1/26/2018

Minimalizm w pielęgnacji ciała. Czego w ogóle nie potrzebuję i Ty najprawdopodobniej też nie.



W ankiecie na fejsbukowym fanpage’u Kosmeologiki zapytałam Was niedawno o to, czy wolałybyście by tematy związane z minimalizmem poruszać „blokowo” (seria wpisów o ubraniach, potem kolejne serie o innych dziedzinach życia) czy jednak je przeplatać i prawie jednogłośnie wygrała propozycja przeplatania ich między sobą. Więc zanim podzielę się z Wami opisem mojej garderoby wiosenno-jesiennej, opiszę dzisiaj moje przemyślenia na temat tego jak mało moim zdaniem potrzeba by mieć w pełni wypielęgnowane ciało bez arsenału buteleczek w łazience i góry produkowanych śmieci.




Zanim przejdę do rzeczy ustalmy sobie jedno: o ile nie zaznaczam inaczej, piszę tutaj o przeciętnej konsumentce ze skórą o przeciętnych potrzebach. Jeśli masz jakiekolwiek problemy, na które opisane tutaj podejście to za mało, to absolutnie nie biczuj się myślą o tym. W wyznawanym przeze mnie zdrowym podejściu do minimalizmu (esencjalizmie) chodzi o to, żeby mieć w sam raz tyle ile potrzebujesz, a nie posiadać konkretną ilość jak pięć, dziesięć czy piętnaście kosmetyków.



Ciało pod prysznicem


Nie potrzebujemy: brania kąpieli w wannie; pianotwórczych płynów i soli do kąpieli, musujących tabletek, bomb i innych gadżetów tego typu; zestawu myjek, gąbek i szczotek na każdą okazję; więcej niż jednego żelu pod prysznic/mydła; drogeryjnych peelingów.

Co zamiast?


Mimo, iż wanny dumnie prężą się zarówno w moim domu rodzinnym, jak i w mieszkaniu przyjaciółki u której pomieszkuję, w ciągu ostatnich dwóch lat wzięłam w nich kąpiel zamiast prysznica jeden raz: z okazji ostatnich urodzin urządziłam sobie domowy rytuał hammam. I to tyle. Tu muszę podkreślić, że prysznic jest oszczędniejszy niż wanna tylko jeśli bierzemy go w wersji szybkiej! Jeśli zrobimy jak Sylwusia i prysznic zajmie nam pół godziny, to naturalnie zużyjemy mnóstwo, mnóstwo wody.

Jeśli chciałybyśmy jeszcze dodatkowo zmniejszyć ilość zużywanej przez nas wody, to jest mnóstwo kroków, które możemy podjąć i to, czy motywuje nami ekologia czy oszczędność w ostatecznym rozrachunku nie ma większego znaczenia: hajs się zgadza, a sumienie czystsze niż u fanów wanny pełnej wody.

Jeśli nie kąpiemy się w wannie, to automatycznie odpada nam pokusa kupowania pachnących soli, płynów do kąpieli i różnych innych bajerów, na które wydajemy pieniądze, marnujemy miejsce i przez które produkujemy odpady.

Trzymając się szybkiego prysznica w dalszym ciągu możemy podejmować kolejne świadome decyzje dotyczące tego, co faktycznie jest nam potrzebne. Myślę, że większości z nas potrzebne będzie jakieś akcesorium, dzięki któremu nie tylko spienimy nasz żel czy mydło (zużywając ich dzięki temu mniej), ale też po prostu dokładniej oczyścimy skórę, a przy okazji wręcz przeprowadzimy codzienny peeling.

Ja dość długo byłam fanką gąbek, a konkretnie antycellulitowego modelu Syrena. Cierpię na rogowacenie okołomieszkowe i mocne szorowanie pozwala ten problem nieco ograniczyć, a tylko ta gąbka jest naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ mocna! Jej „miękka” strona jest jak szorstka powierzchnia standardowej gąbki, a jej strona „ostra” to prawdziwy hardkor. Miałam jednak na uwadze, że regularnie wymieniając tę gąbkę produkuję dużo plastikowego odpadu i uwierało mnie to. Dodam też, że ta super ostra strona rzeczywiście peelingowała bardzo skutecznie, ale z drugiej strony wręcz „rysowała” moją suchą skórę i z przyjemnością odkryłam coś równie efektywnego, a jednak delikatniejszego.


Ten nawilżający żel pod prysznic z tołpy jest suuuper!


Miałam to szczęście, że kiedy zamówiłam na III roku studiów moją pierwszą rękawicę kessa, w sklepie Helfy mieli model, który okazał się po prostu niezniszczalny: mam ją i używam do dziś! Regularnie piorę ją w pralce i leci nam piąty rok. Nie wykluczam, że może teraz peelinguje nieco gorzej: siłą rzeczy nie mam możliwości porównania jej do nowego produktu, a zmiana (jeśli nastąpiła) była tak powolna i stopniowa, że dla mnie niezauważalna. Pomału rozglądam się za nową tak żeby mieć i to porównanie, i dodatkowy egzemplarz do wzięcia na przykład w podróż, więc modlę się o znalezienie czegoś równie świetnego i trwałego!

Taka kessa w ciągu pięciu lat pozwoliła zaoszczędzić (mi i planecie) około piętnastu plastikowych gąbek i pewnie niezliczonych opakowań różnych peelingów i scrubów do ciała. Dla mnie są one dzięki niej praktycznie zbędne! Ale okej, przyznam, że są sytuacje, kiedy jakoś mam ochotę poszorować się jakimiś drobinkami, zwłaszcza latem, po jakichś wyjazdach.


Przykładowa kessa do kupienia na przykład tutaj (dzięki!).



W takiej sytuacji z pomocą przychodzą nam domowe peelingi do ciała. Zacznijmy od tego, że wszelkie plastikowe mikrogranulki są ogromnym problemem dla wodnych ekosystemów i ja po prostu nie kupuję takich produktów, a i Was proszę o to samo <3 Po drugie, nawet oparte o jakieś naturalne ścierniwo peelingi z drogerii (tak, nawet produkty super-hiper-eko-bio-marek kosmetyków naturalnych) to bezsensowne plastikowe butelki czy słoiki, a nierzadko jeszcze jakaś kretyńska folijka, blaszka czy kartonik.

Dlatego ogromnie zachęcam do robienia w takich sytuacjach własnego peelingu z tego, co mamy pod ręką. Ja jestem na maksa pragmatyczna, więc najczęściej biorę fusy po kawie z kawiarki i mieszam je po prostu z odrobiną żelu pod prysznic, bo nie czuję potrzeby przygotowywania osobnego produktu, który będzie czekał w łazience na zużycie. Ale to wynika z tego właśnie, że ja na bieżąco złuszczam naskórek kessą i peelingi robię sporadycznie: pewnie wiele z Was ma inne potrzeby i wtedy słoiczek na własnoręcznie wykonane cudo przyda się na pewno!

Przepisów na własnej roboty peelingi znajdziecie w internecie naprawdę mnóstwo. Tu podlinkuję kilka pierwszych z brzegu: piernikowy, gruszkowy, rajski, z soli i siemienia lnianego, kakaowy. Ale zaręczam, że jak parę razy zrobi się coś samodzielnie to przepisy przestają być potrzebne i peelingi robią się właściwie same. Dlatego poza jednym jedynym peelingiem ujędrniającym nie wrzucałam tu nigdy moich własnych receptur ;)

Jeśli już przy myjadłach jesteśmy, to spójrzmy prawdzie w oczy: jedno nam wystarczy. Ja wiem, że te wszystkie limitowanki Isana, Balea, Cien i tak dalej mają takie cudowne zapachy, ale wiem też jak to się potem kończy: pięć otwartych żeli, zużywanych w pośpiechu żeby zdążyć przed upływem terminu ważności, więc wylewanych na dłoń/gąbkę w podwójnej ilości i zwyczajnie marnowane…

Jako posiadaczka bardzo suchej skóry zwracam uwagę przede wszystkim na to, żeby żel oparty był o łagodne detergenty, bo już sam prysznic czy kąpiel wysusza skórę – chcę więc, by użyty do tego kosmetyk nie pogłębiał mojego problemu. Jeśli kupuję żel sama to w 9 przypadkach na 10 kupuję zawsze ten sam: dużą butlę dziecięcego myjadła Babydream Kopf-bis-Fuess, o którym pisałam na blogu milion razy. Ale są i inne żele, które przewinęły mi się przez łazienkę i opisałam już kiedyś pięć najfajniejszych łagodnych myjadeł do ciała. Obecnie mam świetny nawilżający żel pod prysznic Tołpa, który dostałam na blogerskim spotkaniu.


Żel na który aktualnie się czaję do kupienia na przykład tutaj (dzięki!).





Pielęgnacja przed i po: nawilżanie, depilacja, ochrona przed potem


Z tego co zauważyłam, większość moich koleżanek nie musi używać balsamu do ciała po każdej kąpieli i to jest super! Rzadsze używanie = mniejsza produkcja opakowań do wyrzucenia. Tutaj ponownie: prawie każdej z nas jeden balsam do ciała wystarczy w zupełności. Wiem, prawda boli, ale tak właśnie jest.

Dla tych z nas, które nie mają bardzo konkretnych potrzeb, świetnym ekologicznym sposobem na odżywienie skóry ciała będzie oferta marki Organique, która pozwala kupować ich mieszankę opartą o masło shea na wagę. Jeśli nasze opakowanie umyjemy i będziemy po prostu na bieżąco uzupełniać, zużyjemy jeszcze mniej plastiku <3 A że masło shea działa na skórę cudownie to nie muszę chyba mówić. Przypomnę też, że te masła z Organique występują z dodatkiem różnych kompozycji zapachowych, więc nie jesteśmy skazane na identyczny produkt do końca życia: raz możemy pachnieć piżmem, a następnym razem kupić masło o zapachu greckim :)




Depilacja jest problemem bardziej złożonym, bo w przeciwieństwie do rezultatów „wanna vs. prysznic”, „gąbki vs. kessa” czy „balsam do ciała vs. masło shea” (gdzie opcje minimalistyczne są nie gorsze, a często wręcz lepsze niż tradycyjne), każda z nas może odpowiadać na różne metody depilacji w baaardzo odmienny sposób i tutaj kierowanie się samym minimalizmem może po prostu pogorszyć nasz wygląd i samopoczucie.

Dlatego poniżej owszem, wymienię „minimalistyczne” (ekologicznie i ekonomicznie oszczędne) metody depilacji, ale zanim się na którąś zdecydujemy i tak musimy o nich poczytać, a często i wypróbować na własnej skórze.

Najbardziej minimalistycznym sposobem usuwania owłosienia jest moim zdaniem pasta cukrowa, którą robi się samodzielnie z cukru, wody i soku z cytryny. Możemy ją też kupić albo dodatkowo usprawnić proces przez zakup specjalnego podgrzewacza-aplikatora.

Ex aequo umieściłabym epilację laserową, która w ogóle jest bardzo eko: urządzenie stoi w gabinecie kosmetycznym, a my jako klientki po serii zabiegów mamy święty spokój. Ja zrobiłam sobie w ten sposób pachy w Une Belle Peau w Gdyni i jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z efektów.

Na trzecim miejscu umieściłabym depilatory. To urządzenie to zakup na lata! Mój poprzedni Philips Satinelle HP 2843/00 dostałam jakoś przed rozpoczęciem liceum i do dziś go mam, a sprzęt działa. Dla wygody wymieniłam go na Philips Satinelle HP6423/00 z różnymi przydatnymi końcówkami, a stary model jest w moim rodzinnym domu na wypadek gdybym to tam chciała zrobić sobie małe spa ;)

Oczywiście najgorszym generatorem odpadków jest golenie się maszynkami jednorazowymi. Nawet gdy użyjemy ich po kilka razy, wymiana jest dość częsta i choćby w skali roku oznacza stos plastiku, o specjalnych piankach do golenia i produktach na podrażnienia nie wspomnę.




W kwestii dbania o ochronę przed potem ja jestem ogromną zwolenniczką antyperspirantów i blokerów. Mam dość intensywne tempo życia i w związku z tym bez nich po prostu się pocę, więc nawet najskuteczniejszy dezodorant to dla mnie za mało: liczy się dla mnie nie tylko brak brzydkiego zapachu, ale i sucha skóra.

Do niedawna byłam fanką jednej konkretnej serii antyperspirantów (Garnier Mineral z zielonymi zakrętkami), ale jadąc na wakacje w ciepłe kraje sprawiłam sobie bloker Ziai i przepadłam. Nie dość, że jest on jeszcze skuteczniejszy, to jego szalona wręcz wydajność przekłada się na praktycznie zerową produkcję śmieci. Blokera zaczęłam używać regularnie pod koniec lipca, a mam go jeszcze spokojnie z pół opakowania. W tej samej jednostce czasu zużyłabym co najmniej kilka zwykłych antyperspirantów w atomizerze czy kulce. Na wszelki wypadek dodam jeszcze, że jest to produkt raczej trudny w obsłudze i na pewno nie dla każdego, ale dla mnie mimo wszystko plusy bez dwóch zdań przeważają nad minusami.


Bloker do kupienia na przykład tutaj (dzięki!).


Opcją równie wydajną dla fanów dezodorantów będzie oczywiście kryształ ałunu. Używany codziennie wystarczy spokojnie na rok, więc poziom zminimalizowania produkowanych odpadów jest bardzo porównywalny.


Ałun do kupienia na przykład tutaj (dzięki!).



Z tym kremem na początku się nie polubiłam, teraz mi się sprawdza, słowem: dziwak. Jeszcze go testuję.


Pielęgnacja stóp


Przetestowałam w życiu naprawdę wiele różnych produktów do stóp i z mojego doświadczenia wynika, że wszelkie sole i peelingi są produktami zbędnymi. Pierwsze możemy zastąpić zwykłą kuchenną solą gruboziarnistą (z garścią ziół albo kroplą olejków eterycznych jeśli lubimy), a drugie tym samym co peelingi do ciała.

Systemem, który dla mnie na ten moment najlepiej łączy skuteczność z wydajnością są regularnie stosowane skarpetki złuszczające zestawione z codziennym smarowaniem stóp dobrym kremem oraz pumeksowaniu ich porządnym pumeksem, który wystarczy na lata. Wszelkim plastikowym tarkom, które trzeba wymieniać praktycznie co miesiąc mówię stanowcze „nie”. Moim ideałem jest marokański stempel z gliny, który jest nie tylko fajnym, naturalnym akcesorium, ale też najzwyczajniej w świecie najlepszym zdzierakiem do pięt z dziesiątek różnych jakie testowałam.

Sporo testów przeprowadziłam też ze skarpetkami złuszczającymi i na chwilę obecną skarpetki L’biotica nie mają sobie równych. Stosuję je dwa razy w roku (jesienią i wiosną) i mam wrażenie, że za każdym razem efekt jest trochę lepszy. W międzyczasie co drugi dzień stosuję wspomniany stempel do pięt, a co noc smaruję stopy kremem wciąż poszukując ideału. Nie potrzebuję do tego specjalnych, pięknie wyglądających białych bawełnianych skarpetek (na które, wstyd się przyznać, dałam się naciągnąć w przeszłości)! Zgodnie z zasadą 3xR używam w tym celu starych skarpet, które nie nadają się już do noszenia na co dzień. Ewentualne przetarcia czy dziurki ceruję, a „cholewkę” skarpetki obcinam by podczas snu nic mnie nie uciskało.


Najlepsze złuszczające skarpetki ever do kupienia na przykład tutaj (dzięki!).


Nie mam większego doświadczenia z produktami typu zasypki czy dezodoranty do stóp, ale podkreślam: jeśli mamy problemy z potliwością czy przykrym zapachem w tej okolicy, to jest to zupełnie inna sytuacja. Wtedy te kosmetyki nie są zbędnym bajerem kupionym „bo był na promocji”, a środkiem higieny i to jako uzasadnienie zakupu powinno nam wystarczyć.

Podsumowanie


Wydaje mi się, że w dzisiejszym tekście nie zawarłam żadnych wstrząsających odkryć. Zrobiłam jednak, jak sądzę, bardzo długą listę rzeczy, które po zsumowaniu na przykład w skali roku dają nam ogromną górę plastiku złożoną z gąbek, tarek do pięt, jednorazowych maszynek, opakowań po płynach, solach i innych bajerach do kąpieli, żelach pod prysznic/mydłach, peelingach, balsamach do ciała, piankach do golenia, antyperspirantach czy dezodorantach, solach i innych produktach do stóp; a dodatkowo litrów chemikaliów i mikrogranulek trafiających do ekosystemów oraz zmarnowanej wody.

Nikt nie musi stosować wszystkich zaproponowanych przeze mnie rozwiązań. Zastosowanie już kilku z nich to wiele, a jeśli potrafimy z czasem motywować się do coraz bardziej zaangażowanego podejścia, to jest już wspaniale <3

I chciałabym podkreślić: jeśli pełna piany i soli kąpiel w wannie to Twoja najukochańsza forma relaksu i moment tygodnia, na który czekasz z wytęsknieniem, nie rezygnuj z tego. Zrezygnuj za to z czegoś innego, co będzie dla Ciebie mniejszym wyrzeczeniem. Takie przemyślane, świadomie wprowadzane zmiany zamiast unieszczęśliwiać potrafią dać wiele radości wynikającej choćby z satysfakcji, że robisz coś dobrego dla środowiska. Możesz też zmotywować się odkładaniem do skarbonki drobnych kwot ilekroć powstrzymałaś się przed zakupem kolejnej zbędnej pierdoły i co jakiś czas nagrodzić się czymś fajniejszym, może na przykład spotkaniem z kulturą na które normalnie poskąpiłabyś sobie pieniędzy?

Przed publikacją przewijam sobie ten tekst i robię rachunek sumienia sama przed sobą co mogłabym zrobić inaczej. Mam na sumieniu małe grzeszki: przede wszystkim moje prysznice nie są zbyt krótkie (spędzam dużo czasu myjąc moje gęste i coraz dłuższe kudły); zamiast masła shea używam drogeryjnych balsamów do ciała bo skóra z rogowaceniem mieszkowym potrzebuje nie odżywienia, a wysokich dawek mocznika... ale czuję się w tych kwestiach usprawiedliwiona. Jeśli komuś się to nie podoba, to trudno – będę z tym żyć ;) Wiedzcie jednak, że ja Was nie osądzam i chciałabym poprosić Was o szczere wypowiedzi w komentarzach: co robicie, co mogłybyście zacząć, a co jest dla Was kompletnie nierealne i dlaczego. A może macie swoje patenty pasujące do dzisiejszego tematu?

Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze,

Ania


51 komentarzy:

  1. :) Mądry wpis. Tyle w temacie.
    Mam dwa pytania - zaciekawiła mnie informacja, że w Oranique można kupić balsam na wagę... Przybliż temat albo proszę podrzuć link, bo to dla mnie nowość :)
    Czy epilacja laserowa to efekt trwałego usunięcia owłosienia, czy trzeba będzie za jakiś czas przypomnieć włosom zabieg i już do końca będziesz miala spokoj w pachami?

    Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!

      W każdym sklepie Organique w jakim byłam stoi rząd pojemników z masłem do ciała, którego skład to ok. 60% masło shea + prawie 40% płynnych olei (sezamowego, migdałowego, ...) + odrobina kompozycji zapachowej - ja pamiętam co najmniej sześć różnych, ale to się zmienia i nie jestem na bieżąco ;)

      Za pierwszym razem kupujemy masło w sklepowym opakowaniu (pojemność do 200 ml), a następnie możemy je tylko uzupełniać kupując kolejne porcje masła.

      Ja z tego za bardzo nie korzystam, bo moja skóra potrzebuje bardziej nawilżenia i rozmiękczenia niż odżywienia i natłuszczenia, ale koleżanki którym to poleciłam bardzo sobie chwalą, a mój brat (masażysta) lubi na tym pracować. Więc moim zdaniem jest to świetna opcja do rozważenia :)

      Aha, przed publikacją tekstu na szybko zadzwoniłam do jednej z gdańskich filii sklepu żeby upewnić się, czy ta oferta jest dalej aktualna! ;D

      Epilacja laserowa (mówię tu o laserze diodowym) daje tak zwany efekt trwałej redukcji owłosienia. Czyli wiele włosków nie odrasta, a część owszem, ale po bardzo długim czasie. U mnie efekt jest super (na oko połowa włosków nie odrosła w ogóle, a minęły już prawie dwa lata), więc chciałabym kiedyś zrobić kolejną serię zabiegów i zobaczyć czy udałoby mi się je zredukować jeszcze bardziej :)

      Usuń
  2. Mój zestaw do ciała:
    - łagodny żel pod prysznic (ale rozsmarowuję go dłońmi, za leniwa jestem na jakieś rękawice i gąbki;))
    - fusy po kawie i olej z kuchni (najlepiej oliwa, czasem dodaję też olejek zapachowy do ciasta, jeżeli chcę, żeby peeling był taki fancy; zresztą fotki już zrobiłam, niedługo o moim peelingu DIY napiszę na blogasku) - peeling 1-2 razy w tygodniu
    - coś do smarowania - ostatnio najbardziej lubię krem do rąk Yope w opakowaniu z pompką, bo nadaje się też ekstra jako balsam do ciała! Czasem też używam olejku (a oliwa z kuchni z olejkiem do ciast np. migdałowym jest naprawdę ekstra :P). No i używam też kremu do rąk do smarowania stóp, nie potrzebuję specjalnego kremu do stóp. Mam słabość do ładnie pachnących maseł i balsamów do ciała i regularnie takie kupuję, choć ostatnio królował krem do rąk Yope jednak :)
    - antyperspirant (ale gdy siedzę w domu używam też ałunu).

    Marzę o takim depilatorze na światło! ♥♥ Na razie używam gotowych pasków z woskiem oraz kremu do depilacji, a raz na ruski rok też jednorazówki.

    A testowałaś już kamień peelingujący? Ja nie moge się doczekać, aż go wypróbuję, ale czekam aż się na stałe przeprowadzę i rozgoszczę się w nowej łazience :D

    Wanny nie mam, a jeśli za kilka lat będę miała to pewnie będę używać raz w roku, bo milion razy bardziej wolę szybki prysznic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajny zestaw! Daję okejkę ;D Ja to w ogóle mam małego bzika i bez użycia jakiejś gąbki/myjki/czegokolwiek czuję się, jakbym w ogóle się nie wykąpała xD

      Z depilatorem na światło chodzi Ci o urządzenie do IPL? :)

      Kamienia nie testowałam :D Jak wiesz, mam takowy, ale ciągle się boję, że będzie strasznie ostry i go wyrzucę, więc zastanawiam się czy go komuś nie podarować :)

      Usuń
    2. Ania jak cos to mozesz go mi podarować :D. Ja niestety nie mogę używać tego blokera Ziai :( pachy były całe czerwone i piekace, dużo osób na kwc miało po nim to samo :(

      Usuń
  3. Ja ciągle staram się ograniczyć ilość wody wylewanej pod prysznicem, ale tak mi nie idzie, że szok. A faktycznie najwięcej czasu zajmuje mycie włosów... Miałam już takie do bioder, ostatnio obcięłam i jest lepiej (pisałam pod Twoim poprzednim postem), ale nadal to na tym tracę najwięcej czasu. A kosmetyki już same się do mnie kleją ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego ja cieszę się bardzo, że mogę myć swoje spokojnie trzy razy w tygodniu :)

      Usuń
  4. Aniu, czy pisałaś już kiedyś o pielęgnacji skóry z rogowaceniem okołomieszkowym, a jeśli tak, to czy mogłabym prosić o podesłanie linka ;)? A jeśli podobny wpis jeszcze nie powstał, to czy masz taki w planach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie pisałam, ale zdecydowanie mam zamiar! Ale wciąż testuję różne metody i ich kombinacje, bo chciałabym żeby to był wpis-petarda, a nie powielanie tego co już wszędzie jest ;) Więc może jakoś bliżej wiosny/lata...

      Usuń
    2. Borykam się z tym samym, kiedyś myślałam, że to jakieś uczulenie, chwilowe podrażnienia, niesterylna maszynka itp., ogólnie - że to ja coś robię źle. Nawet kiedyś miałam jakąś robioną na receptę miksturę apteczną od dermatologa, ale poza doraźnym, odrobinę szybszym gojeniem podrażnień, nic to nie dawało. Po długim researchu i dużą dozą silnej woli pogodziłam się z tym, że już taki mój urok.

      Nie da się nic zrobić z samą tą przypadłością, ale każdą radę, jak zapobiegać jej efektom, przyjmę z radością, więc czekam na twój wpis, będzie dla mnie chyba najważniejszy na blogu <3

      O jak zazdroszczę dziewczynom, które mogą sobie po prostu przelecieć nogi maszynką (bądź czymkolwiek) i voila! - gładka skóra. One nas nigdy nie zrozumieją ;)

      Najlepsza metoda, jaką znam, została wygrzebana przez mojego empatycznego męża z czeluści Internetu, mianowicie z jakiegoś amerykańskiego forum, wątek na temat tego, jak golą się gwiazdy porno. Wiem, sounds weird, ale chyba w tej branży faktycznie muszą znać się na rzeczy ;)

      Najpierw peeling, potem oliwka, na oliwkę KREM do golenia (koniecznie męski, taki w tubie, polecam Nivea Sensitive), potem lecimy maszynką (też męską, jak najwięcej ostrzy!), zmywamy, następnie przecieramy wacikiem nasączonym spirytusem salicylowym, a na koniec wklepujemy talk (zasypka dla niemowląt z Babydream jest tu super).
      Wyjątkowo wymagające, dlatego niezbyt często stosuję, ale efekt jest WOW!! I podrażnienia praktycznie nie występują, więc warto.

      Usuń
    3. Mnie pomogła zmiana depilacji. Prawie 2 lata śmigam do salonu w Gdańsku na depilację. Robią tylko to, mają swoje autorskie woski. Do depilacji uzywają jednorazowych szpatułek i używają bawełnianych pasków, nie fizelinowych. Do tego mają autorkie serum, balsam i masła oraz preperat, kiedy włoski wrastają. Obowiązkowo dzień przed robię peeling (fusy z kawy z cukrem i olejem kokosowym). Generalnie peening zawsze na propsie.
      Tyle, że to moje doswiadczenia a ja mam upierdliwą skórę, bo mi często Hashi miesza.

      Usuń
    4. Kurczę, no to teraz musisz nam napisać co to za magiczne miejsce :D

      Usuń
    5. Żadna tajemnica, tylko nie wiedziałam czy mogę - Time for wax. W Trójmieście są 2: w Gdańsku i w Gdyni.

      Usuń
  5. Napisałaś, że bloker Ziaji jest raczej trudny w obsłudze. Czaję się na niego od jakiegoś czasu, mogłabyś wyjaśnić dlaczego moze sprawiać jakies trudności? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stężenie soli glinu jest w takim produkcie bardzo wysokie, a sam produkt przez to bardzo drażniący. Może autentycznie poparzyć skórę (zdarzyło mi się, że w nocy obudził mnie ból i pieczenie rozpalonej żywym ogniem skóry...). Porażki wynikały z moich błędów (a nie z tego, że to zły produkt). Aha, możliwe jest też zniszczenie jakiegoś ręcznika albo piżamy :D

      Usuń
  6. Co do wanny to ja się nie dam namówić na prysznic :) jestem wielka fanką i maniaczka kąpieli, oczywiście nie wyleguję się w wannie codziennie, ale jest to dla mnie odkocznia od dnia codziennego, uwielbiam taki sposób relaksu i wyciszenia się wieczorem, bo bardzo ciężki dniu, które miewam niestety prawie codziennie.
    uwielbiam umilacze do kąpieli i one muszą dla mnie pachnieć i coś wnosić np. natłuścić ciało tak jak olejki czy moje ulubione płyny z Avonu.
    Tyle, że ja nie jestem zero waste zbytnio :)

    Co do mnie to też nie mam czasu i nie lubię robić swoich mieszanek kosmetycznych, zdecydowanie jestem wierna gotowym produktom :) na składy też specjalnie nie patrzę chyba, że mi zależy na konkretnym składniku i wyłącznie dla niego 'go' kupuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam inne podejście, ale Twoje też rozumiem. Pięknie pisze o tym Bogusia na swoim fanpage'u:
      https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1562154780506509&id=486498131405518&ref=m_notif&notif_t=group_activity

      Ważne jest, by być w stanie zrobić cokolwiek, by mieć otwartą głowę i czasem dopuścić do siebie to, co w pierwszej chwili może wydawać się nie dla nas. Ja w ogóle nie jestem zero waste, ale staram się wprowadzać tyle ile mogę i myślę, że fajnie jest móc o tym szczerze napisać i może kogoś tym zainspirować. Im nas więcej tym lepiej! :)

      Usuń
  7. Na rękawice kessa po prostu nalewasz żel i myjesz się czy do tego akcesorium trzeba stosować odpowiednie środki kosmetyczne lub metody aplikacji?
    Taka prosta rzecz, a nie pomyślałam jaki koszt roczny to maszynki moje i męża, chyba zainteresuję się alternatywami, które pokazałaś.
    Uwielbiam delikatne żele mam inny rodzaj tego z tołpy i jest świetny! Jak odstawiłam balsamy(zwykle produkty o orygialnie innym przeznaczeniu które się nie sprawdziły i chciałam szybciej zużyć) za radą męża, zauważyłam że ich nie potrzebuję- bez peelingu i balsamu moja skóra sama się unormowała. Czasem trzeba dać sobie szansę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak jak mówisz. Jeśli nie wysuszamy skóry agresywnym żelem, długim moczeniem się w wannie i tak dalej to często różne dodatkowe produkty okazują się zbędne. Piona dla męża!

      Można używać jej tradycyjnie, z savon noir, ale ja już wiele, wiele lat używam jej najnormalniej, z żelem pod prysznic :) I piorę ją w pralce, dorzucając do ciemnego prania :D

      Usuń
  8. Ja od dwoch lat używam do mycia ciała i twarzy mydła Aleppo. Uzywam go tez zamiast pianki do golenia. Niestety nie sprawdziło się do mycia włosów.zamiast peelingu mam rękawicę kessa.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nareszcie ktoś napisał, że nie zawsze prysznic jest oszczędniejszy niż kąpiel w wannie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Podobnie, jak pisałam ostatnio u Bogusi, ogromnie podoba mi się Twoje zrównoważone podejście. Tzn. proponujące różne rozwiązania w nienachalny sposób :).
    Odnośnie wanny - od kilku lat mam tylko prysznic i powiem szczerze, że czasami bardzo tęsknię za wylegiwaniem się w cieplutkiej wodzie :( Codzienne kąpiele u rodziców faktycznie były trochę nie na miejscu, ale najbardziej marzę o tym, by mieć jedno i drugie :D Na co dzień prysznic, raz na jakiś czas wanna. Próbowałam przebrnąć przez Sylwusię, ale nie dałam rady, przepraszam :P Na co dzień faktycznie biorę szybki prysznic. Tzn. nawet, jeżeli spędzam tam 10 czy 15 minut, to faktyczny czas lania wody jest krótki. Bo moczę włosy, zamykam wodę. Myję je, ale w tym czasie woda nie leci. Spłukuję, zamykam. Nakładam odżywkę, puszczam wodę tylko na sekundkę by opłukać dłonie. Namydlam ciało podczas, gdy woda nie leci. I tak w kółko, tzn. korzystam z wody tylko w tych momentach, w których jej potrzebuję, a nie podczas całego pobytu pod prysznicem :).
    Syreny nie cierpię z całego serca i po 2 użyciach na ciele, zużyłam ją do mycia kabiny prysznicowej, dla mnie jest stanowczo za ostra. Korzystam z myjki, moją ulubioną miało Ecotools, ale już jest nieuchwytna, CHLIP. Lubię duuuuuże myjki, a wszędzie są takie mini :P. Kessa z Organique jest fajna, polecam :) Ale nie używam jej jako zwykłej myjki, tylko jako peeling raz na jakiś czas. Dla mnie jest stanowczo za ostra na co dzień, nie dam rady ;(. Fajnie, że wspominasz o plastikowych granulkach w peelingach. Kiedys nie zdawałam sobie z tego sprawy, dziś też unikam. Odnośnie depilacji, od lat używam golarki elektrycznej, ale bardzo pragnę depilatora ;) Nie używam maszynek, bo mnie podrażniają. Ze stopami nie robię prawie nic :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ja na umycie ciała to zużywam maleńko wody, bo postępuję dokładnie tak jak Ty. Ale żeby moje włosy w ogóle zmoczyć (!) potrzeba jej już bardzo dużo, potem spłukiwanie szamponu - tragedia, a na końcu jeszcze maski - też mnóstwo. Także może powinnam we wpisie doprecyzować, że sporo wody zużywam nie zawsze, a tylko gdy myję kudły, ale już nie chciałam tak gmatwać wchodzeniem w detale ;D

      Dzięki za cynk o kessie z Organique, może właśnie na tę się skuszę! :)

      Usuń
  11. Ha ha ha z kąpieli w wannie rezygnować nie mam zamiaru, ale o innych pomyślę :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja mam pytanie odnośnie używania preparatu z witaminą C rano pod filtr. Czytając różne blogi, napotkałam się na opinie, że witamina C szybko się ulatnia pod wpływem światła i nie ma sensu jej stosować rano, tylko powinno się wieczorem, ponieważ wtedy skóra lepiej ją wykorzysta. Co o tym myślisz?Ja od dobrych kilku lat stosuje preparaty z wit. C rano pod filtry i w sumie teraz już sama nie wiem co jest lepsze, dlatego chciałabym poznać Twoje zdanie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko dać tu krótką odpowiedź, ale spróbuję się streszczać ;D

      Witamina C się nie "ulatnia" tylko jest niestabilna, to znaczy że po otwarciu kosmetyku z nią szybko delikatnie zmienia konformację cząsteczkową i przestaje działać. Ale to dotyczy przede wszystkim jednej z bardzo wielu postaci witaminy C, to znaczy kwasu L-askorbinowego.

      Jest wiele postaci stabilniejszych i wtedy ten problem który opisujesz odpada w ogóle.

      Natomiast ja trzymam się serum z tą właśnie postacią, bo za jej działaniem i aktywnością jest najwięcej dowodów. Dlatego wybieram produkt w którym stabilizuje ją kwaśne pH kosmetyku oraz ochrona przez butelkę z ciemnego szkła, do tego trzymam ją w lodówce.

      Tak więc rano właśnie witamina C pod filtr to najlepsze co może być :)

      Usuń
    2. Dziękuję za odp. Właśnie po Twoich recenzjach zamówiłam serum Liq w weesji light z wit C z apteki Dbam o zdrowie, przy czym można zaoszczedzić na kosztach wysyłki, ponieważ odbiór w wybranej aptece DOZ jest bezpłatny:) Nie rezygnuje więc z serum z wit. C na dzień bo też uważam, że to dobre połączenie z filtrami, ale jak się naczytam nieraz opinii innych to już sama nie wiem co lepsze i stać moje pytanie do Ciebie:)

      Usuń
    3. Też często zamawiam w DOZ z tym darmowym odbiorem ;) Czasem bardziej opłaca się wybrać tańszą aptekę i kupić kilka rzeczy (nawet grupowo), a czasem droższą ale za to właśnie blisko domu ;)

      Usuń
  13. Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego postu! Jutro go udostępnię na facebooku niech się wieść szerzy! ;) Ja się staram brać szybkie prysznice, ale nie zakręcam wody podczas namydlania ciała, bo lubię jak mnie woda smyra z rana i budzi w ten sposób:) Żeli używam bardzo mało, do włosów najczęściej mydło i jedna odżywka/maska na rok. Do tego mam maszynkę wielorazową do golenia, tylko żyletki muszę co jakiś czas wymienić i używam piani do golenia w spadku po mężu, który zapuścił brodę już ponad rok temu. Mam też ipl philipsa o którym wkrótce napiszę więcej na swoim blogu,bo to już 3 miesiące odkąd go używam, więc warto na tym etapie podzielić się wrażeniami.
    Do stóp mam jakąś tarkę, ale przydałaby się nowa, może taki kamień jak Ty masz? Skarpetki złuszczające mnie osobiście wkurzają, za długo to wszystko trwa.
    Rękawice Kesse mam z Organique, ale przyznaję, że czasami grzeszę i kupuję jakiś gotowy zdzierak o naturalnym składzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A polecasz tę kessę? Basia w komentarzu wyżej mnie do niej zachęciła, a jestem ciekawa też Twojej opinii :)

      Usuń
  14. Bardzo fajny artykuł, Aniu. Ja w sumie od lat mam podejście mocno minimalistyczne w kwestii kosmetyków. Szamponu używam tego samego (leczniczego, na bazie oleju konopnego), więc tu mi odpada myślenie. Jeszcze z czasów berlińskich mam przyzwyczajenie do jednego dezodorantu, który też chciałam Tobie polecić. Zaskoczyło mnie trochę to, że polecasz antyperspiranty i blokery, wydaje mi się, że nie jest to najzdrowsza opcja, a używanie ich tylko pogarsza sytuację (z mojego osobistego doświadczenia). Odstawiłam antyperspiranty jakieś 8–9 lat temu, to był trudny proces i pierwsze tygodnie zapach nie był zachęcający. Ale – o, dziwo! – po jakimś czasie przeszło i teraz o wiele rzadziej mam takie nieznośne sytuacje. Dezodorant, którego używam, jest produktem niemieckim. W Polsce można go kupić np. na allegro, choć w o wiele wyższej cenie niż w Niemczech. Nazywa się Speick i jest w takim półprzezroczystym sztyfcie. Pachnie pięknie ziołami i jest bardzo delikatny dla skóry. Mogę używać go bezpośrednio po goleniu i działa on wtedy jak balsam.

    Z innych kosmetyków, to ja ogólnie trochę mam na bakier z dbaniem o siebie, i robię to od przypadku do przypadku, brakuje mi regularności (acz, przyznam, że Twój blog mnie bardzo inspiruje do zmiany w tym zakresie). Balsamu do ciała nie używam prawie nigdy, ale też nie biorę prysznica codziennie, lecz myję „strategiczne” i wymagające tego miejsca. Pod prysznicem zużywam absolutnie minimalną potrzebną ilość żelu (żele to coś, co za każdym razem kupuję inne, bo lubię zmieniać zapachy), więc dzięki temu skóra się nie przesusza, a żelu wystarcza na długie tygodnie.

    Teraz od dłuższego czasu nie zajmowałam się moimi stopami (ale też bardzo dużo chodzę boso, w lecie także po ogrodzie, więc im służy, jak ta skóra nie jest taka do końca mięciutka), ale moja Babcia nauczyła mnie swojego rytuału dbania o stopy. Zaczyna od wymoczenia ich w ciepłej wodzie (stawia sobie obok miski czajnik z wrzątkiem i w razie potrzeby dolewa) z szarym mydłem. Potem właśnie taką fajną tarką / jakby pilnikiem i/lub pumeksem usuwa ten zrogowaciały / zgrubiały naskórek, nakłada krem i na to skarpetki. Chyba wrócę do tego, bo to naprawdę przyjemne. :-)

    Mam też bardzo mało kosmetyków do twarzy (nie licząc kolorówki): tonik Ziaja (którym uwielbiam się rano budzić, bo jest w aerozolu i pięknie pachnie), jakiś płyn micelarny (teraz na drogę kupiłam sobie b. fajną miniaturkę tołpy), brakuje mi obecnie kremu do twarzy i pod oczy – do nadrobienia.

    Do włosów, oprócz szamponu, mam jeszcze odżywkę i olejek. Ale ostatnio robiłam maskę z oliwy z żółtkiem i efekty były powalające. :)

    Mam też jeszcze taki peeling do twarzy delikatny z Neutrogeny o obłędnym grapefruitowym zapachu, ale już mi się trochę znudził… No i tak, jak mówisz, w zasadzie nie jest to potrzebne…

    Z higienicznych, ale minimalistycznych rzeczy, to uwielbiam jeszcze pastę do zębów Ajona. Wiem, że to już nie pielęgnacja skóry, ale wciąż „tematy łazienkowe” ;-) A tę pastę gorąco polecam, bo jest miniaturkowa i zużywa się ją w ilości ziarenka soczewicy na jedno mycie zębów. Wystarcza na bardzo bardzo długo. :)

    Bardzo „po mojemu” jest taki minimalizm. Kiedyś miałam znacznie więcej kosmetyków, ale już wiem, że to niepotrzebne. Podobnie mam zresztą z tzw. „chemią”, czyli różnymi detergentami do mycia. Odkąd wiem, że wystarczy woda z octem lub podobny środek do bardzo wielu rzeczy, prawie nic nie kupuję. :)

    A właśnie, jeśli chodzi o nadmierne owłosienie – od lat jestem wierna maszynce elektrycznej dla kobiet. Nie depilatorowi właśnie, tylko maszynce. Swoją mam około 7 lat, więc chyba mój eko-ślad jest całkiem spoko. Dla mnie to niezwykle praktyczna metoda i błyskawiczna. Świetnie się również sprawdza na wyjazdach. Ale laser pod pachami czy na nogach kusi… Na pewno w swoim czasie obadam i tę metodę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzekoma szkodliwość antyperspirantów czy blokerów to mit. Oczywiście, jak nas podrażnią czy uczulą to co innego - to może zrobić praktycznie każdy kosmetyk ;) Ale nie ma żadnych przesłanek na to, żeby "uniemożliwiały detoks", "powodowały raka piersi" czy o co tam jeszcze się je oskarża. Co do nasilania problemu - to już kwestia indywidualna. Wiele razy próbowałam przerzucić się na dezodoranty i to jest po prostu opcja wybitnie nie dla mnie. Ale oczywiście mogę totalnie wyobrazić sobie, że nie każdy będzie antyperspiranty lubił ;)

      Dzięki za dużo fajnych patentów! :D

      Usuń
  15. Kochana wszystko jest super i wielu rzeczy też używam według Twojego schematu. Mam tylko problem z żalem do higieny intymnej. Nigdy nie wiem co wybrać. Możesz coś doradzić? Wiesz chodzi o pielęgnację, nawilżanie itp. Coś lekkiego na codzień ale skutecznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem ciekawa Ani odpowiedzi – od kilku lat zrezygnowałam z żeli do higieny intymnej na poczet wody i w większości wypadków to absolutnie wystarcza. Ale wiedza na ten temat w międzyczasie mogła się zmienić, więc może czegoś ciekawego się dowiem :)

      Usuń
    2. Ja jakiś czas temu przerzuciłam się z samej wody na szare mydło. Ale chyba jednak wrócę do wody - wówczas nie miałam kompletnie żadnych problemów, a teraz bywa różnie (niegdyś, przy stosowaniu wszelakich żeli do higieny intymnej było najgorzej - nigdy więcej!).
      Też jestem ciekawa waszych opinii!

      Usuń
    3. Na pewno odradzam wszelkie zasadowe środki, czyli przede wszystkim wszystkie mydła - w tym mydło szare. Ja wiem, że ono ma prosty skład i nie podrażnia, ale to w przypadku higieny intymnej jest tylko jedną stroną medalu: tą, którą widzimy "na co dzień". Ale jest jeszcze druga strona, którą zobaczymy "w przyszłości", to znaczy dbanie o pH, które w przypadku tych okolic uważam za kluczowe! Bo dziś po mydle jest "w naszym odczuciu" dobrze, jutro też będzie, ale w końcu możemy zaburzyć proporcje swojej fizjologicznej mikrobioty na tyle, że skończy się infekcją.

      Więc idealnie jest szukać środka o niskim pH (dlatego ja polecam właściwie wyłącznie produkty przeznaczone do higieny intymnej, ewentualnie wodę) i po prostu o jak najkrótszym, najdelikatniejszym składzie.

      Sama już od kilku lat używam praktycznie tylko żeli Facelle z Rossmanna, bo mają właśnie takie króciutkie składy. Pisałam o tym kiedyś tutaj:
      http://www.kosmeologika.pl/2015/06/oni-mnie-nie-zawodza.html
      Ale oczywiście, jeśli ktoś unika CB, ma uczulenie na aloes, rumianek czy jakikolwiek innych ich składnik to trzeba poszukać dalej.

      Fajne produkty ma też Sylveco/Biolaven/Vianek, a jak lubimy takie bardziej kremowe konsystencje to super opinie zebrał niedawno Lactacyd Precious Oil (nie miałam, ale widziałam, że skład jest mega).

      Usuń
  16. Bardzo mądre podejście! Ja jestem mistrzem szybkich pryszniców. Wyniosłam to z domu gdzie tata terroryzował nas jeśli chodzi o oszczedzanie wszystkiego. Efekt jest taki, ze wody zuzywam bardzo mało i dostaje szalu kiedy widze ze ktos leje wode na ful do umycia kubka lub odkreca niepotrzebnie przy myciu zeby. Kiedys wydawalo mi sie ze moje podejscie keat normalne, ale okazuje sie ze czasami przed znajomymi wychodze na dziwaka. Np. Gdy biore prysznic to najpierw lekko ochlapuje sie woda, zakrecam kran, namydlam sie, odkrecam i szybko splukuje. Koniec. I szczerze mowiac nadal nie rozumiem dlaczego takie zachowanie uznawane jeat za dziwne (ze zakrecam wode podczas mycia).
    Poza tum widze u siebie podobienstwa- kessa, peeling z kawy, jeden zel i balsam.
    Moje grzeszki? Zdecydowanje jednorazowe maszynki. Efekt niezbyt ladny (przy codziennym goleniu pojawiaja sie czerwone kropki i podaznienia), krotki, a ja w raz nie moge znalezc czasu i motywacji do zrobienia pasty cukrowej. Masakra! Marzy mi sie kiedys laser albo regularne wizyty u kosmetyczki, ale musialabym dostac jeszcze wiele podywżek w pracy zeby sobie na to pozwolic😃
    PrYznam szczerze ze kusi mnie czasem zakup kolorowego peelingu, ale jak na razie jeszcze nie uleglam.
    Co do wanny- u mnie w rodzinnym domu kapalam sie raz. I nie kojarzy mi sie to milo, bo moja lazienka zawsze byla w nieladzie i bylo tam zimno przez wadliwa wentylacje😃
    Kiedys do stup stosowalam pumeks, od niedawna mam tarke do stop i jestem zadowolona. Jak sie calkiem zetrze kupie sobie stempel😃
    Jedna rzecz, z ktora ciezko mi by bylo soe rozstac- gąbka. Bez niej zuzywa sie o wiele wiecej zelu. Kessa nie tworzy piany. Nie widze tu dobrego zamiennika standardowej gąbki za 2 zł...

    Ciesze sie Aniu ze sa blogerki, ktore pozwalaja nam nie zwariowac i przecinają droge konsumpcjonizmu. Jak czasami czytam ile kobiety maja kosmetykow to sie za glowe łapie. Wiecej wpisow w tym temacie poprosze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też generalnie oszczędzam wodę i podczas prysznica przez większość czasu jest zakręcona, ale jeśli myję też włosy to po prostu porażka :( W teorii mogłabym zaradzić temu przez ścięcie włosów, ale tu właśnie pojawia się dla mnie ta granica między zdrowym rozsądkiem a poświęcaniem dla ekologii WSZYSTKIEGO ;D

      Jeśli chodzi o pianę, to dla mnie problem nie istnieje, bo:
      1. te super łagodne żele których używam i tak bardzo słabo się pienią, nawet przy użyciu gąbki...
      2. ... co już dawno uświadomiło mi, że obecność piany to tylko psychologiczne przyzwyczajenie, z którym można zerwać. Jeśli próbowałaś kiedyś mycia włosów metodą kubeczkową albo jeszcze lepiej: mycia odżywką, to wiesz na pewno co mam na myśli :)

      Ale jeśli gąbka jest koniecznością, to wtedy najlepiej byłoby po prostu używać tych naturalnych. Oczywiście one też często pakowane są w jakieś !@#$%^&*(@!#$%^& foliowe opakowanka, ale są i takie bez :)

      Wpisów będzie na pewno więcej. Pozytywny odzew na ten właśnie tekst przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (bardzo bałam się go publikować). Ale widzę, że Wam się podoba, więc czuję się zagrzana do walki ;)

      Usuń
    2. Z tą pianą na pewno masz racje- zauważyłam do przy pastach do zebow ktore sie nie pienią lub nie są supermocno mietowe. Zawsze taka jakas niedomyta sie po nich czuje:) ale mimo wszystko gąbka pozwala na zużycie żelu w mniejszej ilości i jest to również zadanie piany- uczynic kosmetyk bardziej wydajny.
      Co do mycia włosów-
      Rozumiem doskonale. Mam łzs i nie moge na glowie zostawic nawet odrobiny szamponu. Aleeeee... Co roku chodze na pielgrzymki- brak biezacej wody przez 10 dni i na spokojnie daje rade umyc wlosy w jednej misce wody. Czary;)
      Jedna z dziweczyn trafnie stwierdzila ze warto kupowac mydla do mycia. Na pewno sprobuje, bo kocham mydla do twarzy:)
      Nie rozumiem dlaczego tak sie denerwowalas przed publikowaniem posta- jest swietny i przede wszystkim życiowy i przydatny:)

      Usuń
    3. Z tą pianą na pewno masz racje- zauważyłam do przy pastach do zebow ktore sie nie pienią lub nie są supermocno mietowe. Zawsze taka jakas niedomyta sie po nich czuje:) ale mimo wszystko gąbka pozwala na zużycie żelu w mniejszej ilości i jest to również zadanie piany- uczynic kosmetyk bardziej wydajny.
      Co do mycia włosów-
      Rozumiem doskonale. Mam łzs i nie moge na glowie zostawic nawet odrobiny szamponu. Aleeeee... Co roku chodze na pielgrzymki- brak biezacej wody przez 10 dni i na spokojnie daje rade umyc wlosy w jednej misce wody. Czary;)
      Jedna z dziweczyn trafnie stwierdzila ze warto kupowac mydla do mycia. Na pewno sprobuje, bo kocham mydla do twarzy:)
      Nie rozumiem dlaczego tak sie denerwowalas przed publikowaniem posta- jest swietny i przede wszystkim życiowy i przydatny:)

      Usuń
  17. Czy depilacja depilatorem jest bardzo bolesna (tego obawiam się najbardziej, łącznie z podrażnieniami!)? Jak szybko odrastają włoski po dłuższym stosowaniu? Jak wygląda sprawa z depilacją delikatnych miejsc? Zdecydowanie rozważam zakup! :)

    Świetny wpis, cieszę się, że często poruszasz kwestię ekologii - mam wrażenie, że edukacja i wiedza społeczeństwa na temat ochrony środowiska jest w naszym kraju na bardzo niskim poziomie. Niestety nierzadko niezależnie od wykształcenia i środowiska. Z bólem serca patrzę każdego dnia, jak bezrefleksyjnie produkuje się masę śmieci choćby u mnie w firmie. W mojej kamienicy nie ma nawet segregacji odpadów.

    U nas, na południu, niestety widać też inne aspekty tej społecznej beztroski - zanieczyszczenie powietrza. Kraków to bardzo ładne miasto, ale właśnie z tego powodu - nie zapraszam. I zazdroszczę stanu powietrza w Trójmieście! :)

    Liczę na kontynuację wpisów "dydaktycznych"! :D

    PS. A może by tak... Disqus? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, podpisuję się pod prośbą o Disqus <3 Zupełnie inna jakość powiadomień wtedy :)

      Usuń
    2. Ja personalnie nie cierpię Disqusa, dlatego na ten moment nie planuję wprowadzania go. Mam nadzieję, że mi wybaczycie ;)

      Co do depilatora: ja mam o tyle specyficzną sytuację, że była to moja pierwsza w życiu metoda depilacji. Rodzice kupili mi go pod choinkę jeszcze za czasów gimnazjalnych i przez te wszystkie lata zdradziłam go wyłącznie z pastą cukrową, a maszynki użyłam do nóg może ze dwa razy w życiu (co ciekawe, dosłownie w ciągu ostatniego roku).

      Więc mnie usuwanie owłosienia depilatorem nie boli. Ale wydaje mi się, że dla kogoś kto jest nieprzyzwyczajony na początku może być ciężko.

      Wnioskuję to po tym, że przez większość życia goliłam pachy maszynką i kiedy postanowiłam przerzucić się na depilator, było to niemożliwe xD W każdym razie nie z tym starym fioletowym Philipsem. Z nowym zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu się udało. Bardzo pomogło też to, że po laserze mam pod pachami mało włosów i usunięcie ich depilatorem zajmuje dosłownie chwilkę ;)

      Do okolic intymnych nie wyobrażam sobie go użyć, ale też trzeba zauważyć, że mam bardzo podstawowy model - te przybajerzone to pewnie zupełnie inna jakość. Za to mój ma praktyczne końcówki do skracania oraz przycinania tak przy samej skórze, one mi się w tych okolicach sprawdzają bardzo dobrze :)

      Dzięki za komentarz! :)

      Usuń
  18. Ja przerzuciłam się z żeli pod prysznic na mydło pakowane w papier. Starcza na bardzo długo i eliminuje problem plastikowych odpadków. W wersji "burżujskiej" polecam mydlarnię 4 szpaki (mydło melisa z dynią <3 najlepsze!), a w wersji ekonomicznej hipoalergiczne mydło Barwy. To drugie starte na płatki służy mi też jako proszek do prania i działa bardzo dobrze. Fajnie, że piszesz o ekologii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety w kwestii "mocy" detergentów mydła są niestety po tej ostrzejszej stronie i dlatego wolę łagodne żele i emulsje, mimo iż są niestety w tych plastikowych opakowaniach. Ale do rąk jak najbardziej! Dzięki za polecenie :)

      Usuń
  19. Ja mam wypośrodkowane podejście w tej kwestii ;) Używam dwóch żeli pod prysznic na raz - jeden jest w kosmetyczce na siłownię, drugi w łazience. Staram się żeby miały naturalny skład, bez silnych detergentów.
    Obecnie stosuję gąbkę typu "Syrenka", ale na rękawicę czaję się od jakiegoś czasu...Chyba rzeczywiście ją sobie sprawię :) Oprócz tego stosuję peelingi od Organic Shop i mimo plastikowych opakowań - nie mogę sobie ich odmówić tym bardziej, że zużywam jeden na kilka miesięcy :)
    Z kąpieli od czasu do czasu korzystam, ale kąpię się w...siarczanie magnezu :) Nie pamiętam kiedy ostatnio kupowałam lub używałam płyn do kąpieli lub jakieś kule xD
    Balsam mam jeden w kosmetyczce na siłownię a w domu i tak najczęściej korzystam z oliwek. Oba wystarczają na kilka miesięcy.
    Pięty złuszczam sprzętem od Sholl'a. Skarpetek złuszczających już nigdy nie użyję i jestem ich totalną przeciwniczką ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś przeciwniczką, bo u Ciebie nie działają czy uważasz je za w jakiś sposób szkodliwe? A jak Ci się sprawdza ten aparat od Scholla? Wiele razy się nad nim zastanawiałam!

      Usuń
    2. Uważam, że są szkodliwe a jeśli masz mocne nerwy i akurat nic nie jesz to zobacz w tym poście co mi się po takim zwykłym spotkaniu ze skarpetkami porobiło --> https://hairwitchproject.blogspot.com/2016/05/krwawa-historia-pewnych-skarpetek.html
      Ostatni fragment chorego paznokcia obcięłam pod koniec ubiegłego roku. "Zabawa trwała" zatem przez dwa lata.
      I ostatnio dowiedziałam się, że nie ja jedna podobnie zostałam poszkodowana.
      A aparat Scholl jest spoko :) Łatwy w użyciu, szybko wykonuje robotę i...dokładnie :)

      Usuń
    3. Rany Julek, jaka masakra!!! Miałaś wcześniej skarpetki innej firmy czy to były Twoje pierwsze?

      Usuń
  20. Myślę, że jako zwolenniczka niemarnowania (nie wiem, czy masz tak samo z kolorówką) dogadałabyś się z tym forum: reddit.com/r/panporn :D
    Wiele zmieniło w moim podejściu do kosmetyków kolorowych, niestety parę lat temu popłynęłam śledząc blogi kosmetyczne i zużywam część kosmetyków do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
  21. Niestety także grzeszę w kontekście zużywanej wody podczas mycia włosów. Ale od jakiegoś czasu myję włosy nad miską, a zbierającą się tam wodę wykorzystuję później do mycia podłogi lub spłukiwania toalety. I już jakoś lżej na sercu ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger