12/26/2017

Slow fashion na przykładzie mojej szafy zimowej i nie tylko. Gdzie kupuję ubrania i na co zwracam uwagę podczas zakupów.



Po przeczytaniu „Slow Fashion” Asi Glogazy zaczęłam od wyrzucania ubrań. To czynność, którą bardzo lubiłam i która działała na mnie kojąco, a pozbycie się później wszystkich worków z niechcianymi rzeczami dawało mi takie swoiste katharsis, poczucie dobrze wykonanej roboty i zamknięcia jakiegoś rozdziału. Lubię to!


Ponieważ zdecydowaną większość roku spędzam w Gdyni, ale często jeżdżę do rodzinnego Kwidzyna kwestię wyrzucania ubrań rozwiązałam nieco inaczej niż proponowane jest w książce. W Gdyni zostawiłam rzeczy idealne i prawie idealne, a dodatkowo wydzieliłam małą kupkę ubrań, które w miarę lubię, ale w których coś mi delikatnie mi przeszkadza lub denerwuje. Te ubrania zawiozłam do domu moich rodziców i tam donaszam je oszczędzając dzięki temu miejsca w walizce gdy pakuję się na wyjazd do nich. W dalszym ciągu jest tak, że kiedy rzecz z obecnej garderoby „podstawowej” uda mi się wymienić na coś lepszego, to zawożę do Kwidzyna tę starą i jak dotąd w miarę lubianą rzecz, a z szafy w domu rodzinnym znika dzięki temu kilka ciuchów znacznie dalszych od ideału. Jestem z tego pomysłu bardzo zadowolona i może dla większości z Was będzie on oczywisty, ale kto wie? może czytają mnie studentki targające na weekend do domu pół torby ciuchów na każdą pogodę i każdą ewentualną aktywność ;) Jeśli tak jest, to apeluję: dziewczyny, nie musimy się tak męczyć! :D

Rzeczy, których się pozbyłam było całkiem sporo. Część z nich, oczywiście, nie nadawała się absolutnie do niczego i te poszły po prostu do kosza. Znaczną większość stanowiły ubrania, które były w świetnym stanie, często mało noszone, czasem nawet markowe, które po prostu nie były w moim guście. O tym, że w mojej „dawnej” szafie ubrania kupione przeze mnie stanowiły jakieś 5% zawartości pisałam już w poprzednim tekście będącym swego rodzaju wprowadzeniem do serii tekstów o slow fashion w moim wykonaniu. Jeśli jeszcze go nie czytałyście, zachęcam!



Oczywiście to, że tak mało ubrań kupiłam sama nie znaczy, że tylko te mi się podobały. Moja mama ma cudowne oko do robienia zakupów w second handach, a ponadto potrafi czasem wybadać co mi się marzy tak zręcznie, że agenci FBI, CIA i KGB mogliby brać od niej korki ;) Dlatego nie było mi wstyd oddać wielu tych ubrań komuś, komu po prostu mogły posłużyć lepiej. Padło na jedną z moich najwierniejszych czytelniczek, która sama zgłosiła chęć przygarnięcia moich niekochanych ubrań. Tym niemniej po ogołoceniu szafy okazało się, że… no cóż, dużo w niej nie zostało.

Nie wchodząc w szczegóły, ostały mi się:

- liczne gładkie T-shirty i bokserki (w większości bardzo bliskie ideału, ale jednak nie całkiem takie jak lubię);
- trzy pary spodni (granatowe rurki, szare rurki, czarne z ekoskóry);
- kilka wciąganych przez głowę swetrów, jeden obszerny kardigan i jeden „mały” sweterek;
- kilka koszul;
- dwie spódnice i dwie sukienki.

Trochę mało, nie? :D Ale tak Bogiem a prawdą, nie odczuwałam w tamtym czasie braku takich codziennych ubrań. Wkurzał mnie brak ciepłego płaszcza, wygodnych balerinek czy eleganckiej torebki, bo takie podstawowe akcesoria ciężko czymś zastąpić. Tymczasem w przypadku ubrań można po prostu żonglować podobnymi zestawami zmieniając w nich tylko szczegół i to niekoniecznie ubraniowy, bo fryzurą, biżuterią czy akcesoriami też można znany temat ograć zupełnie inaczej! Dodatkowo bardzo pomogło mi pozbycie się z głowy przekonania, że nie powinno się nosić ciągle tych samych ubrań. W tej chwili mam jedną parę dyżurnych spodni, które od trzech miesięcy noszę praktycznie codziennie i nie mam z tym najmniejszego problemu :)

Oczywiście mimo wszystko chciałam mieć ubrań więcej, bo jak dla prawie każdego odzież to dla mnie także sposób na wyrażanie siebie i choć wcześniej moje rozumienie pojęcia stylu było komicznie płytkie, to po przeczytaniu książki Asi dotarło do mnie, że nawet bez robienia moodboarda mogę z zamkniętymi oczami wymienić kilka rzeczy, które uwielbiam:


  • fantastykę! przede wszystkim lekką nutkę klimatu fantasy, czyli tego co kojarzy się z elfami, magią i tak dalej :D
  • motywy militarne: nie chodzi mi o khaki i moro, tylko o elementy przywodzące na myśl historyczne mundury oraz strój do jazdy konnej;
  • french chic, czyli styl którego tłumaczyć zapewne nie trzeba;
  • lubię też elementy typowo męskie, a dodatkowo rockowe i preppy.

Tutaj mała uwaga: mimo wszystko preferuję rzeczy bardzo proste w formie i minimum dodatków, dlatego te wyżej wymienione wpływy to coś, czego jak sądzę nie widać ani na pierwszy, ani nawet na drugi rzut oka. Nawiązania te są delikatne i nie zawsze obecne, a i ja dopiero uczę się pracy ze swoim stylem i wiem, że popełniam wciąż mnóstwo błędów!


Kosmeologiczny uniform


Z tych niedobitków po opróżnieniu szafy mój uniform wyłonił się właściwie sam. Postanowiłam zacząć od jego wersji zimowej, bo dla mnie (niskociśnieniowca, zmarzlaka, hashimotki i domatorki) znienawidzona zima trwa tak naprawdę od połowy października do połowy kwietnia, a więc dobre pół roku. Dodatkowo z minimalnymi zmianami praktycznie wszystkie zimowe ubrania towarzyszą mi także jesienią i wiosną, więc kierunek do obrania był naprawdę oczywisty :)

Jeśli chcecie wiedzieć co rozumiem przez „uniform”, zajrzyjcie do genialnego tekstu Marii Młyńskiej z bloga Ubieraj się klasycznie. Tekst „W walce o uniform” tłumaczy to najlepiej na świecie! Najbardziej przemawia do mnie pytanie:

Gdyby ktoś miał stworzyć kreskówkę w której byłabym główną bohaterką, w jakim stroju musiałby mnie narysować?
No więc gdyby ktoś miał narysować zimową Anię, narysowałby ją w granatowych rurkach, wciąganym przez głowę swetrze z wystającym spod niego kołnierzykiem koszuli. Miałaby też na sobie czarne buty za kostkę i czarny skórzany plecak, a w uszach najpewniej maleńkie kolczyki-wkrętki.

Takie rzeczy już były w mojej szafie te dwa lata temu, na początku mojej przygody ze slow fashion. Nie były to ubrania wymarzone, ponieważ:


  • wszystkie moje swetry były piękne, bo po mistrzowsku zrobione przez babcię na drutach, ale niestety z akrylowej włóczki;

  • nie licząc koszul na długi rękaw, których nie lubię nosić, miałam tylko jedną koszulę-bezrękawnik dobrą do noszenia pod takie sweterki i było to w stu procentach poliestrowe sztuczydło z Lidla ;D

  • miałam wtedy ulubione czarne botki, ale brakowało mi butów na płaskim obcasie umożliwiającym dobiegnięcie na SKMkę bez ryzyka złamania nogi ;)

Wyszłam z założenia, że skoro chodziłam w tych niedoskonałych rzeczach tyle czasu, to nie mam się co spieszyć. Na szybko chciałam załatwić temat swetrów, bo nawet w najgrubszych swetrzyskach z akrylu potwornie marzłam i to naprawdę mnie unieszczęśliwiało. Dlatego na dobry początek kupiłam od razu dwa.



Pierwszy z nich wciąż należy do mojego ścisłego top 3 ulubionych swetrów :) To granatowy sweter męski duńskiej firmy Redgreen. Jest zrobiony ze 100% wełny merynosa i kupiłam go na Allegro za… jakieś 19 zł. Ogólnie jeśli lubicie takie klasyczne swetry typu pull-over z małym dekoltem, to męskie działy w sklepach polecam Wam BARDZO. Może okazać się, że będziecie musiały wziąć o rozmiar mniejsze niż zwykle nosicie (ja zawsze tak robię), ale nieraz nawet w obrębie jednej sieciówki widać przepaść między tym co produkowane jest dla kobiet, a tym co dla mężczyzn. Nie zliczę, ile razy założyłam ten sweter do momentu moich drugich swetrowych zakupów jakiś rok później… jego jakość jest tak nieprawdopodobnie dobra, że nie mogę nadziwić się że nikt nigdy nie kojarzy tej marki.

Drugi zakupiony przeze mnie wtedy sweter to produkt brytyjskiego Cambridge Dry Goods. Ma 80% wełny jagnięcej i 20% nylonu, a jego kolor kojarzy mi się właśnie z barwą naturalnej wełny. Kupiłam go w TK Maxxie za niecałe 50 zł, więc w porównaniu ze swetrem Redgreen to drożyzna… Ale jak popatrzę na akrylowe koszmarki z sieciówek za 80, 100 czy 150 zł to jego cena wydaje mi się śmiesznie niska :) Obecnie noszę go nieco mniej, bo na takie jasne kolory muszę mieć nastrój – zdecydowanie najbardziej lubię ciemne i bure ;)



W kwestii bezrękawników to postanowiłam po prostu twardo szukać czegoś na wyprzedażach i w outletach. Najczęściej kupuję w internetowym outlecie Mango i tam właśnie trafiłam na śliczne koszule bez rękawów z wiskozy w kilku kolorach i w zawrotnej cenie 19 złotych. Kupiłam kobaltową i łososiową, z czego pierwszą ponosiłam znaaacznie częściej – to był ten etap, gdy dopiero zaczynałam odróżniać kolory które mi się podobają od kolorów które faktycznie chciałabym nosić :D

Tym niemniej, nie wyrzuciłam przecież starych dzianin czy tej poliestrowej koszuli z Lidla, więc mając bazę ładnych kilku swetrów i trzech koszul mogłam zająć się uzupełnianiem innych braków, znacznie bardziej palących niż kolor kołnierzyka wystającego spod swetra ;) Oczywiście nie będę Wam teraz opisywać historii każdego zakupu, tylko pokażę po prostu ulubione rzeczy tworzące moją zimową bazę.



Mój najukochańszy szary sweter (Uniqlo, 100% kaszmiru, Allegro, ok. 60 zł) i drugi prawie równie cudny bordowy (Repeat, 100% kaszmiru, Allegro, ok. 60 zł).

Moje trzy koszule do noszenia pod sweter pokazałam wyżej: złamana biel (Esmara, 100% poliester, Lidl, ok. 19 zł), kobalt i łosoś (obie Mango, 100% wiskozy, Mango Outlet, ok. 19 zł), a poniżej moja idealna koszula dżinsowa (Mango, 100% bawełny, Mango Outlet, ok. 19 zł).

Moje codzienne spodnie: proste granatowe rurki (Soyaconcept, prawdopodobnie jakaś mieszanka z przewagą bawełny, lokalny sklepik w Kwidzynie, ok. 49 zł).


Chociaż moją miłością są i będą swetry wciągane przez głowę, dość często decyduję się na noszenie kardiganów, które umożliwiają znacznie wygodniejsze przebieranie się w ciągu dnia, na przykład w fartuch: bez psucia fryzury, tarcia dekoltem swetra o umalowaną twarz i tak dalej. Zależało mi tutaj, żeby sweter był możliwie długi i super ciepły, bo zamierzałam pod niego zakładać raczej cieńsze warstwy w postaci koszulek z krótkim rękawem. Nie cierpię wszelkich longsleeve’ów i bluzek z rękawem 3/4, a nie licząc dżinsowych – koszul z długim rękawem też nie lubię.



Na razie taki idealny kardigan mam jeden, ale jest dla mnie wyjątkowy: ze względu na kolor, obszerne poły i małą sprzączkę zamiast zapięcia kojarzy mi się z szatami mistrzów Jedi z „Gwiezdnych Wojen” :D Tak, tymi które dramatycznie zrzucają przed każdą walką. Mój kardigan nie ma metki z logo firmy, ale z adnotacji na wszywce ze składem (70% wełny z merynosa, 30% kaszmiru) wnioskuję, że jest niemieckiej marki Texi-Fashion. Wylicytowałam go na Allegro za jakieś 80 zł i po roku praktycznie nieustannego noszenia muszę go wreszcie ogolić (jako jedyny z moich swetrów delikatnie się skulkował) oraz… wymienić sprzączkę! Ewidentnie nie była skórzana i aktualnie zrobiło się z nią to, co dzieje się z kantami nieskórzanych torebek kiepskiej jakości. Mam już projekt tego, jak ma wyglądać nowa i czekam na przypływ gotówki by go zrealizować :)



Drugi cudowny, acz nieco cienki kardigan kupiłam zeszłej zimy w Diverse za jakieś 80 zł. Jest bawełniany, ale bardzo luźny i ma cudowne drapowanie kojarzące mi się, a jakże, z jakimiś elfimi szatami niczym z „Władcy Pierścieni”.

Pod te swetry zakładam najchętniej takie koszulki, które są z nieco grubszego materiału. Aktualnie moim ukochanym T-shirtem jest czarny zamówiony ze strony sklepu COS. To mój pierwszy produkt tej marki i jeny, jak on odstaje od jakości moich pozostałych T-shirtów… nie da się opisać jaka w dotyku jest ta dzianina. Na ten moment nie ma w ich ofercie innych T-shirtów które planuję kupić (na jedwabne po 45 euro mnie nie stać, a z pozostałych nie pasują mi głównie fasony, bo nie lubię dekoltów w serek chociażby). Mój z bawełny Pima kosztował 15 euro, a z okazji Black Friday zaoszczędziłam kolejne dziewięć na przesyłce (nad tym zakupem zastanawiałam pół roku, więc był serio przemyślany).

Innym topem, który lubię jest takie dziwne coś z imitacji czarnego zamszu, który kupiłam w Lidlu za 20 czy 30 zł. Ze względu na pudełkową konstrukcję jest świetny do zakładania nawet baaardzo grubego podkoszulka pod spód, bo kompletnie nic nie widać ;D


Na temperaturę w okolicach zera zestaw grubszy T-shirt + kardigan wystarcza mi w zupełności. Jeśli robi się zimniej, pod T-shirt zakładam podkoszulek, a na T-shirt mogę dołożyć jeszcze denimową koszulę. Na absolutnie trzaskający mróz pod brązowy kardigan mogę bezproblemowo wcisnąć szary sweter z Uniqlo, bo jest bardzo cienki i bardzo ciepły zarazem (kaszmir <3) i wraz z jakimś cienkim T-shirtem pod spodem tworzą wokół mojego zmarzniętego odwłoka kapsułę izolacyjną nie do zdarcia.

Nie będę się tutaj rozwodzić na temat butów i innych dodatków, bo o nich będę chciała napisać w osobnych tekstach. Mogę za to wspomnieć o tym, co chciałabym do mojej zimowej szafy dokupić:


  • grubą, ciepłą, flanelową koszulę w kolorze chłodnego beżu, ecru, złamanej bieli;
  • brązowe rurki, choć nie zdecydowałam jeszcze czy szukam czegoś z tkaniny czy z ekoskóry;
  • więcej grubych, mięsistych T-shirtów! Najbardziej osiągalny jest taki w odcieniu Steel Blue tego samego modelu COS który mam w wersji czarnej, a w strefie marzeń jest też granat (na ten moment brak w ofercie). Dodatkowo nie pogardziłabym też ciemną szarością, złamaną bielą oraz jakimś szlachetnym, głębokim kolorem takim jak butelkowa zieleń czy indygo;
  • więcej koszul bez rękawów: szukam jasnobłękitnej i kremowej!
Edycja 11.06.2018: biały T-shirt z COS kupiłam,
a z pomysłu na brązowe spodnie zrezygnowałam.
Wolałabym jednak szare, najlepiej marmurkowe!


Oczywiście jeśli kojarzycie gdzie mogłabym rozejrzeć się za takimi rzeczami to dajcie znać. Na tym etapie, kiedy zdecydowanie mam już w czym chodzić, mam też komfort możliwości nawet bardzo długiego oszczędzania na rzeczy z wyższych półek. Dlatego w przypadku ubrań bawełnianych chciałabym żeby była to bawełna organiczna, a w przypadku pozostałych chciałabym trzymać się ubrań wyprodukowanych wyłącznie w etycznych warunkach, najchętniej w Europie. To niestety bardzo utrudnia poszukiwania, ale ja mam czas. I wierzę, że warto poczekać... A Wy?

Co nosicie zimą? Czy macie jakieś patenty dla zmarzluchów? Gdzie kupujecie ubrania i gdzie dla Was zaczyna się wyższa półka cenowa? Jestem OGROMNIE ciekawa Waszych odpowiedzi!

Do Waszych komentarzy pod innymi postami zajrzę po 1. stycznia!

Tymczasem życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku
Ania

28 komentarzy:

  1. Właśnie przypomniałaś mi czego mi brak od lat, dobrej dżinsowej koszuli :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Twoje modowe wpisy! Tak mnie kusi, żeby swoje też jakieś napisać :)
    Nie lubię rurek na zimę, bo jak siadam to się podciągają i mi potem zimno w kostki :P Więc jak jest chłodniej, to noszę jeansy o moim ulubionym kroju bootcut, mam teraz dwie pary - czarne i klasyczne niebieskie. I dwie pary rurek na cieplejsze dni. Do tego trzy sukienki z grubszego materiału, dwa swetry z wełny (ale pewnie kupię trzeci za jakiś czas), dwie flanelowe koszule (ale potrzebuję nowych, bo się sprały i nie wyglądają wyjściowo) i stos bawełnianych tshirtów. W sumie komplet, noszę te ciuchy praktycznie cały czas. No i jeszcze mam jedna bardziej elegancką koszulę i chciałabym jeszcze ze dwie kupić na zmianę, bo teraz w kółko noszę tą samą.
    Brakuje mi eleganckich zimowych butów, ale wciąż nie znalazłam takich jakie sobie ubzdurałam, więc pewnie z zakup odłożę na nie wiem kiedy. A buty na co dzień to noszę cały rok te same od trzech lat - szare, lekkie treki Salomona. Wodoodporne, lekkie, ekstremalnie wygodne, zimą nie jest za zimno a latem nie jest za ciepło. No i trzy lata noszenia dzień w dzień to ekstra wynik. Teraz co prawda może się okazać, że to ich ostatnia zima, ale wtedy kupię sobie nowe podobne. Tylko no sportowe są, więc nie pasują do bardziej eleganckiego i poważnego stylu, ale ja jadnak na co dzien wolę ich komfort i wygodę niż ekstra wygląd. W laboratorium i tak nikt za bardzo mnie nie ogląda, więc moge się ubierać casualowo. A no i kurtka puchowa jest ważna, też z membraną, a grzeje niesamowicie i można ją nosić w szerokim zakresie temperatur. Na spacery zakładam pod nia tylko cieniutką koszulkę termoaktywną w sumie, nawet jak jest mróz. Na co dzień też często pod kurtkę nie biorę swetra bo za ciepło.
    Porządne jakościowo rzeczy są takie super, też wolę mieć mniej, ale fajnych :) I w sumie jak tak teraz patrzę to na niektore rzeczy nawet kilka stów bylabym skłonna dać, ale mam tu na myśli raczej buty i kurtkę przede wszystkim oraz plecak i torebkę. A ciuchy to tak 100-150 złotych, maks 200, z czego wiele jest i tak dużo tańszych. Najczęściej kupuję w sklepach w galeriach handlowych, bo zazwyczaj mało czasu mi to zajmuje i lubię po przymierzać wybrane rzeczy. Czasem się skuszę na zakupy przez internet. Chciałabym kupować więcej w second handach, ale denerwuje mnie w nich to jak bardzo czasochłonne potrafi być wybieranie rzeczy oraz to, że raczej się tam wyszukuje perełki, a ja wolę iść po konkretną zaplanowaną rzecz a nie brać co się trafi. Nie kręci mnie takie wyszukiwanie, szkoda mi czasu. Za to sporo mam ciuchów z "wymianek" z koleżankami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym z kolei bardzo chciała przeczytać Twoje, bo komentarze dają mi przedsmak ;D

      Może uściślę, że chodzi mi o rurki w znaczeniu "proste, wąskie spodnie" a nie zwężane modele typu skinny, które lubię przede wszystkim do balerinek :D A kojarzysz jakieś marki, których flanelki są sensownej jakości? :)

      Ja właśnie zakupów stacjonarnych nienawidzę :( Najczęściej zamawiam daną rzecz przez internet w kilku rozmiarach i potem zatrzymuję najlepszy, a resztę odsyłam :P

      Usuń
    2. Nie wiem w sumie gdzie kupić flanelki dobrej jakości. Moje obie są z Reserved, głównie dlatego, że są z takiego prawdziwie flanelowego, milusiego materiału i kolory mi odpowiadały. Nie wiem czy są jakieś super, bo w sumie nie mam odpowiedniego porównania. Ale miło grzeją, są wygodne, materiał cały czas jest miły i jeszcze się nie rozleciały. Tylko obie są sprane i nie wyglądają już zbyt wyjściowo ;) Ale teraz jest ciepło na zewnątrz więc pod kurtkę nie zakładam swetra bo bym się ugotowała a własnie flanelę, więc może na spotkaniu zobaczysz jak wygląda na żywo ;)

      Usuń
    3. O, to zerknę :) Mi właśnie zależy na bawełnianej, miłej, ciepłej flanelce, która będzie nawet bardziej grzać niż wyglądać ;D

      Usuń
  3. Rozglądam się właśnie za jakimś fajnym swetrem z wełny, ale nie pomyślałam, by zerknąć na allegro :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "french chic, czyli styl którego tłumaczyć zapewne nie trzeba", przeczytała Basia, po czym odpaliła Google :D Pod wieloma względami jesteśmy podobne, ale nie w 100% :) Przydałby mi się porządek w szafie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, może za bardzo patrzę na to z perspektywy Cztelniczek, które siedzą w temacie ubraniowym, bo pewnie reszty ta seria tekstów zbytnio nie interesuje ;)

      Usuń
  5. Świetny wpis!
    Widać, że masz już obrany swój styl, wiesz co lubisz, a czego nie. Więc pomimo trudności w szukaniu tych nowych ideałów, to i tak to co najgorsze masz już za sobą.
    Też mam 3 swetry: jeden golf, dwa wciągane przez głowę. Brakuje mi w sumie kardiganu, po dłuższym przemyśleniu sprawy, mam taką materiałową narzutkę, bawełnianą, ale kolor nie do końca mi się podoba, chciałam sprzedać, nie udało mi się jeszcze, więc wyciągnęłam z worka i noszę od czasu do czasu. Może kiedyś wymienię na lepszy model.
    Koszulek gładkich - białych mam najwięcej, bo lubię i nie muszę się zastanawiać co na siebie włożyć, do tego rurki i skórzane dodatki: buty i torebka i już czuję się super.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja takie narzutki też bardzo lubię, ale noszę raczej późną wiosną, bo zimą bym zamarzła ;D

      Usuń
    2. Jej mi wciąż za gorąco :p

      Usuń
  6. Oh jak mi miło być tą wierną czytelniczka <3 :) kurde ten czarny "gwiezdny" kardigan jest bardzo ładny!
    Ja na bieżąco utrzymuje porządek w swojej szafie, także mam tam same rzeczy które lubię, nosić nosze je rzadziej, bo niestety część z nich pasuje tylko na moją szczuplejsza wersje i tak sobie czekają na te stare, dobre czasy :/

    OdpowiedzUsuń
  7. Zakupiłam po Twoich opiniach to serum z dermofuture liftingujace zmarszczki mimiczne jednak po komentarzach pod ostatnimi postami nie wiem już sama jak je używać. Czy powinno się je nakładać bezpośrednio na zmarszczki mimiczne pod oczami czy raczej na kości policzkowe aby nie spowodowac workow pod oczami? Z góry dzięki za odpowiedź!☺

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj tak, basici z COSa i ich jakość to bajka - jak na razie mam tylko jednego pasiaka z rękawem 3/4, noszę go bardzo intensywnie od jakiś 6 miesięcy i równie intensywnie piorę, a wygląda nadal jak nowy <3 zaczęły się teraz u nich wyprzedaże i w ich salonie w klifie (online też są, ale ceny niestety w euraskach) widziałam sporo właśnie takich fajnych basiców za cenę około 50-60 zł.

    Co do swetrów, fakt, warto rozejrzeć się na dziale męskim - w zeszłym roku mój dziadek dostał na gwiazdkę za mały na niego czarny, wełniany sweter z domieszką merynosa z okrągłym kołnierzykiem z h&m. Przejęłam go (come on, po co miałby się marnować, no i jakość męskich ciuchów z hm jest o niebo lepsza od damskich ) i, mimo, że jest lekko za duży, jest genialny zarówno do jeansów, ołówkowych spódniczek i do ogrzania się po wyjściu z siłowni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez to, że interesuje mnie tak naprawdę tylko ten jeden jedyny model T-shirta, to na wyprzedażowe łupy nie mam co liczyć :( Ale będę intensywnie śledzić ich nowe kolekcje, już teraz ciekawam jakie będą nowe kolory!

      Mam podobny sweter :D W szale kaszmirowych zakupów na Allegro raz się nacięłam na sweter w nie moim kolorze i jakimś takim dziwnym fasonie. Ale jako ciuch po domu do legginsów albo dogrzewacz po fitnessie jest super!!!

      Usuń
  9. Świetny wpis, ostatnio sama zaczęłam swoją modową przygodę ze slow fashion - moją inspiracją był dokument The True Cost, bardzo polecam jeśli nie widziałaś. Ciekawi mnie też książka o której wspomniałaś, wiele razy myślałam o jej zakupie, jednak do tej pory się nie zdecydowałam. Najlepsze patenty to chyba ubieranie warstw i wybór dobrych materiałów ubrań. Nawet w cieniutkim wełnianym sweterku jest mi milion razy cieplej niż w grubaśnym akrylowym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ani nie widziałam tego filmu, ani nie czytałam „Etyki w modzie, CSR w przemyśle odzieżowym”, tylko zapoznałam się z podstawowymi przekazanymi tam informacjami na różnych blogach, kanałach na YT i oczywiście w książce Joanny. Na pewno będę chciała kiedyś się z nimi zapoznać, muszę sprawdzić zasoby biblioteki jak trochę odgruzuję listę czytelniczą ;)

      Usuń
  10. Też musiałabym pozbyć się paru rzeczy z szafy, ale nie umiem wyzbyć się myślenia: przyda się ;)
    Bardzo fajny tekst, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Też się biorę za swoją szafę...

    OdpowiedzUsuń
  12. Też powinnam się zabrać za swoją szafę, bo wiele ciuchów tam czeka na nową mnie, ale kiedy się doczeka :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetny post, przeczytałam z przyjemnością. I gratuluję odnalezienia swojego stylu, to nie jest prosta sztuka! 😉

    OdpowiedzUsuń
  14. Aniu fantastyczny post! Nie sądziłam, że tak dobrej jakosci swetry można wylicytować za grosze na All. Ja zazwyczaj takie perełki znajduję w SH i jakiś czas temu zrobiłam totalną czystkę w swetrach z akrylu i innego sztucznego materiału. Teraz mam swetry wełniane, kaszmirowe i czuję ogromną różnicę. Super masz ten patent na wywóz rzeczy do rodziców. Moja znajoma jeśli kupi co nowego to ma zasadę, że wyrzuca jedną starą rzecz. To też jest myśl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest to jakiś patent, chociaż chyba taki bardziej dla osób dla których ma znaczenie liczba posiadanych rzeczy. Dla mnie nie ma: jeśli noszę je wszystkie z przyjemnością, to nie obchodzi mnie czy mam ich 10 czy 100 :D Ale przed zakupem T-shirtu z COSa miałam u siebie kilka innych czarnych T-shirtów, z których jeden był jakby za krótki, jeden miał za mały dekolt, a jeden był już sprany. Dobierałam je trochę w zależności od reszty stroju, ale posiadanie jednego idealnego MEGA ułatwiło mi życie <3

      Usuń
  15. Dawno nie kupowałam sobie swetrów, z tamtego roku są jeszcze w świetnym stanie, ale przydałoby się wymieniać trochę garderobę :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger