7/17/2017

Dlaczego z ziołami dla zdrowia i urody łączy mnie szorstka miłość? Natura cię nie (zawsze) wyleczy.




Kiedyś na tym blogu o ziołach pisałam całkiem sporo. Jak wiele osób świeżo „nawróconych” na świadomą pielęgnację, początkowo zachłysnęłam się kosmetykami naturalnymi i podzieliłam wszystkie możliwe produkty na „naturalne = dobre” i „chemię”, czyli zło. Jak się pewnie domyślacie, był to dla mnie wyjątkowo krótki etap przejściowy. Najpierw nauczyłam się rozumieć chemię zamiast odrzucać ją w całości oceniając przez pryzmat najgorszych jej przykładów. Wtedy założyłam bloga, a podczas pogoni za ciągłym poszerzaniem wiedzy moje oczekiwania wobec „dobrej” natury zostały bezlitośnie zweryfikowane.


Dziś chciałabym przekazać Wam chociaż część moich przemyśleń na temat stosowania ziół w medycynie i kosmetologii. I chociaż pod wieloma względami będę wobec nich krytyczna chciałabym z całą mocą podkreślić, że ziołolecznictwo (fitofarmakologia, fitoterapia) to gałąź medycyny i stosowane przez profesjonalistów jest potężnym narzędziem. Dlatego tak strasznie ciśnienie podnoszą mi wszelkiej maści domorośli znachorzy i szarlatani tak zwanej medycyny alternatywnej, którzy popisują się w tym temacie spektakularną wręcz niewiedzą i brakiem krytycyzmu. Oto podstawowe mity i przekłamania, które moim zdaniem są najczęstsze i prowadzą do kompletnego braku zrozumienia czym ziołolecznictwo w ogóle jest.


przykro mi, ale...

Organizm nie wie, jaka jest różnica między sztucznym a naturalnym.


Niby taka oczywista rzecz, a jednak jest ona pierwszym problemem jaki przychodzi mi na myśl zwłaszcza gdy myślę o zwolenniczkach naturalnej pielęgnacji. Prawda jest jednak taka, że komórki naszego ciała nie myślą, nie rozumują i w żaden inny sposób nie odróżniają substancji sztucznych od naturalnych.

Jeśli Anna zrobi sobie napar z kory wierzby białej (która zawiera naturalne salicylany będące pierwowzorem leku: kwasu acetylosalicylowego), a Joanna weźmie tabletkę aspiryny, nie będzie tak, że ciało Anny powie „mmm, super, wierzba rosnąca w ogródku babci!”, a ciało Joanny „fe, chemia, koncerny farmaceutyczne i Big Pharma” ;)

Musimy sobie uświadomić, że „naturalność” nie jest wartością samą w sobie. Z pewnością ma wiele zalet (jak choćby środowiskowe: myślę, że tłoczenie olei roślinnych jest bardziej ekologiczne niż produkcja nowoczesnych, niekomedogennych emolientów), ale nie jest to nic o konkretnym przełożeniu na jakość porównywanych preparatów. Traktowanie „naturalności” per se jako karty przetargowej nie ma sensu. Przypomnijmy sobie co jeszcze jest „nienaturalne”: dbanie o higienę, cesarskie cięcie i chirurgia w ogóle, lodówki i metody konserwowania jedzenia, noszenie okularów czy aparatów ortodontycznych... Czy naprawdę powinniśmy „naturalność” traktować jako wyznacznik tego, co jest dobre, a co złe?



„Kiedyś to leczono tylko ziołami i było dobrze!”


Nie, nie było. Nie będę wnikać w to, które „kiedyś” miały na myśli tysiące osób argumentujące w ten sposób unikanie „chemii”, bo może być to zarówno prehistoria (na topie jest przecież dieta paleo), średniowiecze, jak i czasy stosunkowo niedawne – ostatecznie ogromny odsetek odkryć przemysłu (chemicznego, spożywczego, medycznego, farmaceutycznego) to kwestia ostatnich kilku dekad. Więc pozwolę sobie tylko przypomnieć jak było sto lat temu:

Top 10 Causes of Death: 1900 vs. 2010

Aż się serce kraje. A chciałabym przypomnieć tylko, że rok 1912 był najzdrowszym według dostępnych ówcześnie danych („the healthiest of which there is any record”). Także nie wiem jak Wy, ale ja jestem bardzo, bardzo wdzięczna, że w 1928 roku Alexander Fleming odkrył pierwszy antybiotyk i za cały postęp, który doprowadził nas do punktu w którym jesteśmy teraz.



Zioła nie szkodzą, nie można ich przedawkować...


Zioła są lekami, a więc mają działania niepożądane, skutki uboczne, ryzyko przedawkowania oraz – co bardzo ważne – ryzyko interakcji z innymi przyjmowanymi przez nas lekami. Dokładnie tak jak leki są one metabolizowane przez naszą wątrobę i nerki, mogą więc być hepato- i nefrotoksyczne, a o nefropatii ziół chińskich wspominałam już w moim tekście na temat -> suplementów.

Takie najbardziej podstawowe przykłady działań niepożądanych przykładowych ziół znajdziecie w tabelce tutaj, a nieco bardziej szczegółową listę po angielsku tutaj. Warto pamiętać że do działań niepożądanych należy wliczać też wszelkiego rodzaju uczulenia i nietolerancje! I tak na przykład powszechnie stosowany na alergie i podrażnienia rumianek to częsty alergen, więc u pechowych osób może wręcz osiągnąć efekty przeciwne do zamierzonego.

Z tego powodu przyjmowanie ziół trzeba konsultować z lekarzem lub farmaceutą, a dodatkowo poczytać choćby ostrzeżenia producenta na opakowaniu. Powinno być to szczególnie ważne dla kobiet w ciąży i karmiących oraz u osób przyjmujących już jakieś leki. Zioła bowiem mogą zarówno nasilać, jak i osłabiać ich działanie, co może być właściwie nieodczuwalne, a może być i skrajnie zagrażające życiu.

I ostatnia, dla mnie bardzo ważna rzecz. Modne jest obecnie samodzielne zbieranie ziół i własnoręczne przetwarzanie ich (napary, odwary, maceraty itp.), także na pożywienie czy kosmetyki. Wizja, nie ukrywam, ogromnie kusząca: ja, wiklinowy koszyk, wycieczka do lasu wraz z poranną zorzą, ścinanie ziół srebrnym sierpem niczym druidka... no, można się rozmarzyć. Ale... jest jedno ale. Skąd wziąć zioła, które nie będą skażone opryskami, spalinami, moczem zwierząt, jajami tasiemców czy innymi pasożytami? Oczywiście, można pewnie ziółka opłukać w domu wodą, ale przecież nie sparzymy ich wrzątkiem ani nie obierzemy ze skórki tak, jak robimy to z warzywami. Zadawałam to pytanie na wielu zielarskich blogach oraz lekarzom na zajęciach z parazytologii, medycyny zakaźnej oraz medycyny morskiej i tropikalnej i nigdy nie udało mi się uzyskać satysfakcjonującej odpowiedzi. Raz nawet odpisano mi:

O tej porze roku już trochę późno na zbiory, ale z takimi uprzedzeniami i tak raczej ciężko będzie podejść w ogóle do medycyny naturalnej. Jedni widzą tylko dobre rzeczy, inni tylko te złe :)

Wiecie co? To ja chyba jestem jakaś dziwna, że po pierwsze chcę nie szkodzić, a dopiero na drugim miejscu bawić się w zielarkę. Oczywiście jeśli macie dostęp do własnych ziół za które ręczycie głową, to pozostaje mi jedynie zazdrościć! A póki co wolę zadowolić się ziołami z apteki (polecam Kawon, ale też Herbapol i Flos-Lek). Przypomnę bowiem, że wiele ziół:
  • należy zbierać nie tylko w odpowiedniej porze roku...
  • ale nawet o konkretnej porze dnia...
  • w dobrym miejscu czy...
  • w określony sposób
... i nie zawsze jest to wiedza powszechnie dostępna dla każdego, kto postanowi sobie danego dnia coś pozyskać bez uprzedniego gruntownego przygotowania merytorycznego. Dodatkowo poszczególne gatunki i podgatunki wielu roślin (szczególnie na przykład mięty czy melisy) są do siebie tak podobne, że nie licząc ścisłego grona ekspertów o pomyłkę i zbiór czegoś bezwartościowego jest naprawdę łatwo.



Czy zioła są bardziej skuteczne niż „chemia” (kosmetyki, farmaceutyki)?

 Nawet jeśli są w ekstrakcie...


Za nami już trzy strony tekstu, a ja dopiero dochodzę do tego, co uważam za kluczowe dla zrozumienia czy i jak zioła działają na nasze organizmy oraz w jaki sposób stosowane są w kosmetykach.

Wyobraźmy sobie zioło X. To może być absolutnie cokolwiek, od pospolitego nagietka po unikatowe liście manuka. Jeśli zrobimy z niego wyciąg, to znajdzie się w nim cały koktajl najróżniejszych substancji takich jak alkaloidy, antrachinony, flawonoidy, garbniki, glikozydy, gorycze, kumaryny, olejki eteryczne, pektyny, saponiny, śluzy oraz witaminy i ich prekursory.

Moją przykładową rośliną będzie -> wierzbownica drobnokwiatowa, o której już kiedyś pisałam. Oto, co drzemie w tym zielu według strony doktora Różańskiego:


Omawiane rośliny zawierają: kwas ursolowy, beta-sitosterole, stigmasterole, taniny, kwas 2-alpha-hydroxy-ursolic acid  leaf  kwas 2-alpha-3-beta-dihydroxy-ursolowy, silne fitoncydy (oenotheiny - oenothein A, B), alfa- i beta-amyrynę, n-nonacosan, seksangularetynę (sexangularetin), kwercytrynę, kwercetynę (glikozyd),  chanerozan, chanerol, taniny chamaenerionowe (chamaenerium tannin), myricetin-3-o-beta-d-glukuronid, mirycetynę, kwas oleinowy, kwas oleanolowy, stearynowy, kwas oleinowy, kwas palmitynowy,  kwas nonadecanoinowy, mirystynowy kwas,  linolenowy i linolowy kwas,  kwas laurowy,  kempferol,  kwas chlorogenowy,  kampesterol.


Każda ze składowych ekstraktu może mieć inne (a nawet przeciwstawne) działanie, ba! mogą zachodzić między nimi rozliczne oddziaływania które prowadzą do ujawnienia się efektów, które nie pojawiłyby się przy stosowaniu ich rozdzielnie.

Na przykładzie mojej wierzbownicy, oenotheina ma działać przeciwzapalnie, a już kwas linolowy należy do „prozapalnych” kwasów omega-6.


Trzeba też pamiętać, że skład ekstraktu z rośliny będzie bardzo często różnił się w zależności od tego na jakiej glebie ona rosła i w jakich warunkach się to odbywało, jak została pozyskana i jak ją przetworzono.

Nie mam przykładu z wierzbownicą, ale mam ciekawostkę: uważane za dobre źródło selenu orzechy brazylijskie są tu idealnym przykładem, bo te hodowane na ubogich w selen glebach Brazylii (sic!), Boliwii i Ekwadoru mają w sobie o wiele mniej tego pierwiastka niż orzechy z Kolumbii czy Peru.

Tak więc mamy nasz ekstrakt z zioła X, mieszankę różnych substancji o nieznanych nam proporcjach. Dla producentów wielu suplementów czy kosmetyków tu zakończy się jego droga. Teraz wystarczy wlać go do kremu albo zamknąć w kapsułkach, ładnie opakować i sprzedać jako produkt naturalny, a więc „dobry”: bo natura, bo nieszkodliwy, skuteczny, no cudo. Szkoda tylko, że według najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli badania laboratoryjne suplementów diety zlecone przez NIK wykazały, że wiele suplementów nie wykazuje cech deklarowanych przez producentów. O kosmetykach to nawet nie wspomnę.

Oczywiście, nie zawsze musi to tak wyglądać. Istnieje bowiem proces nazywany standaryzacją ekstraktu, który może wyglądać dwojako:


  • „koncentracja” wyciągu do momentu uzyskania odpowiedniego stężenia substancji czynnych. Jest to metoda tańsza i prowadząca zwykle do uzyskania niższego w porównaniu z drugim sposobem stężenia „głównej” substancji czynnej, ale z drugiej strony: ekstrakt taki oferuje nam w zasadzie pełen wachlarz składników całego koktajlu jaki pierwotnie uzyskaliśmy; 
  • standaryzacja na konkretną substancję, przez którą możemy uzyskać preparat o wysokim stężeniu jednego głównego alkaloidu, antrachinonu, flawonoidu itp. Z drugiej strony: proporcje innych, towarzyszących mu składników ulegają wówczas zaburzeniu.



Idąc tropem ekstraktu z wierzbownicy drobnokwiatowej, wyciąg z jej ziela występuje na przykład w suplemencie diety o nazwie Prostaceum. Jednak jego ulotka informacyjna sugeruje moim zdaniem, że o ile użyte w nim ekstrakty z pestek dyni czy palmy sabałowej były standaryzowane (odpowiednio na betasitosterol i kwasy tłuszczowe), o tyle wierzbownica już nie...

Tutaj ważna informacja: w przeciwieństwie do suplementów, w lekach wyciągi roślinne są standaryzowane. Wyjątkiem bywają substancje, gdy Farmakopea dopuszcza pominięcie tego kroku: dzieje się to na przykład w sytuacjach, gdy nie udało się zidentyfikować konkretnej substancji czynnej jako odpowiedzialnej za dany efekt terapeutyczny. Ale w pozostałych przypadkach: kupując, dajmy na to, syrop tymiankowy mamy pewność, że użyty do niego wyciąg miał określone stężenie substancji czynnej (tymolu). Syropy tymiankowe różnych marek mogą różnić się od siebie ilością ekstraktu w 100 g syropu albo obecnością i rodzajem substancji pomocniczej (w syropie Prolab nie ma ich wcale, a w syropie Hasco mamy wodorotlenek  amonowy 10% w etanolu), ale sam ekstrakt będzie najwyższej, bo farmaceutycznej jakości.

Ekstraktów jakości niższej używa się do celów weterynaryjnych, paszowych, spożywczych i, a jakże! kosmetycznych. Będę tu jednak uczciwa, że są od tej reguły wyjątki: w kosmetykach Sylveco mamy w składzie nie mglisty „ekstrakt z liścia brzozy” a betulinę, a na przykład w sklepie Mazidła wiele oferowanych wyciągów to preparaty standaryzowane. Za takie podejście należą się oklaski. Niestety, należy ono do rzadkości.

... to dalej chyba nie.


Miałam pisać o tym czy zioła są skuteczne, a póki co cały czas wałkuję temat ich obecności w naszym ziołoleczniczym preparacie czy kosmetyku... No cóż, mam nadzieję, że zgodzicie się ze mną, że żeby zioło działało, musi najpierw w stosowanym przez nas produkcie BYĆ. Ale teraz parę słów o samej skuteczności.

Parę lat temu naukowcy przeanalizowali dostępne publikacje naukowe na temat tysiąca ziół. Okazało się, że tylko z użyciem 156 z nich przeprowadzono testy kliniczne (czyli takie na ludziach). Połowę roślin zbadano jedynie przez testy przedkliniczne (in vitro na komórkach oraz na zwierzętach), 20% już tylko przez badania fitochemiczne, a na temat 12% roślin nie było żadnych konkretnych dowodów. Twarde dowody znaleziono za to na toksyczność lub alergenność pięciu z ziół... Najwięcej dowodów skuteczności było z kolei za moim ukochanym prawoślazem <3 oraz nagietkiem, wąkrotą azjatycką, jeżówką purpurową, męczennicą cielistą (passiflorą), granatem, żurawiną, borówką i kozłkiem lekarskim (walerianą).

Czy brak badań klinicznych dowodzi braku skuteczności tych pozostałych ośmiuset ziół? Oczywiście, że nie. Ale czy powinniśmy mieć go na uwadze? Cóż, tak mi się mocno wydaje, zwłaszcza jeśli chcemy stosować zioła zamiast (a nie: oprócz) leków/kosmetyków, albo jeśli w planach mamy użycie czegoś z niezaufanego źródła lub po prostu drogiego.


MIT: To, co nienaturalne to chemia.

PRAWDA: Wszystko jest chemią, do jasnej anielki.


https://xkcd.com/435/

Kiedy słyszę, że „fuj, coś tam jest napakowane chemią” to wiem, że możliwe są dwa scenariusze. Czasem mówi się to w formie skrótu myślowego, na przykład gdy mówca oświadcza że świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy smakuje mu bardziej niż Coca-Cola. Częściej jednak słyszę to w formie argumentu przeciwko użyciu kosmetyku z drogerii albo leku z apteki, ponieważ są przecież alternatywy lepsze – bo naturalne. Tak, jakby one chemią nie były.

Tymczasem wszystko co nas otacza to chemia. Tak, także te parzone zawzięcie herbatki ziołowe. Ten hydrolat oczarowy ze sklepu z półproduktami. To soczyste jabłko, które zaraz ugryziesz. Czy wiesz, że zawiera ono E306, E160a, E300 czy E101? Zawiera, bo to po prostu witaminy: odpowiednio E, A, C i B2.

Jeśli jakieś ziółko DZIAŁA, to znaczy, że jest w nim substancja CHEMICZNA za to odpowiedzialna – być może nawet niejedna. A jeśli tam jest, to poza działaniem pożądanym może przynieść nam efekty zgoła nieoczekiwane (czasem pozytywne, czasem negatywne). Ja apeluję jedynie o zdrowy rozsądek.

Stuprocentowo naturalna pielęgnacja...


W pielęgnacji skóry kurczowe trzymanie się wszystkiego, co naturalne może w najgorszym razie doprowadzić do dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest zdrenowanie portfela z pieniędzy.


W komentarzach dość często dostaję pytania o analizę składów ekstremalnie moim zdaniem drogich kosmetyków – nawet i takich po 300 zł za krem. Zaglądam w INCI i widzę: oleje, ekstrakty roślinne, witaminy, nawilżacze, jakiś ekologiczny konserwant. O takich składach zwykłam mawiać, że są ładne i zielone: faktycznie nieszkodliwe, faktycznie naturalne, tak jak opisuje to producent. Ale kiedy zerkam w deklarowane działanie kosmetyku mina często mi rzednie... Gdyby kosmetyk wymazywał zmarszczki, parę stówek to pewnie żadna kwota. Ale oleje, wyciągi i witaminy tego NIE zrobią, o czym wysmarowałam obłędnie długi -> artykuł o naturalnej pielęgnacji przeciwstarzeniowej.


Drugim problemem z uporczywym trzymaniem się naturalnej pielęgnacji jest... utrata szansy na zdrową skórę. Osobiście głęboko wierzę, że naturalną pielęgnacją można „ogarnąć” wiele skórnych problemów, zwłaszcza w połączeniu ze zmianą stylu życia. Ale już nawet średni i ciężki trądzik to choroby, których nie da się wyleczyć mydłem Aleppo i olejkiem herbacianym. Niestety.

... i stuprocentowo naturalne leczenie.


Gdzie by tu zacząć? Tak naprawdę to materiał na cały osobny tekst. Jeden wstępny (o tym, że nie masz pojęcia o ludzkiej biologii – i nie ma w tym niczłego!) już kiedyś się tu ukazał i może kiedyś napiszę tu coś więcej o szarlatanach. By nie powielać treści od innych fantastycznych pogromców zdrowotnych mitów mogłabym skupić się na skórze – co Wy na to?

Ale myślę, że już teraz wypadałoby napisać coś, co nikogo chyba nie zaskoczy – nie, ziołami nie można zastąpić całej konwencjonalnej farmakoterapii. Oczywiście, inaczej będzie to wyglądało u osoby bez chorób przewlekłych (która może podleczyć przeziębienie jeżówką, kaszel syropem prawoślazowym, a dla zdrowia łyknąć antyoksydantów w owocach lub tabletkach z ich wyciągiem), a inaczej u osób wymagających konkretnej terapii w której zioła mogą być istotnym uzupełnieniem.



Jak mądrze stosować zioła?


W medycynie

Niestety, ziołolecznictwo dostało się w szpony pseudonauki, a ta nie chce puścić. Szum informacyjny wokół ziół jest w tej chwili taki, że na moje oko przeciętny Kowalski nie ma możliwości odróżnienia co jest godne uwagi, a co nie. Oczywiście można podejmować próby dawania wskazówek (Pepsi Eliot między bajki, polska Farmakopea jako rzetelniejsze źródło wiedzy), ale to jednak grząski grunt, a dodatkowo obarczony ryzykiem przeoczenia na przykład ważnej informacji o interakcji.

Teoretycznie ideałem powinno być znalezienie lekarza, który interesuje się ziołolecznictwem i potrafi to robić w oparciu o naukę, a nie pseudo-naukę. Z doświadczenia wiem jednak, że graniczy to z cudem. A przynajmniej ja wśród lekarzy-zielarzy znam jedynie naturopatów, czyli tych, którzy zeszli na Ciemną Stronę Mocy i mimo ukończenia studiów medycznych „leczą” homeopatią albo innymi pomiotami medycyny alternatywnej. Niestety, ziołolecznictwo w ich wykonaniu ma tyle wspólnego z nauką, co Jerzy Zięba z medycyną.

Co nam pozostaje?


Ja osobiście polecam konsultację z... farmaceutą. A konkretnie z magistrem farmacji (nie technikiem!!!) i to najlepiej młodym. Na farmacji nauki o naturalnych lekach jest MNÓSTWO: botanika, farmakognozja, biofarmacja, leki pochodzenia naturalnego, a nawet bromatologia to tylko niektóre z przedmiotów realizowanych na tym kierunku. Więc jeśli macie możliwość zapytać o radę młodą farmaceutkę, to będzie Wasz najlepszy strzał.

Pozostałych zachęcam po prostu do ograniczenia się do stosowania ziół powszechnie dostępnych w aptekach i to w ramach tego, co na ich temat pisze producent. Albo to, albo poszukiwania nader rzadkiego zjawiska jakim jest ogarnięty w temacie fitoterapii lekarz. I tu, bardzo ważne: jeśli takiego znacie lub kiedyś poznacie, zobowiązuję Was wszem i wobec do podzielenia się informacją o tym. Każdy, kto dotrwał w lekturze aż tutaj, będzie Wam dozgonnie wdzięczny.

W pielęgnacji


Ponieważ dwa podstawowe negatywne skutki trzymania się naturalnej pielęgnacji omówiłam chwilę temu, tu będę miała tylko kilka krótkich przykazań:

1. Trzymaj się zaleceń producenta.

3. Jeśli Twój problem skórny jest naprawdę poważny, pogódź się z myślą, że potrzebna będzie Ci konsultacja z lekarzem.
4. Jeśli oczekujesz od kosmetyku bardzo konkretnego działania, przeanalizuj jego skład lub poproś kogoś o pomoc jeśli sama zupełnie tego nie potrafisz. Wskazówka: zacznij od przepisania INCI do analizatora CosDNA, o tutaj!

Na koniec chciałabym polecić Wam zajrzenie do zakładki „Zioła” (klik!) i przejrzenie moich tekstów na ten temat. Szczególnie -> ten o mojej apteczce ilustruje jak ja wyobrażam sobie racjonalne podejście do ziół i jak może to po prostu wyglądać w praktyce.

Mam nadzieję, że artykuł się Wam podobał! Już tradycyjnie, przy tych nad którymi się wybitnie napracowałam (a ten do nich należy choćby ze względu na objętość prawie 9 stron, o wyszukiwaniu źródeł itp. nie wspominając) chciałabym prosić Was o pomoc w jego dotarciu do wszystkich czytelników. A więc dajciekciuka w górę na fejsie TUTAJ, a najlepiej udostępnijcie ten tekst znajomym :)

Ściskam!

Ania

15 komentarzy:

  1. Z ziołami jak z 'chemia': umiar i bez przesady + zapoznanie sie z tematem. Mnie najbardziej bawi: naturalne to nie uczuli. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow jaki ciekawy artykuł, aż mi się przerwa kawowa przedłużyła a jeszcze chciałam do odsyłaczy zajrzeć. Racjonalne podejście to podstawa, nie rozumiem dlaczego ludzie tak lubują się w skrajnościach:). Na szczęście są takie blogi i blogerki takie jak Ty, które ciągną na tą racjonalną ścieżkę wszystkich, którzy odeszki za daleko :p.
    Ps. Bardzo dziękuję za odpowiedź o olejowaniu na blogu Anwen. Jesteś niesamowita.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow, obszernie, kawa mi wystygła :P "Ale już nawet średni i ciężki trądzik to choroby, których nie da się wyleczyć mydłem Aleppo i olejkiem herbacianym. Niestety." Mój ulubiony fragment, chyba też najlepiej ukazuje mój stosunek do tematu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem prawie pewna, że to parafraza czegoś, co napisała kiedyś u siebie Ziemolina z bloga Kosmostolog! Ale za nic nie umiałam tego u niej wyszukać, więc może przeczytałam coś w ten deseń gdzie indziej :)

      Usuń
  4. Ach, ta wstrętna H2O! Fuj, chemia! :D Ja osobiście wolę naturalne kosmetyki ale to dlatego, że moja skóra kiepsko reaguje na te drogeryjne. No i wolę jak emolient robi coś więcej oprócz natłuszczania. Kiedy robię sama to jednak wolę ekstrakty niż zaparzanie ziół, mam wtedy poczucie, że tych dobroci jest więcej. Na chłopski rozum, skoro ekstraktu wystarczy pare kropli, a naparu całą szklankę to lepiej ekstrakt. Już pomijając te zanieczyszczenia oczywiście.
    Odkąd się przeprowadziłam, nie mogę znaleźć żadnej polanki z dala od drogi więc rzadko zbieram. Głównie kiedy jestem u mamy. Ma strasznie duży ogród, nikt w okolicach niczym nie pryska więc mam większą pewność, że mogę używać. Chociaż nie odważyłabym się wypić takich ziółek. Traktuję zioła jak leki (chociaż gdyby mi ktoś powiedział, że mam wyrzucić tabletki przeciwbólowe i swoje leki na astmę i zastąpić je ziołami to bym go wyśmiała) więc jeśli mam je pić to muszą być sprawdzone. I nie rozumiem jak można je pić jak wodę.
    Kiedyś widziałam post dziewczyny, która piła z pięć rodzajów ziół i pytała co jeszcze powinna pić żeby mieć piękną cerę. Zaznaczyła przy tym, że się nie zna na ziołach. Jak tak pomyślę ile jest takich osób, które coś tam przeczytają i biorą jak leci... to przykre, że panuje taka ignorancja "bo natura".

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mądry wpis. Ale słodki jeżu, ten wykres przyczyn śmierci zostanie mi w głowie na zawsze!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Sporo jest do nauczenia się w tej dziedzinie dlatego ja podchodzę do ziół ostrożnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj Aniu!
    Świetny post, dziękuję. Włożyłaś w niego mnóstwo pracy.
    Ja fanką naturalnych kosmetyków nie jestem. Lubię je ale niektóre "chemiczne" też bardzo dobrze działają. Myslę ze umiar we wszystkim jest najważniejszy.
    Mam do Ciebie pytanie. Jkais czas temu otrzymałam od koleżanki króta przesrtawiła sie na naturalne i wegańskie kosmetyki tą serię
    http://bielenda.pl/serie/neuro-glicol-vit-c

    Mam krem na dizeń i na noc i serum. Darowanemu... :):) Postawiłąm kosmetyki do lodówki i wczoraj je ponownie dojrzałam. Myslisz że w okresie jesiennym mozna je zastosować? Glicol to chyba dość mocny środek? Sama nie iwem co mam z nimi zrobić?

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham tę serię! Sama stosuję to serum, a moja mama oraz współlokatorka kupiły za moją namową serum i krem na noc i są mega zadowolone, zwłaszcza mama zmagająca się z acne tarda - ten glikol zmienił jej cerę nie do poznania :)

      Ja mam wrażliwą skórę i mi ten glikol na początku wiosny podchodził, a teraz już nie (mimo filtrowania się itp.), więc wracam do serum na jesień. Moja mama i przyjaciółka wrażliwych cer nie mają, stosują oba kosmetyki nawet teraz i przy SPF 50 na dzień (mama Ziaja, przyjaciółka Lirene) i bardzo sobie chwalą. Więc myślę, że jeśli nie masz wrażliwej cery to zdecydowanie daj im szansę kiedy przyjdzie na to moment :)

      Jeśli jeszcze nie śledzisz Kosmeologiki na fejsie, to polecam - wspominałam o tych produktach tutaj:
      https://www.facebook.com/kosmeologika/photos/a.361725403991050.1073741828.336758143154443/728161850680735/?type=3
      i tutaj :)
      https://www.facebook.com/kosmeologika/photos/a.361725403991050.1073741828.336758143154443/741418629355057/?type=3&theater :)

      Usuń
  8. naprawdę świetny, obszerny wpis! :) mam nadzieję, że wiecej osob zrozumie ze te naturalne tez w nadmiarze moga zaszkodzic..

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam, bardzo proszę o polecenie jakiegoś kremu przeciwzmarszczkowego pod oczy dla 26 latki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Hej Aniu, nie wiem czy widziałaś nową podobno polska marke kosmetyków.
    Mają serum z potrójna wit. C
    http://www.alkemie.com/pl/products/wake-up-shot-30ml

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochana czytam teraz większość postów z Twojego bloga i spędzam u Ciebie dużo czasu :) co wiąże się z obserwacją, że masz strasznie nabałaganiony ten szablon... Jako, że jestem grafikiem razi mnie to w oczy, a wiem że dość szybko możnaby poprawić wygląd bloga. Więc wpiszę Ci tutaj moje nieproszone porady na ten temat, jako iż Ty mi mega pomogłaś udostępniając swoją kosmetyczną antiaging wiedzę... Najwyżej miej to gdzieś, ale się proszę nie obrażaj! :*
    1. po szablonie widać, że był kiedyś fajny na niego pomysł - kwiatki przy zdjęciu autora, kwiatki w stopce strony. Ale poza tym jest brak konsekwencji, szczególnie kolorystycznej. Jednak dużo to daje wybrać jeden kolor neutralny i jeden akcentowy i ich się konsekwentnie trzymać we wszystkich elementach strony. Fajnie byłoby gdybyś właśnie określiła jeden kolor akcentowy i jego się trzymała. U Ciebie widzę, aż cztery różne kolory, co prawda wszystkie takie przydymione, ale nie robi to dobrego efektu... Jest tak - w okół stopki szaro-fioletowy. Etykiety szarozielony. Menu u góry szaroniebieski. Widać brak konsekwencji. Poza tym takie szarawe kolory są mało charakterystyczne.. No i jest jeszcze różowy na dole przy napisie następna strona. Fajne są za to te elementy kwiatowe i jeśli taki miałby być kolor charakterystyczny to po prostu wartoby się jego trzymać w całym szablonie.
    2. Kolejna rzecz która razi w oczy to nagłówki widżetów po lewej stronie. Po co mają one aż dwie ramki? Wygląda to nieporządnie i bałaganiarsko ;) Jesli jest tło to już bez ramki...
    3. Następnie nie wiem dlaczego, ale w widżecie popularne posty strasznie zjada jakość miniaturek, nie da się na to patrzeć kochana... Nie umiem w tym akurat doradzić, ale zachęcam Cię abyś poszukała na to rozwiązania, bo Twój blog bardzo na tym traci.
    4. W ogóle sidebar warto urządzić ciekawie z naciskiem na czytelność. Warto zachować tylko te elementy, które uznasz za niezbędne. Np czepiłabym się Etykiet. Jest ich za dużo! w ogóle to nie zachęca do korzystania z nich. Może fajnie byłoby przenieść je na dół bloga do stopki? Wiele osób tak robi i sądzę, że to najlepsze rozwiązanie. CO do etykiet to lepszym rozwiązaniem jest umieszczenie Kategorii (dobrze przemyślanych kilku kategorii i posortować wszystkie posty) - czytelnik od razu widzi jasny przekaz czego dotyczy blog i na jakie tematy można znaleźć posty w łatwy i przejrzysty sposób.
    5. Za to pochawalę Typografię - czcionki czytelne i przejrzyste :)
    Piszę Ci to wszyskto bo chciałabym aby Twój blog wyglądał na poziomie, takim jakie treści przedstawiasz, czyli wysokim! Pozdrawiam gorąco! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. na swoje usprawiedliwienie dodam, że jestem perfekcjonistką :))

      Usuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger