7/11/2021

Recenzja: Erin's Faces Peptide Sunscreen Broad Spectrum SPF 30



Odkąd używam regularnie kremów z filtrem (a będzie to już co najmniej siedem lat) funkcjonował w mojej głowie pewien podział: filtry sezon jesienno-zimowy z SPF 25-30 oraz filtry na ciepłe miesiące wiosny i lata z SPF 50.


Swego czasu ukazał się nawet na blogu tekst o Moich ulubionych kremach z SPF 30 na jesień i zimę, a dzisiejszy produkt absolutnie bije je wszystkie na głowę.


Zanim go poznałam byłam już właściwie dość mocno przekonana, by przestawić się na całoroczne stosowanie SPF 50, ale jego jakość zachwyciła mnie tak bardzo, że jak najbardziej widzę moje powroty do niego zimową porą. Ale o czym w końcu mowa? O kremie z SPF 30, którego nazwę widzicie w tytule wpisu: peptydowym kremie z szerokim spektrum ochrony przed słońcem od Erin's Faces.


Może zacznijmy od krótkiego przedstawienia marki, bo daleko jej od mainstreamu. Ja sama natknęłam się na nią dzięki mojemu absolutnie ulubionemu kanałowi urodowemu, czyli Hannah Louise Poston. Hannah ogłosiła rok 2018 jako swój „no-buy year” w trakcie którego postanowiła między innymi odnaleźć swój idealny krem z mineralnymi filtrami przeciwsłonecznymi. Swoje poszukiwania podsumowała w tym filmie:



I zgodnie z moją wiedzą od października 2018 w zasadzie nie używa żadnego innego filtra, bo tak pokochała ten z Erin's Faces.


Dla Hannah kupowanie od Erin jest tym, czym dla mnie na przykład kupowanie makijażu od polskich marek indie: to kameralna, rodzinna firemka, której siedzibą przez pięć lat była kuchnia założycielki i po prostu miło jest wspierać taki biznes. Patriotyzm konsumencki w czystej postaci  Jednak Hannah poza samą firmą wychwalała jednak przede wszystkim sam produkt, wielokrotnie podkreślając jak bardzo „cosmetically elegant” on jest. Więc moja chęć na niego rosła i rosła, aż po trzech latach postanowiłam szarpnąć się na nie taki tani produkt i sobie go przy okazji innych zakupów z USA sprowadzić.


Cena


Skoro przy cenie jesteśmy: dwie uncje (ok. 60 ml, czyli tyle co nieco większa tubka standardowego kremu z filtrem) kosztuje 40 dolarów, a cztery uncje – 57,50$. Przy oferowanej przez firmę subskrybcji można dostać zniżkę 5%. Zostając jednak przy pełnej cenie za większą, prawie 120-mililitrową butelkę płacimy ok. 220 złotych bez kosztu przesyłki. Czyli cenowo jest to dla Polaka filtr z tej najwyższej półki cenowej: w podobnej cenie są wychwalane przez Basię filtry Anessa od Shiseido, podobną kwotę w przeliczeniu na mililitr płaciłam niedawno za (także polecany przez Basię, a jakże!) Martiderm.


Dostępność


Dochodzi do tego także kwestia dostawy. Ze strony Erin's Faces dowiadujemy się, że „For all international orders shipping/handling ranges from $25-50 depending on the location and ships via DHL for 3-5 day delivery from ship date, with tracking.  Additional fees may apply, including but not limited to taxes, duties, and brokerage fees.” Ja ostatecznie złożyłam kilka zamówień z różnych sklepów do jednej skrytki pocztowej w Stanach (korzystałam z usługi Stackry), więc wysyłkę od Erin's Faces do mojej amerykańskiej skrytki miałam za darmo, a dopiero na koniec musiałam zbiorczo zapłacić za wysłanie wszystkich zakupów do Polski oraz opłaty celne. Więc ciężko mi powiedzieć na ile to się w Polsce opłaca, ale raczej średnio. Natomiast jeśli ktoś z Was planuje wycieczkę do Stanów to dajcie znać, bo chętnie złożę zamówienie u Was ;)


Użytkowanie


Dlaczego mi na tym tak zależy? Bo to, kurczę, naprawdę fajny krem! Zwykle w moich recenzjach zaczynam od składu, ale akurat w przypadku kremu z filtrem nie to uważam za najważniejsze. Jeśli filtry są stabilne i o szerokim spektrum (a filtry mineralne takie są) to chcę od mojego kremu przeciwsłonecznego przede wszystkim jednego: żeby mi się miło nosił. A ten to robi!


Po odmierzeniu zalecanej ilości (jak wiecie, ja odmierzam krem z filtrem na wadze jubilerskiej) krem rozsmarowuję na twarzy i początkowo zachowuje się jak każdy inny kosmetyk i daje się rozprowadzać. Po krótkim czasie (trzydziestu sekundach, powiedzmy) zastyga i robi się w dotyku suchutki i lekko aksamitny. Co ważne, ewentualne smugi trzeba rozpracować zanim się to stanie, bo jeśli tego nie zrobimy to zostaną z nami aż do zmycia kremu. Ale z produktem pracuje się łatwo i na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których pod maseczką kryłam jakiś nietypowo wyglądający biały artefakt. A podkreślmy, że używałam tego kremu długimi miesiącami – przy (błędnym, ale najlepszym jakie mamy) założeniu, że 120 ml kremu waży 120 g to opakowanie tej wielkości stanowiłoby zapas na 150 dni codziennego używania, a ja przecież w weekendy krem z filtrem często sobie odpuszczam.





Skład


Zarówno na stronie producenta, jak i na opakowaniu przedstawiony jest następująco:


Active Ingredients:  Titanium Dioxide 5%, Zinc Oxide 5% 


Inactive Ingredients:  Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice*, Aloe Barbadensis (Aloe Leaf) Gel*, Vegetable Glycerin*, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract*, Passiflora Caerulea (Blue Passion Flower), Palmitoyl Oligopeptide, Hydroxysuccinimide, Palmitoyl Tetrapeptide-7, Palmitoyl Pentapeptide-3, Persea Gratissima (Avocado Seed) Oil, Simmondsia Chinesis (Jojoba Seed) Oil, Vittis Vinefera (Grape Seed) Oil, Vegetable Glycerin*, Capric/Capryllic Triglycerides, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Stearic Acid (Vegan), Glyceryl Monostearate, Silica, Tocopheryl (Vitamin E), Cetyl Alcohol (Plant Extract), Mica


Za efekt ochrony przeciwsłonecznej odpowiada tu miks dwutlenku tytanu i tlenku cynku, co zdecydowanie wolę od kremów bazujących na przykład na samym tlenku cynku.


Poza tym to sama nie wiem co w tym kremie jest najciekawsze: to, że prawie nie ma w nim klasycznej emolientowo-silikonowej bazy czy to, że poza multum ekstraktów dołożono nam tu jeszcze peptydy „pogrubiające skórę” o_O Mamy tutaj przede wszystkim szeroko znany Matrixyl 3000, ale też Palmitoyl Oligopeptide oraz Palmitoyl Pentapeptide-3. Na wyróżnienie zasługuje też składnik z kategorii przeciw przebarwieniom (Hydroxysuccinimide). A to wszystko w przemiłym towarzystwie soku i żelu z aloesu, ekstraktów roślinnych i olejów, nawilżającej gliceryny i witaminy E. Za efekt matu podejrzewam tutaj wysychający na skórze aloes (pamiętajmy, że nie każda cera lubi ten efekt!) oraz oczywiście dodatek krzemionki.


Przez Hannah obecność peptydów interpretowana  była tak, że dzięki niej nie musi już wprowadzać osobnych produktów tego typu do swojej pielęgnacji i cieszyła się, że po zdenkowaniu posiadanego wówczas „Buffetu” The Ordinary będzie miała jedno serum mniej. Ja raczej nie polegałabym na tych peptydach tak bardzo, bo zastanawiam się jakie stężenie można „zmieścić” w składzie produktu, który jednak będzie musiał spełnić bardzo określone normy przede wszystkim jako krem z filtem... Chociaż z trzeciej strony, odkąd na co dzień nakładam na twarz retinaldehyd to peptydy spadły w mojej hierarchii ważności i nawet niewielkie ich stężenie staje się w moim odczuciu całkiem wystarczające.


Werdykt


Czy bardzo widać jak mocno miotam się między zadeklarowaniem temu produktowi dozgonnej miłości a zepchnięciem go w odstawkę wraz z pozostałymi kremami z filtrem SPF 30? Pewnie tak. Naprawdę na ten moment nie umiem Wam powiedzieć, czy kupię go w przyszłości sto razy czy zero. Natomiast bardzo chciałam żebyście ten produkt poznały. I jeśli się na niego skusicie to UMIERAM z ciekawości jak Wasze wrażenia!!! Na marginesie, afiliacyjny link Hannah do zakupu tego konkretnego produktu to http://bit.ly/2xrfR1z, więc jakby coś – można komuś wyświadczyć taką mikroprzysługę ;)


Przepraszam, że dzisiejszy wpis wyszedł chyba wybitnie chaotyczny, ale mam z tym ostatnio trochę problem, a fakt że nie podjęłam decyzji co do przyszłości tego produktu w mojej własnej łazience na pewno tutaj nie pomaga :D


Trzymajcie się ciepło ♡


Ania

6 komentarzy:

  1. Chyba zaraziłaś mnie. Chętnie zakupię go sobie

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie słyszałam o tym. Produkt wydaje się interesujący

    OdpowiedzUsuń
  3. Kremy z filtrem to dla mnie podstawa. Ten pewnie też wypróbuję

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszytko wygląda fajnie. Niestety, dla mnie troszeczkę za drogo...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie mogę znaleźć dobrego kremu na zimę. Będę musiała przejść się do drogerii

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger