7/23/2022

(EPICKIE pod względem kolorówki) denko 1/2022!


Zapraszam na copółroczny przegląd zużytych przeze mnie kosmetyków. Jestem nim wyjątkowo podekscytowana, bo pierwsza połowa 2022 roku obrodziła w puste opakowania po kosmetykach „wiecznych”, czyli takich, które zużywa się wyjątkowo długo, a jeśli mamy ich więcej w danej kategorii (wszak rekordzistki mogą liczyć swoje palety cieni do powiek w tuzinach...) to prędzej możemy spodziewać się ich przeterminowania niż zużycia. A mi się jednak coś tam udało! :D Jeśli cieszycie się razem ze mną to zapraszam do lektury.



Włosy


Najwięcej nowości będziemy mieli w pielęgnacji włosów: dobiłam dna w pięciu maskach... z których tylko jedna (oczywiście ta najdroższa, bo jakżeby inaczej) naprawdę mnie zachwyciła: chodzi o proteinową maskę Oatme do włosów o każdej porowatości od Hairy Tale Cosmetics. Była świetna i jak się nad tym zastanowić, to nie kojarzę lepszego proteinowego kosmetyku do włosów. A szkoda, bo jej cena jest dla mnie bardzo wysoka...


Nie najgorzej wypadła bananowa maska do włosów Eveline, która dla mnie jest właściwie 1:1 odpowiednikiem bananowej maski Garnier Hair Food, a zarazem wypada od niej wyraźnie taniej: można ją złapać za 8 zł za 500 ml, podczas gdy Garnier w najlepszych promocjach raczej nie spada poniżej 14,99 za 390 ml. Dla moich długich, średnioporowatych, falowanych włosów, które większość kosmetyków po prostu „piją” takie rzeczy mają duże znaczenie!


Maski Trust my sister, Delia Cameleo i Laq mają dwie wspólne cechy. Po pierwsze, o ile mnie pamięć nie myli, każda z nich trafiła do mnie jako zapychacz koszyka podczas zakupów w sklepach internetowych celem uzyskania darmowej przesyłki. Po drugie, niestety – kompletnie nic nie robiły dla moich włosów. To znaczy jasne, gdybym po umyciu nie zastosowała żadnego odżywienia to wyglądałyby gorzej, ale ja tak po prostu totalnie nigdy nie robię. Mi chodzi o porównanie tych masek to zastosowania jakieś absolutnie bazowej, prostej odżywki – jak choćby maski Kallos. No i tutaj żadnej przewagi Trust my sister/Delii/Laqu nad Kallosem nie widziałam żadnej.


Za to wśród produktów z dolnego szeregu żaden z nich nie schodzi poniżej pewnego solidnego poziomu. Mgiełka do reanimacji fal Anwen Pinalokada, olejek do włosów Alverde, emolientowa maska Hairy Tale Liquid Gold i szampon w kostce Alverde są wręcz wybitne! A karotkowy olej Venus oraz silikonowe serum na końcówki z Avonu (które otrzymałam w prezencie) były po prostu okej.



Zużyłam też kilka hitów wszech czasów: maska do mycia włosów Kallos Color, aloesowy szampon Equilibra, cedrowe mydło Babuszki Agafii (które stosowałam jako szampon), dwie emolientowe maski (Anwen i Biovax), maska Kallos Keratin do wprasowywania dłońmi metodą Henrietty oraz najlepszy na świecie suchy szampon do ciemnych włosów czyli Batiste Dark Hair.




Cera


W temacie cery bazę stanowiły dobrze znane nam wszystkim produkty (o których za chwilę), ale znalazło się i trochę odkryć. Przede wszystkim, udało mi się wreszcie znaleźć olejek myjący, który jest bez problemu dostępny w każdym Rossmannie, a przy tym polski i niedrogi – chodzi o olejek do mycia twarzy z linii Bielenda CBD Cannabidiol. Mam już kolejne opakowanie :D


Zachwyciły mnie również kremy peptydowe Bielenda oraz Bandi, serum miorelaksacyjne Cukier oraz krem z SPF 50+ Holika Holika. Nie jestem pewna czy wrócę do tego ostatniego, bo ma jeszcze tyle fajnych kremów przeciwsłonecznych do przetestowania... Ale w mojej głowie zapisuję go jako spoko ekonomiczną opcję do ewentualnego powrotu w przyszłości.


Krem Pharmaceris z retinolem znalazł się na tym zdjęciu przez pomyłkę, bo powinien być na fotce z opakowaniami po znanych hitach – znam ten krem bardzo dobrze, bo pierwsze opakowanie kupiłam w 2018 roku :D Technicznie rzecz biorąc jest to opakowanie po kremie mojego mężczyzny, ale tak często podbierałam go do stosowania na szyję, że kiedy się skończył postanowiłam go w dzisiejszym wpisie umieścić ;)


Kostka myjąca AA nie zostawiła w mojej głowie absolutnie żadnych wspomnień – czyli zakładam, że była raczej w porządku.


Z peelingiem gommage z The Body Shopu męczyłam się jak nie wiem co. Stwierdzam, że po prostu nie lubię tej formy peelingu, a poza tym – po prostu nie zauważałam po nim żadnej zmiany w wyglądzie cery.


Miniaturka orientalnego płynu micelarnego Tołpa rok temu jeździła ze mną na wyjazdy i jeśli dobrze pamiętam, to był jeden z tych nieprzezroczystych, gęstawych płynów zostawiających wyczuwalną powłokę. I, o ile się nie mylę, bardzo mocno pachniał. Czyli nie był to mój ulubiony typ micela...


To nie moja pierwsza próbka dyniowego kremu z Organique, zawsze się cieszę jak go dostanę! :D Próbki kremów Garnier i Dermedic nie wzbudziły we mnie zachwytu.



Wśród starych hitów mamy kilka powtórek, a pierwsze w oczy rzucają się dwa opakowania po serum z witaminą C Liqpharm oraz dwa opakowania po kremie z retinaldehydem Avene Cleanance Women. Możecie poczytać o nich tutaj: Najlepsze sera z witaminą C (klik!) oraz Przegląd kosmetyków z retinalem (klik!).


Pozostałe kosmetyki znacie również: krem do twarzy i ciała Latopic był moim awaryjnym kompresem na podrażnienia np. po retinalu właśnie, bezzapachowy olejek myjący Biochemia Urody do dwuetapowego oczyszczania, płyn micelarny Tołpa Green Oils często podbieram mamie gdy jestem w domu :D A opakowanie po miniaturce żelu do twarzy Tołpa Physio Mikrobiom powinnam zamienić miejscami ze wspomnianym wcześniej kremem Pharmaceris – byłam pewna, że miałam kiedyś to myjadło, a miałam jednak trzy inne: Tołpa Green Oils, Tołpa Dermo Face (normalizujący) i „piankę” Tołpa Specialist. Ja w ogóle bardzo lubię myjadła i płyny micelarne z Tołpy, co chyba widać ;)



Zęby


Chciałoby się powiedzieć: same hity! Wszak tej samej szczoteczki i nici dentystycznych Oral-B używam od sześciu lat, a i słoiczków pasty do zębów Ben&Anna pokazałam Wam pewnie już z dziesięć.


Niestety, szukając czegoś tańszego od tej pasty skusiłam się na zakup bubla, jakich mało. Węglowo-miętowa „pasta” do zębów La-Le to jest dokładnie to, czego w higienie jamy ustnej unikam: obrzydliwe, tłuste mazidło złożone praktycznie wyłącznie z oleju kokosowego, węgla i sody. Używając tego gówna miałam wrażenie, że po prostu drobinkami sody rysuję sobie szkliwo :/ Nie mówiąc o tym, że zeszłego lata w wyższych temperaturach pasta stawała się po prostu nieużywalnym płynem – więc odłożyłam ją do zapasów i wyciągnęłam dopiero jesienią. Omijać szerokim łukiem, bo nawet jeśli taka naturalna higiena jamy ustnej Wam odpowiada, to za ułamek ceny pasty (która kosztowała ok. 30 złotych!!!) możecie zrobić sobie taką papkę własnoręcznie.




Makijaż


Jak już kiedyś (chyba?) Wam pisałam – najbardziej ciesząca mnie część wpisów denkowych :D Zwłaszcza, że dzisiaj mam Wam do pokazania kilka prawdziwych bomb, czyli kosmetyków których zużywanie zajmuje masę czasu. Moi mili, mamy tutaj: paletę cieni do powiek, DWA róże do policzków, DWA rozświetlacze i DWA cienie do powiek. A na dokładkę – dwa pudry, ale to akurat dla mnie nie jest wielki wyczyn, bo pudry zużywam szybko.


A więc po kolei: paletkę Beauty Legacy we współpracy Maxineczki z Revolution dostałam od jednej z Was, a konkretnie od czytelniczki z którą zgadałyśmy się na naszej grupie wsparcia w zużywaniu kolorówki Project Pan Polska. Ja nad tą paletką rozmyślałam z powodu zachwytu cieniem Orchid, a komuś ta paletka nie była potrzebna, więc nastąpiła szybka akcja i Travel Friendly Palette zamieszkała u mnie ;) Dość szybko doszłam do wniosku, że o ile Orchid faktycznie mnie oczarował, to reszta kosmetyków z palety albo dubluje się z innymi posiadanymi przeze mnie produktami, albo wręcz w zupełności mi nie odpowiada (jak cień Petal: jedyny którego denkowania w ogóle się nie podjęłam). Więc jesienią 2020 roku pojęłam decyzję o rozpoczęciu projektu Pan That Palette, który pod hashtagiem #panbeautylegacy możecie prześledzić we wspomnianej wcześniej grupie na Facebooku.


Prawie równie długo denkowałam róż w sztyfcie Golden Rose w odcieniu 103. Kupiłam go po lekturze wpisu Marii z Ubieraj się klasycznie o dobieraniu różu to karnacji i był to strzał w dziesiątkę: świetny kolor, a i kosmetyk jakościowo równie świetny (choć obecnie chyba wycofany ze sprzedaży). Jedynym powodem dla którego chciałam go zużyć był fakt, że dłuższą chwilę temu podjęłam próbę przestawienia się na w pełni polską i wolną od okrucieństwa kolorówkę :) Zresztą udało mi się znaleźć już dla niego zastępstwo zarówno w wersji prasowanej, jak i kremowej.


Róż Annabelle Minerals w kolorze Lily Glow dostałam na konferencji Meet Beauty. Początkowo nie miałam dla niego większego zastosowania, bo na co dzień wolę róże w kremie albo matowe róże prasowane. Jednak odkąd z pomocą Maxineczki rozpykałam mój idealny „no make-up” make-up na weekendy i wyjazdy, to nagle okazało się, że połyskujący różowy róż jak najbardziej ma u mnie zastosowanie :D Niestety, minerały od Annabelle nie są na ten moment w pełni cruelty-free, więc postanowiłam róż zdenkować i zastąpić innym produktem (tym razem w wersji wypiekanej).


Rozświetlacz Tune Sparkling Cheek był wybitny! Przez jakiś rok (?) był moim jedynym rozświetlaczem i dlatego bez specjalnego, celowego „denkowania” po prostu mi się zużył. W okolicach Gwiazdki w moje ręce wpadł mega roziskrzony rozświetlacz Hit sezonu z Glam Shopu (z kalendarza adwentowego mojej Mamy). Był to produkt zupełnie nie w jej guście, a i w mój się jakoś wybitnie nie wpasował ;P Ale zużyłam go bez bólu.


Dwa zużyte przeze mnie cienie to: jasny odcień taupe z systemu Inglot Freedom (zakupiony przeze mnie wyłącznie z myślą o malowaniu brwi, zużywałam go z pięć lat...) oraz beżowy sypki cień Sandy Beach z Neauty Minerals (boski, ale firmy która niestety nie przetrwała na rynku).


Oba zużyte przeze mnie pudry firmy Irena Eris dostałam bezpośrednio od marki. Oba były dobre, ale dużo bardziej przypadła mi do gustu wersja rozświetlająca – bardzo niewykluczone, że kiedyś go sobie po prostu sama kupię. W wersji Matt&Blur opakowanie wkurzało mnie tak niesamowicie bardzo, że z tej jednej przyczyny nie wrócę do tego pudru mimo iż bardzo ładnie matowił skórę bez tego mączno-kredowego efektu jaki miewa się po wielu pudrach typu „fixer”. Dla porównania, opakowanie po Illuminating Loose Powder jest świetne: zachowałam sobie na przyszłość i obecnie trzymam w nim mąkę z maranty trzcinowej, czyli mój ulubiony (tani, naturalny i bardzo matowy) fixer wszech czasów.



Ciało

higiena


Olejek myjący Bambino zużyłam głównie do mycia gąbek, ale używałam go i jako pierwszy etap oczyszczania twarzy (uwaga na szczypanie oczu!) oraz do mycia ciała. Pod koniec opakowania zapach jaśminu zaczął mnie wyraźnie męczyć, więc w jego miejsce kupiłam inną wersję.


Patyczki do uszu Isana Bio w wersji less-waste lubiłam, ale zdarzało mi się, że trzonek zginał się przy wcale nie aż tak dużym nacisku. Znalazłam już coś lepszego ;)


Biedronkowe mydła Linda to u mnie standard do mycia rąk, a mydło Miodowa Mydlarnia z lnem i pyłkiem pszczelim (kupione z myślą o oczyszczaniu twarzy) miało w sobie tak dużo drobinek, że trafiło pod prysznic do mycia ciała. Zastanawiam się tylko, czy mydło błotno-solne White Flowers faktycznie zużyłam do ciała, a nie do twarzy... Ale teraz już tego nie skojarzę, przepraszam :<



pielęgnacja


Masło do ciała Oeparol, masło do ciała na wagę Organique, kremy do rąk Ziaja i Stara Mydlarnia oraz krem do stóp Ziołolek Linourea 30% to u mnie stali bywalcy – z wszystkich jestem niezmiennie bardzo zadowolona.


Jedyną nowością są tutaj skarpetki nawilżające do stóp Efektima, które są całkiem spoko :) Ale w temacie skarpetek wolę jednak te złuszczające, a nawilżanie stóp wolę przeprowadzać za pomocą zwykłego kremu w tubce – jak powyższy Ziołolek chociażby.





Perfumy


Zdradzę Wam, że moja miłość do niszowych perfum rozkwita i powoli powstaje z tej miłości obłędna kolekcja ♡ Staram się tworzyć ją z głową, dlatego zobaczycie tutaj trochę próbek... Ale zanim o próbkach, pokażę Wam dwa małe sukcesy: puste flakoniki po perfumach The Library of Fragrance. Soft Tuberose odradzam od razu, bo pachną według mnie sztucznie i musiałam się z nimi trochę przemęczyć. Lilac czyli bzowe pachną całkiem ładnie, ale są jednak mało trwałe i dlatego do tego konkretnego produktu pewnie nie wrócę.


Próbkę Loewe 001 Woman dorzucił mi do przesyłki grupowicz, od którego odkupowałam przez Facebooka trochę odlewek interesujących mnie perfum. Nie jestem dobra w opisywaniu drzewnych zapachów, bo używam ich bardzo rzadko. Ale te nosiłam z przyjemnością, nawet jeśli nie planuję ich zakupu.


Lys 41 od Le Labo ogromnie mnie zaskoczył. Tymi perfumami była wypachniona moja pierwsza paczka z Galilu i wtedy zakochałam się w tym zapachu od pierwszego zwęszenia. Pudełko po dwóch (?) latach wciąż jest u mnie w domu i lubię do niego czasem zajrzeć i się zaciągnąć... Jednak cena tych perfum (jakieś 800 zł/50 ml) była dla mnie po prostu zaporowa. I wiecie co? To chyba dobrze! Bo kiedy znalazłam wreszcie okazję by kupić małą próbkę Lys 41 to okazało się, że po pół godziny w ogóle ich na sobie nie czuję! Więc uniknęłam mega wtopy (a przynajmniej zaoszczędziłam sobie wzdychania do niedoścignionego ideału).


Purple Land marki ALTAIA były gratisem do zakupów, chyba z Galilu właśnie. Jest to niesamowicie owocowy zapach, pachnie jak wypasiony drink z Coctail Bar Max & Dom Whisky w Sopocie :D Dla mnie nie jest to woń do zainwestowania w pełny flakon, ale wypróbowałam z przyjemnością.


Jednak największą kopalnią wrażeń był dla mnie discovery set od Penhaligon's, a konkretnie z ich serii Portraits. W zestawie jest pięć zapachów męskich (w sam raz żeby podrzucić drugiej połowie) i pięć zapachów damskich. Nikogo nie zaskoczę pewnie tym, że najbardziej zachwycił mnie Heartless Helen, czyli tuberoza/białe kwiaty – SZOK, nie? :D Podoba mi się w nim to, że w tej tuberozie jest jeszcze mandarynka, czyli mamy taki white floral odsłodzony, żywszy, boski na lato. Tak sobie myślę, że na moje urodziny w czerwcu za rok chciałabym sobie sprawić cały flakon.


Inne zapachy podobały mi się również, za wyjątkiem tylko jednego: orientalnego The Bewitching Yasmine. Gourmandowy Changing Constance to według mnie boski zimowy, „sweterkowy” zapach i przez niego zwątpiłam czy zimą zainwestować w niego czy we wcześniej wymarzone Frapin... Jeśli szukałabym dla siebie czegoś zielonego to The Revenge Of Lady Blanche byłoby pewnie w czołówce, a The Coveted Duchess Rose to jedna z niewielu różanych woni, która mnie nie wkurzała.


Ogółem – z całego zestawu jestem niesamowicie zadowolona!


RUNDA BONUSOWA




Zdjęcia do wpisu zrobiłam jeszcze w czerwcu, szykując się do wyjazdu służbowego. Na tymże wyjeździe powstała cała powyższa część tego tekstu. Natomiast podczas pobytu w hotelu jeszcze ładnych parę rzeczy zużyłam i cóż... nie uśmiechało mi się targanie pustych opakowań do domu, więc oto i one:


Czego tutaj nie ma... Ciekawe jest to, że dosłownie wszystko z pielęgnacji do twarzy było super: płyn micelarny Nuxe, miętowa mgiełka z Flying Tiger, krem z ceramidami Bielenda (mój opatrunek kupiony gdy skończył się wcześniej wspominany Latopic), miniaturka emulsji myjącej Avene, dwie świetne maski w płachcie, nawet próbki kremów! Wszystko za wyjątkiem miniaturowego solnego peelingu Bielenda SkinShot, który producent uważa za produkt do twarzy o_O No cóż, dla mnie on okazał się agresywny nawet na skórze ciała. A mam ich jeszcze kilka, więc w ten sposób będę je zużywać.


Z pozostałych kosmetyków negatywnie wyróżniła się jedynie odżywka Only Bio, którą pewnie pokochają włosy niskoporowate, ale na moich falach robiła bardzo niewiele i była po prostu za rzadka.


***


No i TERAZ to już naprawdę wszystko. Mam nadzieję, że i Wy jesteście dumne z moich zużytków :D


Trzymajcie się ciepło!
Ania

8 komentarzy:

  1. Rzeczywiście, bardzo epickie denko :D Gratuluję cierpliwości do przechowywania opakowań :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ładnie udało ci się zdenkować tą paletkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle super wpis :) Ja również zakochałam się w SPFie Holika Holika, to jedyny, który jestem w stanie nałożyć w wymaganej ilości i to nie na siłę, ale z absolutną przyjemnością, bo też świetnie nawilża, przyjemnie pachnie i pięknie się wchłania.
    Trochę zmartwiło mnie wycofanie różu Golden Rose w sztyfcie, bo zużywam już drugi, również za sprawą Marii Młyńskiej, i jest to moja ulubiona forma z dwóch powodów - wygodnie się nakłada oraz idealnie mieści mi się w kosmetyczce ;)
    Na koniec pytanie - jak oceniasz to serum Bandi w porównaniu do argireliny z The ordinary?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba we wpisie sformułowałam to niejasno: Bandi było częścią tego fragmentu zdania o kremach peptydowych, a serum miorelaksacyjne było firmy Cukier, czyli brandu założonego przez Basię z bloga Azjatycki Cukier. Konsystencja jest może minimalnie gęstsza, ale zasadniczo na mojej cerze to jest nieodczuwalne. Rezultatów na zmarszczkach mimicznych nie jestem w stanie ocenić, bo:
      1. ogólnie ser tego typu używam głównie prewencyjnie
      2. używam ich od kilku lat, więc co było do rozkurczenia zapewne zostało już rozkurczone ;P
      3. ważnym elementem u mnie było zapanowanie nad marszczeniem czoła oraz regularne masaże, co również uskuteczniam od dobrych kilku lat...

      Przykro mi że nie mogę pomóc bardziej!

      Usuń
  4. Zdenkowanie palety przed jej datą ważności to wyczyn - gratulacje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc to nie jestem pewna czy termin ważności nie upłynął (zwłaszcza, że przygarnęłam ją od kogoś jako kosmetyk używany), ale nawet gdyby to rzeczywiście raczej nie byłby on mocno przekroczony :)

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger