6/14/2018

Slow fashion w mojej letniej szafie. Lidl nie sponsoruje tego wpisu, chociaż mógłby.




Moją letnią szafę w dużej mierze zasilają ubrania, które pokazałam tu już wcześniej: przede wszystkim przez wszelkiej maści T-shirty, topy i inne „góry” po które sięgam także latem. Zresztą, weźmy poprawkę na to, że polskie lato jest dość specyficzne i zdarza mi się uciec nawet do wyciągnięcia zimowego swetra.


Ale oczywiście mam mały stosik rzeczy, po które sięgam właściwie wyłącznie latem czy na styku tej pory roku z wiosną i jesienią. Uprzedzam, że będzie monotematycznie: zarówno pod kątem zdominowania tego wpisu przez jedną „markę”, jak i pod kątem pokazywanych ubrań. Wynika to z tego, że mój letni uniform... w gruncie rzeczy nie różni się zbytnio od tego noszonego w inne pory roku. Bazuje na długich, granatowych spodniach i w większości tych samych topach, co zawsze. Rzadko sięgam po szorty, po sukienki w ogóle sporadycznie, a po spódnice to już w ogóle od wielkiego dzwonu. Ja po prostu KOCHAM chodzić w spodniach i choć zdjęcia dziewczyn z akcji #365dniwspodnicy cieszą moje oko, to sama byłabym w tej sytuacji najnieszczęśliwszą Anią na świecie!


Mój letni uniform


idealne spodnie na lato



Zdjęcie po prawej znalazłam przez wyszukiwarkę, nie jest moje.



Dlatego w pierwszej kolejności przedstawiam Wam moje ukochane letnie portki: lniane chinosy Esmara (czyli z Lidla). Technicznie rzecz biorąc mają one w składzie 55% lnu oraz 45% bawełny i w moim odczuciu łączą najlepsze cechy obu włókien: są super przewiewne (jak to len), ale gniotą się o niebo mniej niż wyroby stuprocentowo lniane. Nie zrozumcie mnie źle: gniotą się dość solidnie, ale dla mnie w stopniu jak najbardziej akceptowalnym. W dotyku są takie szorstkie, surowe, prawie płócienne.

Pomińmy już fakt, że ja po prostu lubię długie spodnie. Myślę, że każda z nas ma takie miejsca, w które nie poszłaby w szortach czy krótkiej kiecce.

Ja w tych chinosach chodzę przede wszystkim do pracy, w której akurat nie ma klimatyzacji i gdzie dosłownie topnieję przy biurku. To samo w kościele, gdzie z kolei topnieję w ławce. Są też świetne na podróż, gdy nie chcemy świecić ciałem podczas zwiedzania miejsc kultu. Tak więc noszę te portki naprawdę często i są przez to podstawą mojego letniego uniformu.

Co ciekawe, dopiero pisząc ten tekst dociera do mnie, że właściwie proste granatowe spodnie mogłyby stać się moim znakiem rozpoznawczym, bo w tej czy innej formie noszę je przez cały rok. Jest to kompletnie niezamierzone z mojej strony i sama jestem w tej chwili serio zdumiona! Kto by pomyślał, że mój styl jest tak nudny, że jego znakiem rozpoznawczym będzie coś tak pospolitego podstawowego.


idealne topy na lato




Nie licząc dotychczas wymienionych bluzek i koszulek, jest coś bez czego latem bym chyba umarła: topy z lnianych kolekcji Lidla. Te kolekcje pojawiają się w Lidlu co najmniej raz w roku, a zwykle nawet częściej. Jak zobaczycie w całym tekście, mam z nich sześć rzeczy i z wszystkich jestem bardzo zadowolona! W tej sekcji pokazuję topy i pierwszy z nich w kolorze niezapominajek kupiłam ponad dwa lata temu:



W zeszłe wakacje dołączył do niego drugi, tym razem  w odcieniu waniliowym (albo ecru/kremowym/złamanej bieli/jak zwał tak zwał). Jak widać na kolażu zbiorczym, ten ma nieco inny fason, bo ma bardziej wycięte plecy. Dla mnie nie ma to absolutnie żadnego znaczenia i... zaobserwowałam to dopiero na tym kolażu właśnie!



A dopiero co powiększyłam kolekcję o kolejny. Na zdjęciu wygląda po prostu na ciemnoszary, ale ja w dobrym świetle widzę w nim też jakieś takie ciemne, oliwkowe czy khaki tony. No, dość powiedzieć, że jest w tej chwili moim ulubionym, bo po prostu zakochałam się w tym kolorze, zwłaszcza że pięknie komponuje się z moim ukochanym granatem. Noszę go w tej chwili co najmniej dwa razy w tygodniu ;) Aha, wszystkie topy to 100% lnu i co ciekawe, w porównaniu z chinosami są znacznie miększe w dotyku, gładsze i bardziej lejące.


coś na chłodne wieczory




Kolejne dwa ubrania z Lidla, które są idealnym uzupełnieniem mojej letniej szafy to przewiewne sweterki. Ponownie: jeden mam od dawien dawna, a drugi to zakup dosłownie sprzed dwóch tygodni.

Ten pierwszy kupiłam w czasach małego załamania wagi i teraz zdecydowanie wzięłabym o rozmiar albo i dwa mniejszy! Ale do niektórych zestawów jego „oversize’owość” (błagam, podpowiedzcie mi czym zastąpić ten językowy koszmarek...) pasuje jak ulał. Natomiast tego nowego nie zdążyłam właściwie jeszcze ponosić, ale jest już zdecydowanie bardziej dopasowany i ogólnie to zupełnie inny typ ubrania.

Ten duży, błękitny, jest przejrzysty, co widać nawet na zdjęciu poniżej:  jest z lnianej dzianiny o strukturze siatki. Ten nowy jest już tkany gęściej, ale nie sądzę żeby mi to przeszkadzało: jego bawełna jest lekka i cienka, a sweter po zwinięciu praktycznie mieści się w dłoni.


Takie swetry służą mi przede wszystkim na wieczorne wyjścia, kiedy nawet latem potrafi się zrobić zbyt chłodno na gołe ramiona.  Uwielbiam ten typ ubrania nosić do szortów, zwłaszcza z podwiniętymi rękawami i wetknięciem rąbka za pasek. Ten błękitny robi w tym zakresie świetną robotę i cieszę się, że mam teraz jakiś ciemny do innych zestawów!


najfajniejsze szorty




Oczywiście, długie spodnie to nie wszystko. Ba! jak wspomniałam wyżej, do swetrów z długim rękawem wręcz lubię założyć szorty, a przy okazji opalić trochę nogi – wiecie o co chodzi. Moje ulubione szorty są granatowe, a jakże. Kupiłam je w Diverse w zeszłym roku i wykonano je z czystej bawełny o takim fajnym, śliskim, prawie wiskozowym utkaniu. Przez to jak na szorty są dość eleganckie! To, że są nieco dłuższe niż przeciętnie tylko w tym pomaga.

Z czasów na długo przed slow fashion zostały mi jeszcze dwie pary bardzo krótkich, ale i bardzo przewiewnych szortów. Są one bardzo podobne w fasonie i równie podobne w typie tkaniny (zarówno mieszanka włókien, jak i tkanie przypominające płótno). Różnią je tylko detale, marka i oczywiście kolor.

Czarne (bodajże ze sklepu Pretty Girl) kupione spokojnie z pięć lat temu to 55% lnu i 45% wiskozy. Te w kolorze naturalnym moja mama wyszperała w lumpeksie i są to portki marki New Look z tkaniny o składzie 51% lnu i 49% bawełny.

Obie pary zakrywają mi całą pupę, nie opinają się na udach (czego nie cierpię) i są świetne na wszystkie bardziej nieformalne wypady, gdzie po prostu śmiesznie wyglądałabym w długich spodniach – nawet lnianych.


Ej, no ale serio, żadnej kiecki?




Oczywiście, spodnie to nie wszystko i nawet taka antyspódnicowa niewiasta jak ja włoży czasem kieckę. Moją ulubioną jest zwykła, bawełniana sukienka maxi z Lidla. Niestety, po dwóch latach zaczyna mi się nieco kulkować: zanim obecny sezon w pełni rozkwitnie mam zamiar ją ogolić i zobaczyć na ile to przedłuży jej żywot.

W ogóle uwielbiam długość maxi i gdy zobaczyłam tę spódnicę na wyprzedaży w Mango za niecałe 50 zł, wiedziałam że musi być moja. Spełnia wszystkie warunki jakie postawiłam wymarzonej spódnicy:

- posiada kieszenie!!!,
- jest suto marszczona (okropnie czuję się w tych obcisłych),
- sięga samej ziemi (w wielu sklepach maxi kończy się nad kostką)
- i ma żywy kolor jako letnie urozmaicenie.

Niestety, nie jestem pewna czy zostanie w mojej szafie: pod koniec zeszłego sezonu musiałam zrobić na niej tłustą plamę, której nie zauważyłam i przeleżała z nią szafie przez cały rok... Teraz próbuję ją ratować, ale nie wiem co z tego będzie.





A jak już naprawdę chcę wyglądać jak dziewczyna, to zakładam krótszą sukienkę. Tę w kwiatki możecie kojarzyć stąd, że miałam ją na zdjęciach które przez dobre dwa lata były właściwie moimi jedynymi podobiznami na blogu! Względem marki jest to totalny no-name (na metce stoi Who&Why), a przywiozła mi ją mama z wycieczki do Grecji. Jest zrobiona z przedziwnego materiału, który bardzo przypomina... to, z czego robi się stroje kąpielowe. I faktycznie, schnie błyskawicznie! A uszyta jest w taki sposób, że miejsca styku z ciałem są małe i nieliczne, więc w ogóle nie powoduje problemu pocenia się czy czegokolwiek w tym rodzaju. Jest super na plażing & smażing, do założenia na mokry strój kąpielowy bez obaw, że coś się odbarwi czy straci formę. Aha, i w ogóle nie przyjmuje jakiegokolwiek brudu! Nie umiem wytłumaczyć tego fenomenu, ale świetnie jest mieć taką rzecz w szafie.




Z zupełnie innej beczki jest moja druga ulubiona sukienka letnia. To łup z wyprzedaży z Mango za jakieś 35 zł – chyba po prostu czekała, aż ją znajdę. Cudowny kolor, czysta wiskoza i element, który uwielbiam: odkryte plecy! Nie noszę jej super często (mój mózg ewidentnie bierze udział w akcji #365dniwspodniach), ale jeśli chcę się latem bardziej odstawić to nawet się nie zastanawiam.

***



Uwierzcie lub nie, ale to właściwie koniec. Koniec zarówno przeglądu mojej szafy letniej, jak i moich codziennych ubrań w ogóle: szafę zimową pokazałam Wam w grudniu, a szafę wiosenno-jesienną w lutym. I oczywiście, nie są to moje absolutnie wszystkie ubrania, ale znaczna większość. Resztę pokażę Wam w kolejnych wpisach z tej serii, o ile chcecie :)


Moja chciejlista ubrań na lato



Czy jest coś, czego brak odczuwam w obecnej szafie letniej? Jest jedna, jedyna rzecz: bardzo luźna, casualowa sukienka w kolorze szarym. Koniecznie z krótkim rękawem, nie za długa, mogłaby być z cienkiej dresówki. +100 punktów za kieszenie. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Była taka... w Lidlu, w zeszły poniedziałek :D Wypatrzyłam ją w gazetce, ale w żadnym z trzech marketów do jakich pojechałam już jej nie było i obeszłam się smakiem. Ale gdyby nie to, to w dzisiejszym tekście byłaby jeszcze jedna rzecz z Lidla... zostawię to bez komentarza.

Chciałam tę po lewej :(

***


Teraz potrzebuję Waszej rady odnośnie ciągu dalszego mojej serii o slow fashion. Chętnie pogadałabym choćby na temat okryć wierzchnich, dodatków, ubrań sportowych, ciuchów po domu, bielizny i piżam... Tak więc na fanpage’u Kosmeologiki znajduje się ankieta. Dwie wstępne propozycje ode mnie to okrycia wierzchnie oraz ubrania sportowe, bo sama uważam je za najciekawsze. Ale tak naprawdę to kolejność dla mnie nie ma większego znaczenia, więc jeśli wolisz dowolną inną z opcji (także spoza tego, co tu wymieniłam) zagłosuj po prostu przez dodanie komentarza :) Jestem bardzo ciekawa co Was interesuje!

Słuchajcie! Dziś wieczorem wjedzie na blog tekst o moich ubraniach na lato, czym zamkniemy mój mini-cykl o slow fashion...
Opublikowany przez Kosmeologika 14 czerwca 2018

Aha, jeśli tematyka ubraniowa już się dla Ciebie wyczerpała i wolałabyś poczytać o esencjalizmie/minimalizmie w innych dziedzinach życia (tak jak pisałam o pielęgnacji ciała, mojej torebce czy pielęgnacji włosów) to też dawaj śmiało! Jestem w pełni świadoma, że żadna ze mnie ikona stylu i nie każdy lubi patrzeć na proste, bure ubrania z supermarketów i wyprzedaży ;D



Ściskam!
Ania

16 komentarzy:

  1. Mam tą szarą sukienkę (kupowałam w zeszłe wakacje, więc możliwe, że one wracają), tylko ostatnio usłyszałam, że mi w niej blado. Ale do pomalowanych ust ok. :)
    Też jestem fanką granatowych spodni, ale jeansowych. Przez 2 lata nosiłam granatowe z wysokim stanem z jakiejś sieciówki (chyba Stradivariusa) a niedawno w Lidlu kupiłam praktycznie identyczne.
    PS. Zielona sukienka jest piękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od paru lat czuję ogromną niechęć do noszenia dżinsu, ale jestem pewna, że kiedyś mi się odmieni - dużo rzecz przychodzi i odchodzi u mnie fazami. A masz jakąś markę dżinsów, które szczególnie polecasz? :)

      Usuń
  2. Dzięki za ten wpis i wszystko, co robisz na blogu:) To miód na moje serce, by czytać kogoś, kto działa rzetelnie, i jest odpowiedzialny za swoje słowa, a przy tym nie unika lifestyle'u. High five! ;)

    Mam pytanie - czy smarujesz kremem z filtrem również ramiona, gdy nosisz topy lub krótki rękaw?

    I jeszcze jedna propozycja odnośnie do potencjalnych tematów - zaproponowane przez Ciebie tematy są fajne, ale daję sygnał, że dla mnie interesujące byłyby również kulisy blogowania - jak zaczynałaś, jak rozkręcałaś swój blog itd.

    Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam!
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie wszystkie moje T-shirty mają super głęboki dekolt, więc do nich i do bardziej wyciętych topów jak choćby te lniane nakłada filtr bardzo dokładnie na podbródek, szyję, dekolt (ale już coś tańszego niż na twarz, praktycznie zawsze emulsja Lirene). Ramiona smaruję tylko jeśli będę długo na świeżym powietrzu, czyli ekstremalnie rzadko ;P

      Przyznam, że bardzo zaskoczyłaś mnie z takim zakulisowym tematem - nigdy nie pomyślałabym że to może być ciekawe ;D Jestem ciekawa czy poza Tobą ktokolwiek byłby chętny na taki post, zapytam na fanpejdżu :)

      Usuń
  3. Szaleństwo - gdybym miała tak opisać swoją szafę na lato, to nie starczyłoby mi pamięci w komputerze na zapisywanie tego wszystkiego :D Cóż, minimalistką zdecydowanie nie jestem :D
    Ubrań lnianych nie mam żadnych i z chęcią bym to zmieniła :) Może gdy następnym razem w Lidlu będzie coś z tej serii to chętnie się wybiorę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę, a mi się wydaje, że ja mam tak dużo ubrań, że aż głupio mi czasem użyć słowa "minimalizm", bo ktoś może kiedyś wziąć je trochę zbyt dosłownie i wyliczyć mi, że przecież jeden top albo szorty na pewno są mi zbędne ;DDD

      Usuń
  4. Fajną masz tą garderobę, mogę powiedzieć, że w moim stylu choć osobiście noszę nieco inne rodzaje ubrań to podoba mi się Twój styl ;)
    A czy masz dużo czy mało?! Hm.. wystarczająco, wszystko jest :)
    Ja chyba mam więcej, ale w wielu nie chodzę z różnych przyczyn, choć kupuję tylko co potrzebuję. Lnianych jeszcze ubrań nie mam, ale myślałam nad koszulka ostatnio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich w fasonie T-shirtów nie miałam, więc o opinie musiałabyś pytać Karolinę za jakiś czas :) Ale te na ramiączkach mam przetestowane wzdłuż i wszerz, moim zdaniem są świetne.

      Usuń
  5. Twoja garderoba jest taka fajna - spójna :) I nie dziwię się, że estetyka rzeczy z Lidla Ci odpowiada, bo są ponadczasowe. Ja lubię sukienki latem i krótką spódniczkę, tę co miałam dziś na sobie. Bo jest mi przewiewniej, ale za to jesienią i zimą leżą i czekają, bo nienawidzę rajstop. Ślicznie wyglądasz w tej sukience w kwiatki!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo podoba mi się te tematyka ;) Zawsze podobają mi się posty, artykuły, gdzie z kilku części garderoby można stworzyć wiele "outfitów" - to też koszmar jak oversizowy ;d
    Mimo, że w kwestii ubrań naprawdę staram się pozostać minimalistką, to mam tego stety/niestey więcej ;) A mój Chłop bije nas dwie na głowę (On ma dwie szafy!). Ale zauważyłam, że co roku mam jakąś tam listę w głowie i np rok temu kupiłam strój kąpielowy (jednoczęściowy) i 2 pary sandałów, bo moje po kilku latach sie rozpadły. Miały być skórzane i wygodne i takie są! W tym roku postanowiłam odświeżyć swoją garderobę o... szorty.. :D spódnice i kilka sukienek. Zaglądam do szafy a tam biało/niebiesko/szaro - takie kolory na lato ;) Do wakacji muszę dokupić jeszcze klapki/japonki na plażę i może jakaś narzutkę na strój kąpielowy;) Ogólnie ja lubię się ubierać i mieć pewnych kilka zestawów na wyjazdy (elegancki, domowy/działkowy, casualowy).
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie podobna kolorystyka: biel, czerń, granat, szarość i tylko odrobina głębszej zieleni ;) I mój chłopak też ma nieprawdopodobną ilość ubrań! Mam wrażenie, że on nie wyrzuci T-shirtu dopóki się on na nim nie rozsypie na niteczki ;)

      Usuń
  7. Bardzo lubię takie proste ubrania i kolory, które pasują do wszystkiego!
    Podoba mi się bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Idea minimalizmu jak najbardziej do mnie przemawia i podziwiam jak się w tym kierunku (szczególnie jeśli chodzi o ubiór) wytrenowały Francuzki :)
    Widzę też, że zdecydowanie częściej powinnam odwiedzać Lidla, bo te Twoje granatowe spodnie są genialne <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak jest u Ciebie, ale tutaj na niektóre rzeczy trzeba "zapolować" :D Może nie muszę ustawiać się w kolejkę przed otwarciem i biec do ubrań sprintem, ale raczej spontaniczne zakupy nie wchodzą w grę. W niedzielę zawsze obczajam sobie na tydzień do przodu co ma być i w dany dzień idę tam prosto z pracy. Nie zawsze się udaje, ale często owszem :)

      Usuń
  9. Uwielbiam ciuchy z Lidla :P Niektóre mam już ładnych kilka sezonów i super się trzymają. W zeszłym tygodniu kupiłam dwie maxi-kiecki i bluzkę. Gdybym tylko miała zasoby, poszłabym po jeszcze, bo akurat widziałam mnóstwo fajnych ciuchów i nie mogłam się zdecydować, a moja garderoba bardzo potrzebuje odświeżenia. Kocham te ciuchy za materiały, bardzo miłe w dotyku, przewiewne, wygodne… Warto też wspomnieć o cenie. Sukienki za 29,90 zł, bluzka za 19,90 zł – przy uzupełnianiu braków w garderobie to są naprawdę super ceny. :) Także podzielam Twoje zachwyty. Fajna inspiracja tymi spodniami, może też bym coś podobnego znalazła dla siebie. Od dłuższego czasu prawie nie noszę spodni, bo nie znajduję wystarczająco wygodnych.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger