10/27/2020

Zacisnęłam zęby, ale dałam radę. 5 x bubel.

W społeczności, która wytworzyła się wokół „pannowania” - aktywnego zużywania kosmetyków ukuto termin, który dzisiaj krąży mi po głowie.


Hate-panning to zawzięte zużywanie produktu, który ewidentnie nam nie służy. I tu pojawia się dylemat: co zrobić z takim kosmetykiem? Oczywiście najłatwiej byłoby cisnąć go do kosza, ale moja wewnętrzna cebula by tego nie zniosła. Miło byłoby komuś oddać, ale nie zrobię tego z produktem w słoiczku czy pomadką.


Można więc rzucić sobie wyzwanie i produkt zużyć samodzielnie. Wtedy często szukamy mu innych zastosowań: wszak nasze pięty nie obrażą się, jeśli posmarujemy je kremem do twarzy albo umyjemy nietrafionym żelem.


Mi jednak wydaje się, że czasem hate-panning idzie za daleko. Jeśli mamy pełnowymiarowy róż o mało twarzowym odcieniu i na siłę używamy go zamiast ulubionych produktów, to one mogą pójść w odstawkę dosłownie na LATA. Trzymanie nietrafionego rozświetlacza tylko po to, by został dla nas gigantycznym cieniem do powiek też nie ma według mnie większego sensu.


Więc gdzieś jest ta granica. Nie pytajcie mnie gdzie – pewnie dla każdego z nas gdzie indziej. Więc pewnie część z Was skrzywi się widząc, że poniższe produkty zużyłam/zużywam wbrew sobie, no ale takie decyzje właśnie podjęłam i tyle.


Zapraszam na pięć totalnych bubli.




Bielenda, Japan Lift

Krem liftingujący 50+


Lubię mieć w mojej łazience taki prosty, zwykły krem do używania na noc między retinoidami lub na dzień wtedy, gdy nie nakładam filtra. Nie chodzi mi tu o kosmetyk stricte ratunkowy (na razie wprowadzanie zmian w pielęgnacji idzie mi w zasadzie bezboleśnie, ale mam w zapasach mój niezawodny Latopic na wszelki wypadek), tylko o „moisturizer” - codzienny krem nawilżający.


Pilnuję tego, by miał on miły dla oka skład zawierający to, co cenię w pielęgnacji od dawna: peptydy, witaminę C, humektanty. Jeszcze nie tak dawno moim ideałem był inny krem Bielendy, ale odkąd go wycofano musiałam znaleźć sobie zamiennik.


Krem z serii Japan Lift pod pewnymi względami przypomina składem dawny hit Neuro Collagen, ale użytkowo jest to kompletnie nie to. Jest sformułowany w taki sposób, że skóra mi się pod nim „poci”, to raz. W ogóle przez cały dzień czuję go na skórze, to dwa. Więcej zarzutów chyba nie mam (w trakcie jego zużywania skóra była w dobrej kondycji, makijaż się na nim trzyma, bla bla bla), ale tyle mi wystarczy by uznać go za bubla.


Zużyłam w mękach, głównie na szyję i dekolt, więcej nie wrócę.


Przed nim i „w trakcie” zapoznałam się z czterema innymi kremami przeciwstarzeniowymi  (piąty mam w kolejce), a dosłownie KAŻDY z nich był od niego lepszy. Więc temu panu już podziękujemy.



Fitokosmetik, maska do włosów

Pikantny rokitnik


Maski do włosów Fitokosmetik odkryłam przypadkiem stacjonarnie w drogerii Jawa w Nowym Mieście Lubawskim gdzie obecnie mieszkam. Od razu chwyciłam wersję Bananowe awokado oraz Cedrowe delicje i obie mi się bardzo dobrze sprawdziły. Oczywiście mądrej Ani zachciało się eksperymentów i przy następnej okazji wzięłam nowość zamiast sprawdzonego kosmetyku... (chociaż teraz zastanawiam się, czy nie dorzuciłam jej do zakupów w jakimś sklepie internetowym)


Ta maska to dla mnie koszmarek. Nie wiem w sumie czemu, bo skład jest podobny do pozostałych z serii Beauty Dessert – oleje, ekstrakty, wsio. Ale coś w tej formulacji po prostu moim włosom nie pasuje i MEGA cieszę się, że mam ją już z głowy. Zwłaszcza, że bardzo mocno, słodko i sztucznie pachnie – dokładnie tak jak żel czy peeling z serii Oblepikha z Natura Siberica. Śmiem wątpić w to, czy tak pachnie naturalny rokitnik, ale w sumie co ja tam wiem ;)


Maskę zużywałam na różne sposoby łudząc się, że jakoś ją rozgryzę. Tradycyjnie po myciu, przed myciem pod olej, wzbogacona różnymi półproduktami – każda opcja była zła. Aż wreszcie skończyła mi się i jakoś tak wcale mi nie żal ;)



Eveline, Magic Blender


Nie pamiętam u której youtuberki ją wypatrzyłam, ale chyba w którymś z filmów przed dużą promocją na kolorówkę w Rossmannie załapała się do polecanych produktów i pomyślałam sobie: no wreszcie, dobra gąbka stacjonarnie!


Mój ideał to gąbka Boho Beauty, której początkowo nie lubiłam, ale potem pokochałam i dla mnie na głowę bije na przykład gąbeczki Blend it! Problem w tym, że gąbeczkę Boho ciężko kupić poza ich sklepem oraz stroną Ekobieca, gdzie jakoś nie robię zakupów zbyt często. Szukałam więc jakiejś alternatywy i o ile na samym początku gąbeczka Eveline wydawała mi się podobna do Blend it!, o tyle szybko okazało się że nie przetrwała chrztu ognia jakim jest pranie w pralce. Po jednym czy dwóch praniach zmieniła się w skamielinę, podczas gdy gąbeczkę Boho prałam jakiś milion razy i poza przebarwieniem (pozostałością po wrzuceniu do czarnego prania z jakimś nowym zakupem) jest prawie tak samo miękka jak w dniu zakupu.


Mam w odwodzie drugą gąbkę z dwupaku Blend it!, więc na razie sobie ją wyciągnę, ale chcąc nie chcąc będę musiała się za Boho rozejrzeć...



Fitocosmetic, Lecznicze rośliny
Wybielający proszek do zębów w paście


Śmiać mi się chce, bo to jest trochę wtopa z mojej winy. Otóż: wymarzyłam sobie, że w duchu less waste przejdę na pastę do zębów w proszku. Ale gdy moim oczom ukazał się asortyment Triny, w którym do wyboru są proszki w tubie od Fitocosmetic za 6,69 zł oraz proszki w słoikach od Georganics za 49,99 zł (!!!), decyzja zapadła bardzo szybko: na razie kupuję tani proszek w opakowaniu mało „less waste”, a jeśli się okaże, że pasuje mi ta forma produktu, to następnym razem przeboleję te pięć dych i kupię Georganics.


Otóż, moi mili, okazuje się, że Wybielający proszek z działu „Proszki do zębów” nie jest proszkiem :D To zwykła pasta do zębów, i to kiepska. Wybaczam jej że mało się pieni (skoro jest tak z naturalnymi szamponami chociażby to było to do przewidzenia), ale bardzo słabo odświeża oddech – a to już dla mnie spory minus. No i jest w małej (45 ml) tubie, więc trzymając się jej wyprodukuję więcej odpadów niż trzymając się klasycznej pasty x]


Technicznie rzecz biorąc w nazwie produktu stoi: „proszek do zębów w paście” i to nawet nie jest tak, że źle to zrozumiałam – po prostu nie czytałam nazwy produktu. Byłam na dziale z proszkami, więc oczekiwałam proszku ;p Gdyby to była dobra pasta to pewnie nawet bym się tak nie czepiała, ale jest słaba, więc czuję się oszukana podwójnie!



Natura Siberica Loves Estonia,

krem pod oczy z maliną moroszką i chabrem


Co prawda niepochlebną mini-recenzję tego produktu wrzuciłam do mojego Schematu pielęgnacyjnego 2020 (klik!) i w dalszym ciągu podpisuję się pod każdym jej słowem:

Chociaż jego skład jest miodny, to już wiem, że kolejnego opakowania nie kupię. Mam tendencję do podjeżdżania kremem bardzo blisko do oczu i dlatego trzymam się produktów, które są tak łagodne że nie zapieką nawet pacnięte prosto w oko :D Ten do nich niestety nie należy. Jest też dla mnie za lekki, bo lubię na noc w okolice oczu stosować produkty o treściwszej konsystencji.

Natomiast wcześniej w innym wpisie (przeglądzie kremów pod oczy z ciekawymi składami) chwaliłam skład tego kosmetyku, więc bardzo zależy mi, żeby na blogu dobrze wybrzmiało: u mnie osobiście się on nie sprawdził. Wyedytowałam nawet tamten tekst dodając do niego odpowiednią adnotację, ale ciężko przewidzieć kto jak czyta wpisy na blogu – często skacze się od linku do linku, więc jak na blogu jest ponad trzysta wpisów nie ogarnie się tego w pięć minut.


***


Uff, wpis gotowy do publikacji. I o wiele większe UFF, że mam te buble wreszcie z głowy!


A Was co zawiodło w ostatnim czasie?


Ania

7 komentarzy:

  1. Właśnie teraz ogarnęłam, że chyba powinnam zaglądnąć do swoich zachomikowanych kosmetyków i podzielić je na te które lubię, są znośne i które muszę oddać, wywalić bądź znaleźć im inne zastosowanie: / Odkładam to w nieskończoność :D

    Mi ostatnio nie sprawdził się jeden z kremów od Avon i Tusz z Eveline :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio zdenkowałam balsam do ciała zdaje się Lirene do konserwacji butów. Z drugiej strony produkty do pielęgnacji czy do mycia zębów kupuję najczęściej sama i jestem zadowolona. Nietrafiona pomadka potrafi leżeć aż ją oddam, albo wyrzucę. Nie robię nic na silę, szkoda mi czasu :D

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie nie ma chyba kosmetyków, które mogłabym wsadzić do kategorii "nie lubię"

    OdpowiedzUsuń
  4. Mieszkasz w Nowym Mieście Lubawskim? Pozdrawia czytelnik z Kurzętnika.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tej z Eveline nie miałam, ale z Blend it! mam problem - pojedyncze różowe były super, ale już dwupaki mnie rozczarowały (np. nude + czarny), a teraz mam jakąś nude pojedynczą i jest mega twarda :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam nic z Twoim bubli, ale wiem czego unikać. Swoją drogą nigdy nie prałam mojej gębeczki w pralce.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger