6/23/2019

Halo Beauty Hair, Skin, & Nails Booster od Tati Westbrook. Czy to najlepszy suplement na skórę, włosy i paznokcie?



Tati Westbrook założyła swój urodowy kanał na YouTube w 2010 roku i od samego początku szła z nim trochę pod prąd. W sferze opanowanej przez nastolatki i młode dwudziestki ona wystartowała jako trzydziestolatka. Rzadko pojawiała się na branżowych imprezach i nie podejmowała współprac innych niż akceptowanie przesyłek PR-owych. A potem zaskoczyła wszystkich ponownie: gdy każda szanująca się urodowa youtouberka wypuszczała swoją paletę, pędzle czy rozświetlacz, Tati nieco ponad rok temu rozpoczęła sprzedaż własnych suplementów na urodę skóry, włosów i paznokci.


Od tej pory Halo Beauty, bo tak nazywa się jej marka, rozrosło się o kolejne produkty: jeden oparty o ekstrakt z kiwi i dwa przeznaczone odpowiednio dla kobiet oraz mężczyzn. Więc mimo krytycznych komentarzy (tak licznych, że na przykład opcja komentowania filmu z ogłoszeniem Halo Beauty jest wciąż wyłączona!) pomysł musiał ewidentnie chwycić.

Jest to zaskakujące o tyle, że widownia kanałów tego typu to zwykle młode i bardzo młode kobiety, a cena za jedno opakowanie wystarczające na miesiąc kuracji to około 40 dolarów, a więc niemało. Oczywiście gdyby obietnice producenta, który twierdzi że Halo łagodzi objawy egzemy, łuszczycy, trądziku różowatego i trądziku pospolitego miały rację bytu, to pewnie niejedna osoba dotknięta chorobą zapłaciłaby każde pieniądze by się ich pozbyć.

Jak się nad tym zastanowić, pomysł na założenie własnej firmy suplementów jest z biznesowego punktu widzenia genialny. Gdyby Tati poszła w ślady innych gwiazd YouTube i wyprodukowała własne kosmetyki kolorowe, podaż na jej produkty byłaby ograniczona: ile bowiem palet, pędzli czy tuszy do rzęs może kupić jedna fanka?

Tymczasem w przypadku suplementów niezależnie od scenariusza, wygrywasz. Nagrodą główną jest klient, który będzie kupował kolejne opakowanie co miesiąc i w ciągu roku zostawi w Twojej kieszeni prawie 500 dolarów. Nagrodą pocieszenia są klienci, którzy kupią kilka pierwszych opakowań, bo w przeciwieństwie do makijażu, suplementom chcemy dać uczciwą szansę na wykazanie się. Jedni kupią dwa opakowania, inni cztery, ale mało kto całkowicie podda się po jednym miesiącu kuracji.




No dobrze, ale czy Halo Beauty Hair, Skin, & Nails Booster w ogóle działa?


Krótka odpowiedź brzmi: nie wiem, nie brałam.

Dłuższa odpowiedź brzmi: nie wiadomo, bo nie przeprowadzono badań naukowych na ten temat.

Nawet gdybym szarpnęła się na kilka opakowań, a moja cera w tym czasie poprawiłaby się, w dalszym ciągu byłby to w najlepszym wypadku wyłącznie dowód anegdotyczny, a więc bezwartościowy.




Na stronie Halo Beauty jest podstrona o nazwie Real Results, gdzie publikowane są wybrane zdjęcia konsumentów rzeczonych kapsułek. Oczywiście nie widzimy żadnych opinii krytycznych od osób rozgoryczonych faktem wydania góry pieniędzy na witaminki, które zdziałały niewiele albo nic.

I właśnie z tego powodu żadna liczba zadowolonych użytkowników, niezależenie od tego czy jest ich stu, tysiąc czy sto tysięcy, nie ma żadnego znaczenia dopóki nie sprawdzimy jak wygląda to w statystyce dla wszystkich konsumentów.




Tak badamy leki:


Zapewniam Was, że wśród osób biorących nawet najbardziej badziewne, pozbawione jakiejkolwiek wartości suplementy osób znajdzie się sporo grono tych, którzy prawą rękę daliby sobie uciąć, że pigułki działają. Dlatego w sytuacjach, w których na szali jest ludzkie zdrowie i życia (a tak jest w przypadku leków) badania przed wprowadzeniem na rynek są o wiele bardziej skomplikowane.

W skrócie, najpierw sprawdzamy czy dana substancja w ogóle teoretycznie mogłaby działać: metaforycznie wkraplamy ją do probówki w której są ludzkie komórki i sprawdzamy czy uzyskaliśmy efekt. To tak zwany test in vitro (łac. w szkle). Na tym etapie poprzestaje większość prac naukowych jakie znajduję szukając informacji na temat składników kosmetyków czy suplementów właśnie.

W przypadku leków, po tym etapie jest jeszcze wiele kolejnych i pominę je, by skupić się na dwóch najważniejszych aspektach:

  • Po pierwsze, żeby dany preparat zarejestrowano jako LEK (na receptę lub bez recepty) trzeba wykazać, że działa. Nie tylko, że jest obecny w tabletkach, ale też że wywołuje określony efekt na organizm. Jeśli tych badań nie przeprowadzimy mamy do czynienia z suplementem diety.

  • Po drugie, jeśli dany środek zarejestrowano jako lek bez recepty, to podlega on w zasadzie tym samym regulacjom co lek na receptę: zanim trafi w nasze ręce, każdą partię należy sprawdzić by upewnić się że w kapsułce znalazła się określona substancja lecznicza i to dokładnie w ilości takiej, jak zadeklarowana na opakowaniu. Suplementów to nie dotyczy.


Niezależnie od tego czy jesteście zainteresowane Halo Beauty czy nie, te informacje są kluczowe! Witaminę D, magnez, żelazo, witaminę C, tran... to wszystko da się kupić w postaci leku bez recepty i mieć gwarancję, że nasza suplementacja ma sens – oczywiście trzeba przedtem porozmawiać z lekarzem o tym, czy w ogóle tego leku potrzebujemy. Natomiast absolutną plagą wśród polskich pacjentów jest łykanie wszystkich możliwych suplementów diety na potęgę.


Grafika pochodzi ze słynnego raportu NIK dotyczącego rynku suplementów w Polsce - serdecznie go polecam!
Znajdziecie go TUTAJ

Nie zastanawiamy się nad jakością przyjmowanych tabletek, ani tym bardziej nad zmianą naszych nawyków żywieniowych. Łatwiej jest zamówić na iHerbie jedne kapsułki, po nich drugie, do tego dorzucić multiwitaminkę, w zielarskim dokupić coś na odchudzanie albo tarczycę...

Nawet jeśli złapał nas skurcz i chcemy jedynie uzupełnić magnez, to bierzemy w aptece pierwszy lepszy preparat, najczęściej ten znany z reklamy albo ten najtańszy - i praktycznie zawsze jest to suplement diety, bo ich na rynku jest bodajże sześćdziesiąt... a leków bez recepty tylko trzy.


Okej, to może chociaż skład Halo Beauty jest obiecujący?


Jasne, mam świadomość, że suplementacja to nie tylko uzupełnianie klinicznych niedoborów jak sole mineralne czy witaminy. Suplementami chcemy także dorzucić do naszej diety takie coś ekstra, którego nie jesteśmy w stanie dostarczyć sobie z pożywieniem.

Jak doskonale wiecie, jednym z moich koników jest pielęgnacja przeciwstarzeniowa i jak pisałam w niedawnym tekście na temat antyoksydantów w pielęgnacji cery, są takie przeciwutleniacze które chętnie potraktowałabym jako wisienkę na torcie mojej zdrowej, zbilansowanej diety. I o ile byłabym w stanie podać przykład leku zawierającego kwas alfa liponowy (akurat jest na receptę), o tyle z koenzymem Q10, astaksantyną czy kwercetyną zaczynają się schody.

Nie mam jednej dobrej odpowiedzi na to co począć w takiej sytuacji. Sama od początku 2017 roku przyjmuję z większą lub mniejszą regularnością ten sam suplement Olimp Anti-Ox. Nie odmienił on  wyglądu mojej cery, ale też w przeciwieństwie do Halo Beauty nie jest sprzedawany jako panaceum na wszystkie schorzenia skóry. Traktuję go wyłącznie jako profilaktykę i tak naprawdę nigdy nie dowiem się czy zadziałał, bo nie będę miała wglądu w to jak wyglądałaby moja cera gdybym go nie przyjmowała ;) W przeliczeniu na miesiąc wydaję na niego około trzydzieści złotych i jest to dla mnie kwota akceptowalna nawet, gdybym kiedyś dowiedziała się, że w praktyce nie wszystko wygląda tak, jak deklaruje producent.

Żeby nie było, nikt mi nie płaci za wspominanie o tym preparacie, a każde jedno opakowanie kupiłam sobie sama. Wspominam o nim dlatego, że w porównaniu ze składem Halo Beauty Hair, Skin, & Nails Booster wypada jak Mercedes obok motorynki:


Po lewej skład  Halo Beauty Hair, Skin, & Nails Booster od Tati Westbrook, a po prawej skład Olimp Anti-Ox.


Oczywiście nie mamy pewności czy nie jest czasem tak, że Halo Beauty to najbardziej etyczna firma na świecie, która korzysta z tak wspaniałych surowców, że usprawiedliwia to kosmiczną cenę ich suplementu. Tego się nigdy nie dowiemy. Ale w momencie kiedy porównujemy dwa produkty tej samej rangi: dwa suplementy diety, a cena jest odwrotnie proporcjonalna do składu... no, powiedzmy że włącza mi się pewien sceptycyzm.

Sceptycyzm ten jest o tyle silniejszy, że według mnie Tati ma nerwy ze stali skoro ma odwagę powiedzieć do 2,5 miliona widzów, że jej suplement owszem, zawiera ekstrakt z palmy sabałowej (któremu przypisuje się wpływ na dihydrotestosteron), ale jest go w nim akurat tyle, że na pewno nie wejdzie w interakcje z tabletkami antykoncepcyjnymi czy ogólnie w gospodarkę hormonalną. To jest bardzo precyzyjne stwierdzenie, którego ja osobiście nie wydałabym na temat produktu, którego nie zbadano klinicznie tak jak robi się to z lekami. Co ważne, ten ekstrakt to jeden z bardzo niewielu składników Boostera Halo Beauty, którego nie ma w co drugim suplemencie, a i tak dla mnie jego obecność jest bardziej odstręczająca niż zachęcająca.

Poza nim jedynym w miarę interesującym składnikiem Halo Beauty wydaje mi się Ceramide-Rx™, ale właściwie wyłącznie z tego powodu, że to ceramid otrzymany z ryżu (w przeciwieństwie do pozostałych, które zwykle pozyskuje się z pszenicy). Więc jeśli jest na sali ktoś, kto bardzo chciał przyjmować ceramidy doustnie, a z powodu celiakii tego nie robił – hej, może Booster Halo Beauty jest dla Ciebie. W pozostałych przypadkach polecam kupić bogatszy kompleks antyoksydantów, popić go naparem ze skrzypu i posypać dowolne danie w ciągu dnia pestkami dyni i kiełkami: efekt będzie podobny, a o niebo tańszy ;)

***


Jestem bardzo ciekawa czy temat suplementów diety Was interesuje! Jeśli tak, to dajcie mi znać czy macie jeszcze jakieś wątpliwości dotyczące ich. Część z nich być może rozwieje mój stary wpis sprzed czterech lat, ale jeśli jest cokolwiek co spędza Wam sen z powiek to chętnie zabiorę głos i wyjaśnię co trzeba najlepiej jak potrafię.

Tymczasem trzymajcie się ciepło,

Ania

8 komentarzy:

  1. Wow bardzo ciekawe, zwlaszcza ze mialam ochote przetestowac na sobie te witaminy Halo, ale obecnie siegnelam cos dostepnego u siebie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm ja ogólnie unikam takich "zbiorczych" suplementów, zdarza mi się suplementować witaminę D3, B2 ze względu na antykoncepcję, magnez, czasami nawet witaminę C, bo zauważyłam poprawę stanu cery. Ale po takich multisuplementach, które dostawałam od mamy w trosce o mój dość ubogi jadłospis paradoksalnie zawsze mnie wysypywało, więc wolę dmuchać na zimne

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo merytoryczny wpis! Lubię Tati, jest naprawde jedna z niewielu tak wspanialych osob w tej branzy. Osiagnela wiele, jakos jej ufam i dlatego naprawdę chętnie sprawdzilabym jej suplementy, ale gdyby byla dystrybucja z EU. Właśnie fakt, ze trzeba je zamawiac z US mnie ciagle powstrzymuje przed zakupem, ale teraz.. troche ostygłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy... wydźwięk mojego wpisu był w zamyśle krytyczny, bynajmniej nie zachęcam do wypróbowania tych suplementów ;)

      Usuń
  4. Muszę się im bliżej przyjrzeć!

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej Aniu! Dzięki, że zawsze stoisz po stronie nauki. Największym paradoksem jest to, że wydajemy pieniądze na suplementy, by poprawić sobie zdrowie, a efektu nie tylko może nie być, ale może wręcz być przeciwny do zamierzonego.

    Ja sama zwracam na to uwagę - kupuję Vigantoletten zamiast suplementu z witaminą D. Mam tylko jeden problem - czy znasz może Calcium, które jest lekiem na receptę, a nie suplementem? Jestem weganką. Gdy dbam o dietę, to zapewniam sobie dostateczną ilość wapnia, ale gdy moja dieta trochę się pogarsza (jak na przykład w czasie sesji:/), to suplementacja by się przydała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z leków na receptę to tylko Calperos Osteo, ale on zawiera też witaminę D, więc trzeba ją wtedy zredukować (tu przybijam piątkę, bo ja oczywiście też tylko Vigantoletten ;) ).

      Usuń
  6. Do niedawna nawet nie wiedziałam, kim jest Tati :P

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger