11/04/2020

Co dało mi zawężenie mojego makijażu do wyłącznie polskich marek?


Ograniczenie mojego makijażu do kosmetyków wyprodukowanych przez polskie firmy chodziło mi po głowie od bardzo dawna, ale początkowo łatwiej było coś takiego pomyśleć niż zrobić. Miałam zapasy kosmetyków, które nie były zużyte – to raz. Nie były to jakieś nieprzebrane zbiory, ale już teraz zdradzę Wam, że zużycie zdecydowanej większości z nich zajęło mi dwa lata z okładem (bo pierwszy projekt denkujący ogłosiłam na naszej grupie w lipcu 2018!). Więc nawet na takim podstawowym poziomie obkupowanie się w polskie kosmetyki wydawało mi się mało sensowne.


Po drugie, polskie kosmetyki jak każde kosmetyki kosztują pieniądze :D Żaden, nawet najlepszy w teorii pomysł nie jest dobry, jeśli wiąże się z wydawaniem pieniędzy, których nie mamy. Szczególnie na rzeczy, których nie potrzebujemy. Więc wolałam tu przyjąć strategię małych kroków i powolnego przebudowywania mojej kolekcji.


Po trzecie, jak zobaczycie później – większość tych marek nie jest wcale tak łatwo dostępna! Z powodów, które opiszę w dalszej części tekstu z mojej listy wykluczone są marki Wibo, Lovely i Eveline, więc w efekcie w Rossmannie mogę kupić ewentualnie AA Wings i Bell Hypoallergenic, a i to nie zawsze...


Ale tak, w końcu mi się udało. Moja kolekcja jest w 99% polska i jestem nią zach-wy-co-na ♡ A oto dlaczego.


Na tym zdjęciu jest miks moich hitów wszech czasów i hitów tego sezonu. Bambusową paletkę Inglota (i w ogóle ich cały system Freedom) kocham od lat, a glamshopowy cień Patyna i podobny do niego turbopigment Vegas Bis to w mojej kolekcji małe perełki. O palecie Botanical Melody marzyłam od jej premiery, a niedawno kupiłam ją w mega promocji. Z kolei żółty cień (Paese 662) i fioletowa pomadka (Paese Lip Crayon 61) to hity jesienne, których nie noszę razem, ale każdy z osobna uwielbiam!


1. Wspieranie polskiej gospodarki (szczególnie małych biznesów) ma dla mnie kluczowe znaczenie


Oczywiście nie każda polska marka oznacza polski kapitał – co to, to nie. Posłużę się tutaj kryteriami aplikacji Pola, którą serdecznie Wam polecam! Dana marka może między innymi:

- produkować w Polsce,

- prowadzić badania i rozwój w Polsce,

- być zarejestrowana w Polsce,

- być lub nie być częścią zagranicznego koncernu.



Na powyższym przykładzie można zobaczyć, że według tych kryteriów Inglot jest marką w stu procentach polską. Oczywiście gdyby te kryteria ustawić delikatnie inaczej to obraz mógłby ulec pewnej zmianie, ale tak w codziennym funkcjonowaniu Pola wystarcza mi w stu procentach.


Oczywiście marka marce nierówna i giganta jakim jest Inglot ciężko porównywać do marek autorskich (jak Tune), rodzinnych (jak Felicea) czy po prostu małych (jak prężnie rozwijające się Affect, Ecocera, Glam Shop, Make Me Bio, Miya...). Tych marek Pola często „nie zna” albo są one po prostu pozbawione kodów kreskowych, którymi aplikacja operuje.


Zmierzam do tego, że jeśli chodzi o wspieranie rodzimej produkcji to zakup zakupowi nierówny: Pierre Rene jest zarejestrowane we Francji i ciężko powiedzieć ile z zysku jest potem opodatkowywane w Polsce albo wypłacane Polakom w postaci pensji dla osób zatrudnionych przez firmę.


Z drugiej strony, zakup zakupowi nierówny gdy porównujemy Inglota, firmę o światowym zasięgu, z kameralną manufakturą z jaką kojarzy mi się właśnie Tune Cosmetics albo Glam Shop. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze mam jakąś dodatkową radochę z tego, że moje pieniądze trafią do przesympatycznej Hani od Glam Shopu zamiast do bezdusznej korporacji bez twarzy.


Czy to oznacza, że daję sobie bana na marki duże i/lub zarejestrowane za granicą? A w życiu. Ale warto czasem pomyśleć o temacie z drugiej strony i na przykład kupując wymarzoną neutralną paletkę cieni wolałam kupić coś z rodzinnej firemki Meesha Lou zamiast szukać tych samych brązów w ofercie Inglota czy Pierre Rene.


Felicea, Miyo (i firma-matka Pierre Rene) czy Kobo Professional to marki cruelty-free, które można kupić bez większego problemu.


2. Cruelty-free kosmetyki to w Polsce prawie codzienność


Ponownie, testowanie na zwierzętach to temat-rzeka i często jest bardzo spłaszczany. Słyszymy: w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej, testy na zwierzętach są zakazane, więc jeśli kupujesz kosmetyk w Polsce to bez obaw. Nie był testowany.


No i to jest niestety nawet nie ćwierć prawdy. Pisałam o tym już trochę w recenzji olejków myjących Avon, więc nie chciałabym się specjalnie powtarzać, ale to jest w tym tekście akurat ważny temat, więc jednak poruszę go ponownie.


Kraje takie jak Chiny nie wpuszczają na rynek zagranicznych kosmetyków o ile nie zostały przetestowane na zwierzętach i/lub nie zostaną przetestowane w przyszłości. Jeśli dana marka chce wejść na rynek chiński (który jest ogromny i żyzny, więc zasadniczo każda większa firma chce tam sprzedawać) to musi się na te testy zgodzić. I tu pojawia się rozstrzał między poniższą deklaracją Avonu:



… a bardziej konkretnymi kryteriami, których spełnienie jest wymagane by można było nazwać kosmetyk wolnym od okrucieństwa (CF = cruelty-free). Według bardziej wyśrubowanych kryteriów kosmetyki CF to produkty firm, które:


- samodzielnie nie przeprowadzają żadnych testów na zwierzętach,

- nie zlecają ich innym podmiotom, a ich dostawcy i partnerzy również nie testują na zwierzętach i nie zlecają testów,

- nie eksportują swoich produktów do Chin kontynentalnych,

- nie należą do dużego koncernu, który by takie testy przeprowadzał lub wyrażał na nie zgodę,

- udzielają konkretnej odpowiedzi zapytane o to obecnie.


To ostatnie obostrzenie wynika z tego, że mamy na rynku dość dużą pulę marek „od zawsze CF”, które w starych przeglądach (na przykład słynnej liście z bloga Kocie Uszy z 2016!!! roku) figurują na liście firm nietestujących, ale obecnie zapytane nie udzielają jasnej odpowiedzi.


W polskich markach fajne jest to, że większość z nich jest zdecydowanie za mała, by w ogóle marzyć o ekspansji do Chin. Absolutnie nie mówię, że każda polska marka jest CF! Ale jest to zdecydowanie łatwiejsze niż w przypadku marek światowych.


Szczegółowych informacji na temat tego, które firmy są pod tym względem oficjalnie sprawdzone i zaakceptowane warto szukać w grupie Kosmetyki bez okrucieństwa Cruelty Free/Vegan Cosmetics (klik!). To na zasobach znalezionych w tej grupie bazuje cała moja wiedza na ten temat i wszystkie informacje zamieszczone w niniejszym wpisie (także w jego dalszej części).


Aha! Pamiętajmy też, że CF to nie to samo co wegańskie. Dla mnie karmin (czerwony barwnik otrzymywany z pluskwiaków) jest okej, ale dla weganki nie będzie. Zresztą kosmetyków CF również nie trzymam się kurczowo i traktuję to tylko jako jeden z wielu wyznaczników, którymi kieruję się wybierając ten lub inny kosmetyk.


Po co mi puder Laura Mercier jeśli mogę użyć łudząco podobnego pudru Hean? Po co mi Brow Wiz od ABH, jeśli kredką Paese mogę uzyskać prawie identyczny efekt i utrwalić to niezniszczalnym żelem My Secret? Po co mi eyeliner od antyszczepionkowej Kat Von D, skoro nawet nielubiane przeze mnie Eveline potrafi wypuścić pisak taki, że klękajcie narody? (ważne: nie miałam tych luksusowych kosmetyków w rękach, opieram się tu na niezliczonych opiniach najbardziej znanych youtuberek, blogerek, Wizażanek...)


3. Oglądanie urodowych filmów na YouTube nie wzbudza we mnie prawie żadnych pokus


Chociaż nie mogę powiedzieć, że makijaż jest jakąś moją ogromną pasją, to kiedy robię coś mało angażującego (jak powiedzmy gotowanie) to lubię jednym uchem słuchać dziewczyn opowiadających o kosmetykach do makijażu. Jest to pod tym względem bardziej praktyczne niż audiobooki czy podcasty, bo o wiele mniej tracę gdy na moment się rozproszę, ktoś mnie zagada albo zacznę ratować kipiące w garnku warzywa ;)


Na YT rzadziej śledzę konkretnych twórców, a częściej konkretne typy filmów zarówno od osób zarówno z Polski, jak i zza granicy. Niezależnie od pochodzenia autora, w filmach tych dominują produkty marek zagranicznych i chociaż bliżej mi do minimalizmu niż do zakupowych szaleństw to zdarzało mi się wcześniej zapragnąć rzeczy kompletnie spoza mojego zasięgu. Anastasia Beverly Hills, Natasha Denona, Charlotte Tilbury, Pat McGrath... to marki, które mają w sobie to coś, tworzą często produkty bliskie mojej estetyce.


Zauważyłam jednak, że odkąd w mojej głowie wpisałam je z góry na listę „nie kupować” wszystkie te pokusy zgasły. Dzięki temu mogę przy sprzątaniu wchłonąć kilka długich makijażowych filmów i nie wpisać na wishlistę żadnego produktu, co uważam za bezcenne ♡ No, chyba że obejrzę „Makijaż po polsku” w wykonaniu Maxineczki: wtedy muszę z całych sił trzymać się za portfel ;)


Ponownie, temat nie jest prosty. To nie jest tak, że „zagraniczne be”, a „krajowe cacy”. Po pierwsze, kupowanie ponad miarę jest najbardziej „be” ze wszystkiego. Po drugie, wśród firm zagranicznych również znajdziemy marki maksymalnie kameralne, czasem rodzinne. Do nich też mi się czasem zaświeci oko, ale zazwyczaj bezproblemowo znajduję podobną rzecz na rodzimym rynku.


Taniej się chyba nie da, a ten wodoodporny tusz z Delii jest moim jak dotychczas najlepszym W ŻYCIU. Kredek Pierre Rene lip matic używam tak długo, że już nie wyobrażam sobie kupowania innych. A ten żel Joko jest po prostu spoko :P


4. Polskie kosmetyki są po prostu tańsze...


… szczególnie, gdy nie dochodzą do nich koszty wysyłki zza granicy, opłaty celne i tym podobne rzeczy. Wiele polskich marek kupimy stacjonarnie może niekoniecznie w Rossmannie, ale w Naturze (Kobo, My Secret, Sensique, a często także Pierre Rene czy Paese), Hebe (Hean, Annabelle Minerals, Felicea...) czy w lokalnych drogeriach (w „mojej” drogerii Jawa mamy np. pełną ofertę Ecocery, dużo kolorówki Delia) i sklepach danych marek (tu głównie Inglot).


Ja akurat najczęściej raz na kilka ładnych miesięcy składam jedno mega zamówienie w jednej z dużych internetowych drogerii, dzięki czemu zazwyczaj nie płacę za przesyłkę, śmieci z paczki produkuję tylko raz, a za jednymi zakupami dobieram konkretne, upatrzone często z wielomiesięcznym wyprzedzeniem kosmetyki.


Taka paczka potrafi kosztować te 150 -250 zł, powiedzmy, więc nie jest to mało. Ale jednocześnie 150 zł to cena jednego podkładu Fenty Beauty, 250 zł to cena palety ABH. Ja w tej cenie uzupełniam na raz braki w kilku różnych kategoriach i rzadko kiedy czuję, że musiałam pójść na jakikolwiek kompromis.


Gdybym była w takiej sytuacji, że po przetestowaniu dziesiątek podkładów moim Kosmetykiem Wszech Czasów byłby jakiś drogi, zagraniczny fluid to luz. Totalnie bym go kupowała i trzymała się polskich kosmetyków w pozostałych kategoriach. Skoro mi polskie produkty wystarczają w zupełności to może oznacza to, że jestem po prostu mało wymagającą konsumentką? Nie wykluczam! Ale na polskim YT coraz częściej mówi się o tym, że wiele naszych produktów stoi na naprawdę światowym poziomie, więc i Was zachęcam do dawania im szansy.


5. Ograniczanie się potrafi być czasem bardzo wyzwalające.


Ilość obecnie wypuszczanych na rynek kosmetyków potrafi być kompletnie przytłaczająca. Marki takie jak Colourpop są w przemyśle kosmetycznym tym, czym H&M w branży odzieżowej: klasycznym przykładem fast-fashion (nie używam sformułowania fast-makeup, bo dziwnie mi brzmi oraz uważam makijaż za element mody po prostu). Ta jedna jedyna marka wypuszcza nowe kosmetyki prawie co dwa tygodnie! Łatwo więc poddać się syndromowi FOMO (obawie przed przegapieniem czegoś super – fear of missing out) i kupować kolejne produkty zanim naprawdę nacieszymy się (nie mówiąc już o zużywaniu...) tymi dopiero co kupionymi.


Źródło: https://www.mrlovenstein.com/comic/1092


Nałożenie sobie tego ograniczenia zmienia monumentalny wodospad wlewających się do mojej świadomości kosmetycznych premier w spokojny, wartki strumień. Po pierwsze, mniej marek to mniej nowości. A po drugie to chyba żadna polska firma nie narzuca sobie tak olimpijskiego tempa jak wspomniany Colourpop.


Ja przy okazji dokręciłam sobie śrubę bardziej i robię wszystko, by nie kupować od marek których ogólne praktyki mi się nie podobają. Wibo, Lovely i Eveline są na czarnej liście za bezczelne podrabianie kosmetyków. Ja rozumiem, że są trendy, których realizowania oczekują konsumentki. Rozumiem, że jest zapotrzebowanie na nowości. Ale jednak są takie marki, jak choćby tanie jak barszcz niemieckie Essence, które robią to bez żałosnego kopiowania opakowania, wyboru cieni, ich układu i wykończenia. O paletach Glam Shop, Kobo, Miyo, Tune nie wspomnę. Skoro oni wszyscy potrafią odpowiadać na trendy kreatywnie, to nie będę obniżać poprzeczki dla Wibo tylko dlatego, że firma jest polska...


To jest dla mnie inspiracja, podążanie za trendami:

Po lewej oryginał, czyli paletka Sapphire Obsessions (Huda Beauty). Po prawej podążające tym trendem palety Glambox Niebieski 2020 (Glam Shop) i Blue Moon (Colourpop).



A to uważam za chamską zżynkę:

Po lewej oryginały, czyli palety Naked Heat i Naked Cherry (Urban Decay). Po prawej produkty Eveline, które nie mogłyby już bardziej bezwstydnie udawać palet Naked. Dla mnie żenada.


Nie planuję także zakupów marek własnych Kontigo, bo jakoś kompletnie nie mam serca do tego sklepu. Wciąż pamiętam jak beznadziejnie potraktowali Basię i nie potrafi mi to wyjść z głowy, może dlatego że byłam przy tym osobiście. Więc chociaż pewnie znalazłabym coś dla siebie w ich ofercie to jakoś totalnie mnie to nie kręci. Kręci mnie za to...



… LISTA POLSKICH MAREK, KTÓRE LUBIĘ I CHCĘ WSPIERAĆ ♡ ♡ ♡


Lista jest oczywiście totalnie subiektywna, marki mogą na nią wpadać i wypadać, może zmieniać się ich status CF i dane w aplikacji Pola (o ile posiadam chociaż jeden produkt danej firmy żeby zeskanować w appce jego kod kreskowy). Jeśli są marki, których ewidentnie brakuje – będę mega wdzięczna za komentarze!


[LISTA W TRAKCIE EDYCJI - STAY TUNED!]


+ marki kosmetyków mineralnych: Annabelle Minerals, Clare Blanc, Ecolore, Neauty. Nie sprawdzałam, bo jeszcze długo nie będę potrzebowała produktów tego typu.


Ciekawa obserwacja: na powyższej liście jedyne dwie marki stuprocentowo polskie i nietestujące na zwierzętach to Hean i dr Irena Eris! Nie wykluczam, że po przeskanowaniu kodów mogłyby na listę wskoczyć także Ecocera, Glam Shop, Kobo, Make Me Bio czy Tune.


Wielka szkoda, że Affect, AA, Bell, Celia, Sensique czy Vipera nie kwapią się do udzielenia jasnych odpowiedzi.


Trzeci wniosek - przed Polą jeszcze dużo nadrobienia, bo rynek polskich kosmetyków kolorowych jest przebogaty.


***


Mam nadzieję, że wpis się Wam spodobał i zachęcił może do nawet malutkiej zmiany nawyków zakupowych? W okresie epidemii zwłaszcza te małe marki potrzebują naszej pomocy! Pamiętajmy tylko, że jeśli pomoc ma oznaczać wydawanie pieniędzy których nie mamy to lepiej zadbajmy najpierw o siebie, a dopiero na drugim miejscu o przemysł...


Ściskam,
Ania

4 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o makijaż to nie szukam tyko wśród naszych marek. Biorę to, co mi się podoba. Ale jak mam wybór między dwiema rzeczamu to często stawiam na ten polski produkt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja z polskich marek kosmetycznych lubię tylko Inglota.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się co do Hani z Glam Shopu! Wkłada wiele serca w produkty, a jej cienie to po prostu petardy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja tylko czekam na Black Friday kosmetyki , ponieważ mam kilka braków w swojej kosmetyczce i liczę, że uda mi się kupić coś ciekawego i przede wszystkim odpowiedniego dla mnie. Wiele sklepów oferuje świetne zniżki teraz!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger