią rozsmarowany po twarzy kosmetyk. Zajmuje mi to ułamek normalnie poświęcanego na to czasu i nie wyobrażam sobie zrezygnowania z tej metody.

Moje azjatyckie maseczki, jeszcze czekają na testy :)

SHEET MASKS


Czyli tak zwane maseczki w płachcie, niezbędny element wielostopniowej pielęgnacji cery według Koreanek, ale nie tylko. Wykonany z flizeliny bądź innej tkaniny kawałek materiału wyciągamy z saszetki pełnej odżywczego płynu, rozkładamy całość na twarzy i leżymy (lub jak ja, w wersji ekstremalnej: dalej robimy to, co do nas należy ;) ).  Po zaleconym przez producenta czasie płachtę ściągamy i najczęściej po prostu wmasowujemy w cerę resztki maseczki, a na to nakładamy ulubiony krem lub nie. Ja po sheet masks sięgam częściej latem niż zimą (ze względu na ich lekkość i nawilżające właściwości) oraz w stanie niedoczasu, gdy nie chce mi się bawić z mieszaniem proszków i późniejszym ich zmywaniem :)

Dodatkowo warto wiedzieć, że gaziki do sheet masks można kupić (lub nawet wykonać samodzielnie) i nasączyć czym nam się żywnie podoba, a co normalnie nie utrzymałoby się na naszej twarzy. Jednak muszę przyznać, że składy większości maseczek tego typu są tak świetne, że mi osobiście nie chciałoby się w to bawić: zerknijcie tylko na składy masek Bielenda Laser Extreme i Bielenda Super Power Mezo i powiedzcie, jak się tu nie zakochać? :)

Od lewej: Bielenda Laser Extreme, Bielenda Super Power Mezo maska korygująca, nawilżająca i odmładzająca.


DOMOWE MASECZKI


Dziesiątki (jak nie setki!) przepisów na domowe maseczki do twarzy opracowywały przez pokolenia wszystkie kobiety od zarania dziejów. Jeśli nie wiesz którą z nich wybrać dla siebie, zapytaj mamy lub babci, poszperaj w internecie, albo zajrzyj do mojego posta o maseczkach z najczęściej spotykanych w polskich domach składników :)

MASECZKI DROGERYJNE



Jak wspomniałam na początku, składy w tej grupie produktów są wybitnie nierówne. Zdjęcia poniżej zrobiłam w ulubionej drogerii i wybrałam dla Was te maseczki, które moim zdaniem zapowiadają się najbardziej obiecująco pod kątem składów. Siłą rzeczy, nie testowałam ich wszystkich :) Ale w razie czego pytajcie, chętnie podpowiem która najlepiej sprawdzi się na Waszej cerze i dlaczego!

Dermaglin, czyli absolutnie najbezpieczniejsze pod kątem składów maseczki z drogerii. Praktycznie każda z nich ma góra pięć składników, to jest po prostu glinkę wzbogaconą jednym-dwoma olejami, jednym-dwoma ekstraktami i jakimś bajerem typu kolagen czy koenzym Q10. O ile nie macie alergii: można brać w ciemno!!! Pełną ofertę znajdziecie na przykład tutaj (jest to link partnerski, jeśli kupicie coś klikając w niego - dostanę od tej transakcji niewielki ułamek jej kwoty)

Dermika: tu najbardziej zaciekawiły mnie Alabaster, Senne Marzenie, Perfekcja i Nasycenie. Pierwsza zawiera ferment bakterii mlekowych (o którym pisałam przy recenzji kremu Latopic), a trzecia jest na bazie glinek. Druga i ostatnia są typowo kremowe, odżywcze, polecam do skóry suchej.
Całkiem ciekawe maseczki Eveline. Jak widać po składach, te dwie po prawej to właściwie ten sam produkt :) Z kolei pierwsza maseczka z linii #MULTIMASKING zawiera osobny produkt do strefy T (maseczka glinkowa) oraz osobny do policzków - tu producent proponuje nam bardzo zresztą fajną maseczkę z diamentami i złotem - czyli drugą od lewej na powyższym zdjęciu :)

7th Heaven, czyli najogólniej rzecz ujmując, najlepsze drogeryjne składy. Dodatkowo zobaczcie jak pięknie opisane przez producenta: każdy składnik ma swoje objaśnienie w nawiasie, a dodatkowo oznaczony jest jako pochodzenia roślinnego lub z bezpiecznej produkcji. Dodatkowo mamy tu atesty PETA, Cruelty Free i Vegetarian Standard. A same maseczki są świetne!!!


Bardzo ciekawie zapowiadająca się maseczka do cery naczynkowej od Flos-Leku (do kupienia też w tubie 75 ml) oraz przyjemnie wyglądająca maseczka Perfecta :)

Matująca glinkowa Tołpa i baaardzo ciekawie wyglądająca maseczka do cery naczynkowej nieznanej mi dotąd marki Cattua. Znacie ją? Albo inne jej produkty?


Bardzo ciekawy skład! Nawilżający cukier, delikatnie złuszczający i działający przeciwstarzeniowo glukonolakton i algi zapowiadają się na fantastyczne połączenie.
Uff, trochę się zabrało tych maseczek... Ale myślę, że było warto się z nimi zapoznać, a do samego wpisu sama będę zaglądać w awaryjnych sytuacjach - szukając na szybko odpowiedniej na dany moment maseczki ;) Mam nadzieję, że przyda się i Wam. Przy okazji, jeśli śledzicie fanpage Kosmeologiki na Facebooku (polecam!) to wiecie już, że w Hebe do 23.11 jest promocja -40% na wszystkie produkty Nacomi, które wielokrotnie pojawiły się w tym i innych moich wpisach (polecam m. in. ich świetne czarne mydło - savon noir do stosowania jako peeling enzymatyczny). Nie wiem jak Wy, ale ja skorzystam na pewno :)

Przy okazji dziękuję obsłudze sklepu Hebe przy ul. Świętojańskiej 32 w Gdyni za możliwość zrobienia zdjęć do dzisiejszego wpisu. Jesteście kochani!

Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia,

Ania
Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger