8/03/2017

Włosowy kwartalnik: półtora roku zapuszczania



Zastanawiałam się czy moich postępów w zapuszczaniu nie publikować rzadziej – przykładowo co pół roku. Ale jednak w takim odcinku czasu kończę, kupuję i zaczynam tyle kosmetyków, metod i różnych trików, że te posty miałyby pewnie z pięć stron długości ;) Zapraszam więc na kolejne, piąte już podsumowanie z kolejnych trzech miesięcy zapuszczania włosów. Od stycznia zeszłego roku naprawdę się zmieniły :)


Tradycyjnie będę posługiwała się formułą wzorowaną na moim -> kompendium zapuszczania włosów, więc jeśli jeszcze go nie znasz – zajrzyj koniecznie :) Inne wpisy (kwartalniki i nie tylko) znajdziesz klikając w kolumnie po prawej tag „zapuszczanie włosów”.


Fryzjer i fryzura


Włosy podcięłam na samym początku zapuszczania (w styczniu 2016 roku) i potem po raz kolejny po niecałych ośmiu miesiącach (we wrześniu). W styczniu zaczęły się już gorzej układać, ale mimo moich usilnych prób nie udało się zgrać moich wizyt w rodzinnym mieście z wolnymi terminami u ulubionej fryzjerki :D No ale wreszcie, WRESZCIE się udało! Tutaj przypomnę, że moje końcówki sporo przeszły: nie tylko dziewięć miesięcy bez podcinania, ale i trudny okres przejściowy w którym długość w okolicach ramion oznacza wysokie ryzyko ciągłego mechanicznego uszkadzania końcówek: przycinania ich torebką, oparciem krzesła, suwakiem kurtki...

Moim rozwiązaniem na to było częstsze niż zwykle wiązanie włosów – myślę, że nawet minimalnie częściej nosiłam je spięte niż rozpuszczone, co jest dla mnie bardzo nietypowe ;) Najczęściej wybierałam klasyczny kucyk z przezroczystą sprężynką Invisibobble, ale starałam się mój arsenał fryzur poszerzać jak tylko się da. Może zainteresowałby Was tekst o moich ulubionych szybkich fryzurach nieuszkadzających włosów? :)

W każdym razie, pomimo wszystkich przeciwności losu na moim podcięciu poszło tylko niecałe 1,5 cm! Wydaje mi się, że to idealne potwierdzenie tego jak dobrze sprawdza się u mnie spinanie włosów, uważanie na końcówki i zabezpieczanie ich za pomocą serum Biosilk Maracuja Oil. A skoro włosy podcięte, fryzura odświeżona i taktyka na najbliższe miesiące obrana, to następne podcinanie planuję za kolejny kwartał albo dwa – w zależności od tego jak włosy zniosą wakacyjne wojaże oraz ciąg dalszy maltretowania końcówek ;)

Nie wiem czy to widać, ale do końca pozbyłam się już cieniowania, a włosy obcięte są w lekkie U - dokładnie tak jak lubię :)

Suplementacja


Tutaj bez niespodzianek. Cały czas łykam zestaw antyoksydantów Olimp Anti-Ox Power Blend, a witaminę D odstawiłam już ze dwa miesiące temu. Teraz ze względu na mnóstwo wydatków związanych z wyjazdem zastąpię antyoksydanty czymś tańszym – pewnie jakąś mieszanką witamin A i E z apteki. Ale z całą pewnością jesienią wrócę do ulubionego suplementu, bo takiego składu to ze świecą szukać.

Oczywiście podstawę mojego zapuszczania w dalszym ciągu stanowiła zdrowa dieta, w tym łyżka siemienia lnianego oraz orzechy brazylijskie w codziennej owsiance :)

Wcierki


Mleczko wzmacniające przeciw wypadaniu włosów z nowej linii Vis Plantis pod nazwą Basil Element. Ta wcierka jest tak świetna w użytkowaniu, że aż samą siebie zaskoczyłam w kwestii częstotliwości stosowania jej. Nie wydaje mi się, żeby wpływała w jakikolwiek sposób na przykład na wypadanie włosów, ale chyba trochę przyspiesza ich wzrost. Testy z mierzeniem wykonam dopiero jesienią.

Wcierka nie jest zbyt wydajna, więc na wakacjach pewnie łatwo ją zdenkuję, a nowe opakowanie kupię po powrocie do Polski i potem dam Wam znać dokładnie co o niej myślę :)

Skóra głowy


Co zostało bez zmian: mój ulubiony scrub rokitnikowy Natura Siberica, bardzo fajny łagodny szampon z Ziaji (olejki ylang-ylang i paczuli w odżywce myjącej do włosów) oraz totalna rezygnacja z masaży skóry głowy, skoro bardziej mi przeszkadzały niż pomagały, o czym pisałam w -> ostatnim Włosowym Kwartalniku.

Co się zmieniło: intensywnie denkowałam mocne szampony (-> szampon Natur Vital Hair Loss for greasy hair oraz Biovax Opuntia Oil & Mango już mi się skończyły, jadę z kolejnymi) używając ich już w tej chwili tylko raz na dwa tygodnie.

Zdrowie!


Jak zawsze, podkreślam: nie ma zdrowych i szybko rosnących włosów bez dbania o siebie.

W okresie wakacyjnym moje podejście do dbania o zdrowie odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni: z jednej strony wreszcie się wysypiam i mam o wiele mniej stresów, ale z drugiej – z dala od klubu fitness ciężko mi utrzymać nawyk regularnej aktywności fizycznej. Włosy tego pewnie jeszcze nie odczuły, ale ja już pomału zaczynam, więc chciałabym teraz zmotywować się chociaż do jakiegoś biegania. Zobaczymy jak to wyjdzie ;)

W kwestii pielęgnacji cieszę się obecnym stanem zminimalizowania zapasów i powolnego zużywania tego, co mam z prawdziwą przyjemnością. Włosy myję ciągle Kallosem Algae, a odżywiam resztkami anwenówki do wysokoporowatych, Dr. Sante z arganem i keratyną oraz Ziają Kozie Mleko. Wstępnie użyłam też parę razy maski Biovax Opuntia Oil & Mango, ale jednak ten zestaw olei puszy mi loki, więc oddam ją niskoporowatej przyjaciółce ;) Jak widać, nie mam w tym zestawie żadnej odżywki.

Oczywiście staram się też olejować włosy (myślę, że uśredniając wyszłoby mi tak co drugie mycie lub ciut rzadziej) i BARDZO sumiennie zabezpieczam końcówki. Od czasu podcięcia wróciłam do ulubionej metody weegirl (klik!), której używałam przez cały okres noszenia długich włosów i z której byłam ekstremalnie zadowolona. Przy krótkich włosach obawiałabym się obciążenia końcówek tym trikiem, ale od teraz powinna być dla mnie wręcz stworzona :)

Na wakacje zabrałam ze sobą aloesowy szampon Equilibra, płyn do mycia Facelle i serum na końcówki Biosilk Maracuja Oil, a do odżywiania tyle Kallosa Algae i maski Dr. Sante ile miałam, a do tego pełne opakowanie Ziai Kozie Mleko. Nie jestem pewna czy mi to wystarczy, ale w razie czego poratuję się jakąś odżywką Nivea z tutejszego Super Pharmu albo pouprawiam w Izraelu trochę -> Kosmetoturystyki ;)

Tu chciałam napisać czy macie dla mnie jakieś dobre rady, ale w sumie to przez najbliższe dwa miesiące nie mam zbyt wielkiego pola do popisu :P Efekty zobaczycie już za parę miesięcy.

Trzymajcie się ciepło!
Ania

12 komentarzy:

  1. Miłego pobytu w Izraelu!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Chetnie poczytam o ulubionych fryzurach:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymam kciuki żeby twoje włosy nie ucierpiały za mocno na wakacjach :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Udanego wyjazdu :D Z punktu widzenia zalatanego czytelnika, jestem za częstszymi i krótszymi wpisami :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ładnie i zdrowo włosiska się prezentują :) Podoba mi się Twoje zdrowe podejście do ich pielęgnacji :) Na te antyoksydanty może też się kiedyś skuszę, ale na razie plan suplementacji jest inny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz o tym jakiś tekst u siebie? Szukałam, ale nie znalazłam :<

      Usuń
  6. Super! Podziwiam za determinację, mnie tzw. "okres przejściowy" doprowadza do nieopisanej wręcz irytacji i za każdym razem, gdy włosy zaczynają sięgać poza długość ramion, skracam je o kilka centymetrów, stąd też od około dwóch lat nie udało mi się ich zapuścić. :)
    Jeżeli chodzi o Kallosa Algae, to jest jedną z niewielu masek tej firmy, których dotychczas jeszcze nie używałam, choćby np. Banana, bo gdyby nawet miał zdziałać cuda, odstrasza mnie zapachem. Do mycia u mnie tylko Kallos Color, chyba przez brak silikonów, ale pozwala mi myć włosy co dwa dni, a jest to sukces ogromny - niemal całe życie robiłam to codziennie. Oczywiście skóra głowy nie przestawiła się wraz z pierwszym użyciem, ale po kilku tygodniach byłam silnie usatysfakcjonowana. :P
    Mam do Ciebie Aniu pewną prośbę, chodzi o nieco inną partię mojej sfrustrowanej głowy, a mianowicie twarz. Jestem na dobrej drodze do doprowadzenia jej do porządku, jakkolwiek by to nie brzmiało, brakuje mi jednak delikatnego myjadła do stosowania rano. Aktualnie używany micel nie do końca mnie satysfakcjonuje w tej kwestii, choć ogólnie jest stworzony dla mnie (różany Evree), sam tonik sobie nie radzi, bo rano moja skóra jest jak posmarowana wazeliną. :P Sama woda to tym bardziej zbyt mało. Co drugi dzień wieczorem stosuję żel myjący Ziai, po codziennym stosowaniu skóra nieco protestuje, na rano jest on zbyt silny. Dodam, że mam dość dużą skłonność do niedoskonałości. ;) Byłabym niesłychanie wdzięczna za polecenie czegoś delikatnego, co jednocześnie oczyści skórę twarzy po nocy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widziałaś ten tekst u mnie? :)

      http://www.kosmeologika.pl/2015/04/najdelikatniejsze-najtansze-najlepsze.html

      To są produkty, które kochałam dwa lata temu i których używam do teraz w kółko :)

      Usuń
    2. Nie widziałam, serdecznie dziękuję za link! :)
      Anida wygląda dobrze, właśnie takiego delikatnego produktu szukam, choć skład żelu Fitomed również do mnie przemawia. No cóż, czeka mnie testowanie! :)
      Powiem szczerze, że od pewnego czasu biedronkowe półki z kosmetykami przeglądam za każdym razem, gdy odwiedzam ten sklep, a żaden z dwóch produktów Bebeauty nigdy nie rzucił mi się w oczy, chociaż myjadła szukam od dobrych kilku miesięcy i zwracam uwagę i na tego typu produkty. Czy sama kupujesz je w Biedronce regularnie? Wyglądają obiecująco, byłabym zawiedziona nie mogąc ich dorwać. :P Zielonogórskie Biedronki jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, więc może po prostu nie ma już tych produktów w asortymencie? W każdym razie poszukam uważnie. Bardzo dziękuję za ten post! Dobrze, że jesteś. :)

      Usuń
    3. Powiem tak: od kilku lat te właśnie z Biedronki są u mnie przez 70% czasu :) 20% to u mnie Anida (bo w "mojej" aptece jest często wykupiona, a w "mojej" Biedrze któryś z tych dwóch żeli mam ZAWSZE), a tak z 10% to Babydream lub Fitomed. Z całej piątki te dwa są "najmocniejsze", choć i tak bardzo łagodne. Ale oba BeBeauty i Anida dosłownie otulają moją cerę, uwielbiam je!

      Gdybyś miała problemy ze zdobyciem czegoś z powyższych to mogę dorzucić jeszcze Cetaphil do mycia i Physiogel. Ja ich nie używam, ale zbierają mnóstwo pochlebnych opinii :)

      Usuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger