8/18/2019

10 rzeczy, które zmieniłam na LEPSZE



Dzisiaj wpadam do Was z wpisem zbierającym dziesięć rzeczy (nawyków, produktów...), które z perspektywy czasu oceniam jako cenne zmiany w moim życiu. Niektóre z nich będą bardzo niedawne, a niektóre sięgną parę lat wstecz, zwłaszcza jeśli dopiero teraz mogę docenić niektóre z tych dawniejszych decyzji.


Wpis jest sponsorowany przez markę Schmidt’s, która przesłała mi też kilka swoich produktów. O tym czemu je polubiłam i czemu je polecam, dowiecie się już za chwilę.



Zmiany w duchu ekologii/less waste


1. Mydła w kostce


Mydeł w kostce nie używałam od kilkunastu lat, a potem pół roku temu postanowiłam dać im szansę. Na ten moment powiedziałabym, że zamoczyłam w temacie duży palec u stopy: nie używam ich jeszcze do mycia ciała, a dla szamponów w kostce i mydeł do włosów nie widzę na razie szansy. Ale za to na mojej umywalce od dawna nie ma mydła w płynie! Małe opakowanie stoi w kuchni, bo nie wyobrażam sobie dotykać kostki po pracy z jajkami czy mięsem. Natomiast mydło w płynie do mojej łazienki już nie wróci i ważne jest dla mnie by szukać kostek z dobrym składem, opakowanych tylko w karton lub nadający się do recyklingu papier. Wszystkie te warunki spełnia moje cedrowo-jałowcowe mydło od Schmidt’s.

SKŁAD:
Sodium Palmate (sustainably harvested), Sodium Palm Kernelate (sustainably harvested), Water, Glycerin, Cedrus Deodara (Cedarwood) Wood Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Charcoal Powder, Juniperus Communis (Juniper) Fruit Oil, Kaolin, Silica, Sodium Gluconate, Limonene

Składowo bomba: poza podstawowymi składnikami (zmydlony olej – w tym przypadku palmowy, z certyfikatem etycznego pochodzenia RSPO) mamy tu nawilżającą glicerynę, naturalne olejki eteryczne z cedru i jałowca, masło shea, węgiel, glinkę i pył wulkaniczny mające mieć właściwości peelingujące. Ja oceniłabym je jako delikatnie, bardziej odczuwalne na dłoniach czy twarzy niż na ciele.

Samo mydło pachnie zabójczo. Tak się składa, że moja poprzednia kostka też była cedrowa – zobaczycie ją w denku za parę miesięcy. Mam więc porównanie do podobnego produktu i tylko mydło Schmidt’s pachnie tak, że po umyciu rąk czuję je w całej łazience ♡ Odczucie na dłoniach jest bardzo komfortowe, ale prawdziwy test nastąpi dopiero zimą. Kostka jest ogromna (142 g!), więc nie omieszkam Was poinformować jak się sprawdziła. Aha, wersja z węglem brudzi trochę zlew – dla mnie to bez znaczenia, ale wiem że niektórzy są na tym punkcie bardziej wyczuleni.

2. Demakijaż oczu olejem


Od jakiegoś roku w dni robocze używam właściwie wyłącznie wodoodpornego tuszu do rzęs. Z tego powodu zaczęłam używać dwufazowego płynu do demakijażu oczu, który nigdy wcześniej nie był mi potrzebny. Jednak podczas przygotowywania „denek” na bloga dotarło do mnie, że zużywam tego produktu bardzo dużo i postanowiłam znaleźć bardziej ekologiczną alternatywę. I znalazłam! Wstępny demakijaż oczu robię... czystym olejem. Najczęściej sięgam po konopny, bo ten zawsze stoi w mojej łazience: olejuję nim włosy, wzbogacam maski i odżywki do włosów, a czasem stosuję jako kompres na twarz po peelingu i maseczce. Od kilku miesięcy mam dla niego nowe zastosowanie jakim jest pierwsza faza demakijażu oczu. Nie domywam nim tuszu do końca, bo by tego dokonać musiałabym sięgnąć olejem prawie do worka spojówkowego, czego staram się nie robić z żadnym kosmetykiem, który nie jest do tego celu przeznaczony. Natomiast bez problemu zmywam nim dobre 80% maskary i cieni, a po olejku hydrofilnym, żelu do twarzy i płynie micelarnym zmyte jest wszystko. Jestem ogromnie zadowolona z tej zmiany.


3. Aktywne zużywanie kosmetyków kolorowych
(pannowanie kosmetyków)


Jak sobie pomyślę ile produktów do makijażu marnowało się u mnie przed odkryciem grupy Project Pan Polska to cierpnie mi skóra. Mam wrażenie, że przez całe studia nosiłam ten sam makijaż: kreski na oku, praktycznie zero makijażu twarzy i może odrobina kreatywności w obrębie koloru ust. Czy to znaczy, że nie kupowałam cieni? Albo że nie trzymałam w zapasach wygranych róży czy rozświetlaczy? Oczywiście, że nie. A teraz odczuwam mnóstwo radości z codziennego makijażu i jeszcze więcej ze śledzenia moich postępów w autentycznym zużywaniu produktów do końca. Za parę dni wypada mi kolejne miesięczne podsumowanie letniego Projektu i już cieszę się na samą myśl! Nie muszę chyba mówić nic więcej!



Zmiany dla własnego komfortu


4. Naturalny dezodorant


Oczywiście naturalne dezodoranty w mojej pielęgnacji to nic nowego: podstawę stanowią dla mnie drogeryjne blokery potliwości, ale o uzupełnieniu w postaci sprayu z Rossmanna czy ałunu pisałam wiele razy. Po naturalny dezodorant sięgałam (albo chciałam sięgać) w dni, kiedy akurat nie używam blokera oraz na obszary ciała, gdzie blokera nie stosuję. Bo umówmy się, pocimy się nie tylko pod pachami, a podczas tegorocznej fali upałów miałam wrażenie, że poci mi się każdy centymetr kwadratowy ciała ze szczególnym wyróżnieniem pachwin oraz fałdek pod biustem i pod pośladkami.

Problem z moim poprzednim dezodorantem był taki, że konserwowany był alkoholem. Więc do sporadycznego użycia był super, ale na co dzień odpadał. W bardziej wrażliwe miejsca jak pachwiny tym bardziej. A na podrażnione blokerem pachy (co zdarza mi się obecnie rzadko, ale jednak bywa) w ogóle nie odważyłabym się psiknąć.

Na szczęście w tym roku jak z nieba spadły mi dezodoranty Schmidt’s i to w obu wersjach: klasycznej i do skóry wrażliwej. Przy wersji do skóry wrażliwej poszalałam z zapachem (kokos i ananas, czyli po prostu apetyczna pinacolada ♡), a przy dezodorancie klasycznym celowałam w zapach możliwie neutralny i wybrałam wersję Charcoal-Magnesium. Dzięki temu... mogłam testować je na raz. Na lewej połowie ciała stosowałam wersję podstawową, a na prawej wariant do skóry wrażliwej.

DEZODORANT W SZTYFCIE
CHARCOAL + MAGNESIUM:

SKŁAD:

Maranta Arundinacea (Arrowroot) Root Powder, Sodium Bicarbonate (Baking Soda), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Caprylic/Capric Triglyceride, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Cera, Natural Fragrance, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Magnesium Hydroxide, Charcoal Powder, Tocopherol (Vitamin E), Amyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Citral, Citronellol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool


DEZODORANT W SZTYFCIE DLA SKÓRY WRAŻLIWEJ
COCONUT + PINEAPPLE:

SKŁAD:

Magnesium Hydroxide, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Maranta Arundinacea (Arrowroot) Root Powder, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Cera, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Natural Fragrance, Tocopherol (Vitamin E), Linalool, Limonene


Oba składy są w miarę podobne: bazę stanowią olej kokosowy, Caprylic/Capric Triglyceride, masło shea, wosk Candelilla i olej jojoba. W podstawowym dezodorancie są one niżej w składzie, bo na pierwszych miejscach mamy mąkę z maranty trzcinowatej i sodę. Potem nasze oleje, a pod koniec wodorotlenek magnezu, węgiel, witaminę E i oczywiście kompozycję zapachową. Dezodorant do skóry wrażliwej nie zawiera sody, a podstawowym składnikiem neutralizującym nieprzyjemny zapach jest tu wodorotlenek magnezu.

Ponieważ składy oparte są o naturalne oleje, producent zaleca przyłożyć sztyft do skóry, odczekać chwilę aż kosmetyk rozgrzeje się i dopiero wtedy sunąć nim po ciele. Mi o wiele lepiej sprawdziło się stosowanie kosmetyku na noc, ale za to z pewnym nadmiarem: podczas snu wszystko idealnie rozprowadzała się i wchłaniało, a dodatkowo mimo upiornie gorących nocy wstawałam z uczuciem dodatkowej świeżości.

Oczywiście przez to, że używam na skórę pod pachami blokera nie mogę ocenić jak dezodoranty Schmidt’s sprawdzają się solo w tej podstawowej roli. Ale mogę powiedzieć, że we wszystkich pozostałych miejscach całkowicie zneutralizowały ewentualny zapach. Mnie osobiście nie podrażniła żadna wersja: ani ta z sodą, ani ta bez.

5. Miękkie staniki i braletki


Zacznę od odrobiny prywaty: w zasadzie nie mam cycków ;) Jak byłam szczuplejsza, to różnica obwodów w biuście i pod biustem wynosiła u mnie... trzy centymetry – i nie, nie dlatego że byłam tak wychudzona że straciłam biust. Teraz na pewno jest to trochę więcej, ale tylko trochę. Jak nietrudno przewidzieć, miałam na tym punkcie ogromny kompleks i jak tylko odkryłam brafitting kupiłam kilka staników modelujących piersi plus jeden prawdziwy push-up pod niektóre sukienki i koszule (bo jak coś szyte jest na rozmiar M czy L to nie jestem w stanie wypełnić miejsca na cycki). I przez kilka lat wbijałam się w tę sztywną zbroję, której silikonowe mocowania potrafiły odparzyć mi skórę, a przynajmniej sprawić by pierwszą rzeczą po powrocie do domu było dla mnie zdjęcie stanika.

I wiecie co? Już tak nie robię – ale tego już się pewnie domyślacie. Na wakacjach w ciepłych krajach pierwszy raz odpuściłam i kupiłam sobie pierwszy miękki, koronkowy stanik, którego jedyną funkcją jest chyba tylko osłonić brodawki przed odznaczaniem się pod koszulką ;) I teraz noszę już tylko takie. Dzięki typologii Kibbego zaakceptowałam brak biustu, przestałam marzyć o operacji (tak, tak!) i dotarło do mnie, że nawet z takim średnim nie czułabym się już w pełni sobą.

Dlatego obecnie przez cały okrągły rok noszę takie delikatne braletki, a pod swetrem nieraz nie mam stanika w ogóle. Nie ma mi co obwisnąć na starość ani tym bardziej nie muszę odciążać kręgosłupa od ciężaru dużego biustu. I jestem z tym totalnie szczęśliwa.

6. Makijaż w weekendy


O dziwo, samoakceptacji (której brakowało mi w stosunku do własnego ciała) do własnej twarzy mam mnóstwo. Tak bardzo nastawiałam się na to, by dać cerze odpocząć od kremu z filtrem, pudru, korektora że w weekendy nie malowałam się w ogóle. I wyjście z taką gołą twarzą wzbudzało we mnie takie ambiwalentne odczucia: z jednej strony nie miałam z tym większego problemu, a z drugiej strony... czułam się jakaś taka zaniedbana. Albo przynajmniej nieogarnięta, rozmemłana. I oczywiście jeśli spotkałam kogoś znajomego to trochę psuło mi to humor na pół dnia. Więc można chyba powiedzieć, że odczucia były z lekką przewagą w stronę negatywną... ale na pewno były dla mnie mniej negatywne, niż gdybym robiła w weekendy pełny makijaż.

Próbowałam oczywiście robić makijaż „niepełny”, ale szczerze mówiąc zawsze mi w nim coś nie grało. Czegoś było za mało, czegoś było za dużo, efekt był po prostu dziwny. Ale odkryłam fantastyczny filmik Maxineczki na ten temat:




... i od tamtej pory noszę w weekendy właśnie taki okrojony makijaż, czasem wedle fantazji rozbudowując go o ten czy inny element. Większość tego make-upu robię produktami naturalnymi i docelowo chciałabym zdenkować te drogeryjne i skompletować idealny zestaw w wersji eko. Co Wy na to, żeby wtedy pokazać Wam to w osobnym wpisie? Albo może nagrać coś na IGTV? Co sądzicie?

7. Drobne ulepszenie pielęgnacji kręconych włosów


Nie wiem czy wiecie, ale moje włosy są obecnie już serio długie! Zdjęcie nie oddaje tego, że po rozprostowaniu są o wiele dłuższe... oraz tego, że od zdjęcia minęło półtora miesiąca. Przez to, że są tak długie i na dodatek źle obcięte, szukam dodatkowych sposobów na wzmocnienie ich skrętu.




O tym, że odżywkę bez spłukiwania i żel najlepiej byłoby nakładać na ociekające wodą włosy wiem od lat. Kasia na Fali pokazuje to dosłownie od zawsze. Miałam jednak ten wewnętrzny opór, bo jest to na maksa niewygodne i nieprzyjemne. Wolałam więc solidnie odcisnąć włosy i nie wydobywać ze skrętu tych stu procent, tylko zadowolić się niepełnym efektem. Ale ostatnio złamałam się i... uau. Różnica jest spektakularna. Nie wiem jak zniosę chodzenie z mokrym ręcznikiem na ramionach jesienią czy zimą, ale efekt jest tak niesamowity, że chyba poszukam w sobie motywacji, by przy tym kroku zostać.




Zmiany dla zdrowia


8. Naturalne pasty do zębów


Pastę do zębów staram się dobierać pod kątem składu od 2,5 roku, co nie jest wcale łatwe. Po przeprowadzce straciłam też dostęp do najlepszej moim zdaniem opcji drogeryjnej. Dlatego bardzo ucieszyłam się, że mogę przetestować pastę do zębów i jamy ustnej Schmidt’s: z certyfikatem Leaping Bunny, bez fluoru, sztucznych substancji słodzących i barwników (a także bez SLS i PEG, jeśli takiej szukacie). Skład jest w ogóle bardzo ciekawy:

SKŁAD:
Water, Glycerin, Hydrated silica, Xylitol, Calcium Carbonate, Dicalcium Phosphate, Aroma, Xanthan Gum, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Sodium Benzoate, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Powder, Sodium Phosphate, Zinc Citrate, Tocopherol (Vitamin E), Aloe Barbadensis Leaf Juice, Melaleuca Alternifolia (tea tree) Leaf Oil, Magnolia Acuminate Bark Extract, Lyceum Barbarum (goji berry) Fruit Extract, Punica Granatum (pomegranate) Extract, Ubiquinone (Coenzyme Q10)

... bo poza substancjami ściernymi zawiera też sporo składników pielęgnujących, w tym ekstrakt z magnolii, jagód goji czy granatu, a także koenzym Q10 który ma działać wzmacniająco na dziąsła. Wybierając smak wyszłam ze strefy komfortu i zamiast iść w klasyczną miętę wybrałam wersję kokosowo-limonkową. Z opakowania pachnie przepięknie, a co do wrażeń po myciu... to chyba następnym razem wybiorę klasyczną miętę ;) Jeśli macie już doświadczenia z nie-miętowymi pastami (ja chyba nigdy nie miałam) to polecam bardzo, a jeśli nie, to zawsze jest klasyczny Wondermint i miętowa wersja wzbogacona o węgiel.

9. Topmaterac


Wiecie jaka jest najczęstsza przyczyna wizyt u lekarza rodzinnego, nie licząc infekcji dróg oddechowych? Ból pleców i wszystko, co z nim związane (jak choćby rwa kulszowa) i dotyczy to nawet młodych ludzi (to nie jest jakaś oficjalna statystyka, tylko moja prywatna obserwacja). Otworzyło mi to oczy na to, jak mało dbamy o swoje plecy i postanowiłam coś z tym zrobić. W tym miesiącu szarpnęłam się wreszcie na rzecz, którą od dawna miałam na liście marzeń: tak zwany topmaterac. Jest to coś w rodzaju maty, którą kładziemy na mniej wygodne łóżko czy materac, by podnieść poziom komfortu podczas snu. Jest to też idealna opcja dla tych z nas, którzy śpią w nieswoim łóżku: w akademiku albo wynajętym mieszkaniu z umeblowaniem.

Ja jestem dokładnie w tej grupie: wynajmuję obecnie mieszkanie ze starą (ewidentnie używaną) niewygodną rozkładaną kanapą i jeszcze długo nie dorobię się własnego łóżka. Zresztą, dobry materac jest generalnie o wiele droższy niż dobry topmaterac, więc zdecydowanie łatwiej mi obecnie zainwestować w to drugie.

Dla pełnej uczciwości wspomnę może, że mój topmaterac jeszcze do mnie nie dotarł: aktualne info mam takie, że przyjdzie do mnie dopiero w piątek. Więc technicznie rzecz biorąc nie mogę powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że będzie mi się na nim spało lepiej niż bez. Ale gdybyście zobaczyły moją kanapę to na pewno tak jak ja uwierzyłybyście, że ten topmaterac dosłownie MUSI zmienić coś na lepsze ;)

10. Obcasy w płaskich butach


Powiedzieć, że kocham chodzić w spodniach i płaskich butach to nic nie powiedzieć. Nie kieruje mną lenistwo czy wygodnictwo, nic z tych rzeczy: ja po prostu najbardziej czuję się sobą w spodniach i płaskich pepegach. Oczywiście jednym z uniwersalnych fasonów są klasyczne czarne baleriny. I przez wiele lat byłam wierna najprostszemu modelowi na świecie: z cienką i płaską jak naleśnik podeszwą. Wydawało mi się przy tym, że skoro nie chodzę na obcasach czy butach z wąskim czubkiem to nie deformuję sobie postawy.

Na szczęście ktoś w końcu powiedział mi, że to wcale nie jest dla nas najzdrowsze i że nawet baleriny powinny mieć piętę nieco wyżej niż podbicie, a na pewno grubszą niż kartka papieru podeszwę. Więc kiedy zamęczyłam jedne z baletek na śmierć, następne kupiłam mając to na uwadze – i to w sklepie z obuwiem rehabilitacyjnym... I do dziś uważam te buty za jeden z moich najlepszych obuwniczych wyborów. Kiedyś po paru godzinach w balerinach bolały mnie całe plecy, a teraz mogę pomykać w nich cały dzień i nic takiego się nie dzieje.

Wcześniej miałam ten sam problem z trampkami, ale ostatnio Mama wyszperała w lumpeksie moje pierwsze w życiu Converse’y. Oczywiście pięta jest nisko, ale za to podeszwa jest sporo grubsza niż w tanich trampkach, których kilkanaście par zadeptałam swego czasu. Jeśli okaże się, że ta różnica jest dla mnie wystarczająca, to będę zachwycona: z powodu bólu pleców od kilku lat nie chodziłam w trampkach, a zawsze bardzo je lubiłam.

***


Oto moja dzisiejsza dziesiątka. Wybierając patenty do tego wpisu zebrało mi się ich więcej, zatem jeśli wpis Wam się spodobał – dajcie znać w komentarzach! Chętnie raz na jakiś czas opublikowałabym podobny, ale najpierw chciałabym wybadać Waszą reakcję :D

Marce Schmidt’s dziękuję za sponsorowanie dzisiejszego wpisu!
Jeśli chciałybyście wypróbować te produkty, to zamawiając je w drogerii internetowej Melissa zastosujcie kod  „SCHMIDTS 25” by uzyskać 25% zniżki :)

Ściskam,
Ania

19 komentarzy:

  1. Świetny wpis! Widzę kilka punktów wspolnych :) Mydła w kostce używam od zawsze, mam coraz więcej naturalnych past do zębów, bo żeby zaczęły mnie boleć i się ścierac, mam kręcone włosy, nareszcie, po jkaos 5 lat bez farbowania są takie jak 30 lat temu, a moje buty nie mogą miec cienkich, płaskich podeszw i zero obcasika bo mam bolące ostrogi pietowe i ogólnie problemy ze stopami...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy wpis. Nie kupuje płatków kosmetycznych-przerzucilam się na wielorazowe. Zrezygnowałam z szamponu w butelce na rzecz tego w kostce-polecam Cztery Szpaki. W kuchni do mycia mam lniana myjke i mydło w kostce. Staram się denkowac kosmetyki. Tych, których nie używam lub mi nie służą pozbywa sie przekazując dalej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny wpis i chętnie przeczytam podobne/ dalszy ciąg :) Moja kosmetyczna zmiana na lepsze to - od kilku miesięcy - pryskanie twarzy hydrolatem przed nałożeniem kremu. Nie wiem, czy to robi różnicę pielęgnacyjną, ale na pewno jest bardzo przyjemne. A fitnessowa zmiana na lepsze to włączanie ćwiczeń z jogi na youtube (zmiana polega na tym że łatwiej się zmobilizować niż do chodzenia do szkoły jogi). Pozdrawiam Kasia

    OdpowiedzUsuń
  4. ja tam dalej lubię mydła w kostce

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja po latach noszenie push-upów zrezygnowałam z nich i noszę miękkie, koronkowe biustonosze, a latem staram się chodzić bez i... wszyscy żyją. A ja się czuję super ;) Topmaterac mam (najlepszy zakup na nowe mieszkanie:))i... maluję się weekendy bo... lubię po prostu! Jak czytam wypowiedzi koleżanek "ja do pracy się nie maluję, a na weekend daję skórze odpocząć", to myślę, po co im ta cała kolorówka ;PP

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzień dobry Aniu,uwielbiam Twoje wpisy ;) sama zaczęłam wprowadzać u siebie minimalizm w pielęgnacji, najpierw wykończę np. jeden balsam i dopiero kupuję nowy. Kolorówkę pomalutku zmieniam na naturalne firmy nie testujące na zwierzętach ( mam bardzo zbliżony sposób do Twojego, jak już wydałam kase to chce to zużyc i dopiero kupuję nowe po dokładnej analizie).
    Odnośnie dzisiejszego wpisu podpisuje się pod stanikami i balerinami;) W tym roku pierwszy raz zainwestowałam w conversy (dla mnie to inwestycja, bo nigdy w życiu nie dałaby tyle za trampki) ale kocham trampki/ tenisówki ale większość ma niestety bardzo cienka podeszwę ;( balerin udało mi się "wykończyć" w tamtym roku, teraz kupuje mokasyny z grubszą podeszwą. Odnośnie "nie-biustu" akceptacji nauczył mnie mój Narzeczony, dzięki niemu noszę nawet lekkie dekolty przy moich " gabarytach" biustowych ;P
    chętnie przeczytam więcej takich postów, bo ostatnia takie tematy interesują mnie bardziej niż wpisy o kolorówce ;O chyba człowiek do pewnych rzeczy musi dorosnąć, oczywiście nie krytykuje osób które uwielbiają mieć mnóstwo kosmetyków, ubrań itd. Ja po prostu lepiej się czuje jak mam mniej wszystkiego.
    buziaki Emilia

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja już pół roku temu zmieniłam kosmetyki na naturalne. mnie gubi robienie zapasów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję za to, co napisałaś o cyckach ;) Jestem w tej samej grupie, z tą różnicą, że oprócz braku biustu mam tzw. szewską klatkę, czyli wyraźnie zapadnięty mostek, bardzo chciałabym móc nosić miękkie braletki, co więcej - najbardziej podoba mi się drobny biust, ale przy moim mankamencie wygląda to niestety nieestatecznie :( Mimo wszystko, dzięki że to napisałaś - przynajmniej mam poczucie, że temat trochę wyszedł z cienia i że nie jestem takim znowu dziwolągiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Demakijaż olejem ? Ciekawy pomysł, zobaczymy jak sie sprawdzi :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo ciekawy wpis. Mydło w kostce- u mnie używane od zawsze, te w płynie jakoś się nie przyjęły. Od kilku lat używam też mydeł do pielęgnacji twarzy- bardzo polecam produkcji Ministerstwa dobrego mydła lub 4szpaki. Od 4szpaków wielbię również cytrusowy dezodorant w kremie- świetna alternatywa dla drogeryjnych. Mam co prawda sztyft rexony na wszelki wypadek, ale używam bardzo sporadycznie. Do demakijażu polecam balsamy olejowe Czarszki. Z kolejnych podobieństw- braletki to nowe życie! Od nowego roku noszę te cuda, też jestem małobiuściasta, wcześniej nosiłam dobrze dobrane brytyjczyki np. panache, freya, ale ze względu na bardzo szczupłą sylwetkę fiszbiny robiły mi siniaki, przy ramiączkach były ślady. Przerzuciłam się na lekkie koronki z hm, a te paskudne plamy zniknęły dopiero po 2 miesiącach, po wielu pilingach i częstym balsamowaniu. Od kilku lat po domu latam bez stanika, czasem podjadę tak do sklepu- brodawki się odznaczają, no ale taka nasza fizjonomia, nie powinnyśmy się tego wstydzić. Ach, i jeszcze brak makijażu po domu, a do pracy okrojona wersja, bez malowania oczu (w te upały nie ma to sensu, wszytko spływa). Zastanawiam się za to nad zrobieniem rzęs, tak na próbę 1:1. Pomyślę jeszcze nad zmianą łóżka, bo moje już jest więcej niż pełnoletnie i można sobie wyobrazić jaka połamana wstaję co dzień.
    Serdecznie pozdrawiam!
    Wioleta.

    OdpowiedzUsuń
  11. Druciana zbroja też wyleciała z mojej szafy :) nigdy wiecej, tylko miękka i koronkowa bielizna :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Co prawda marki wcześniej nie znałam, ale po Twoim wpisie chętnie przetestuję! Ostatnio bardzo często korzystam z mydła w kostce. Ze swojej strony mogę smiało polecić 4szpaki! Według mnie must have przy naturalnej pielęgnacji ciała :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja powoli zmieniam swoje kosmetyki na naturalne i co najważniejsze patrzę na skład :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Fajny wpis, super się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Hej!Planujesz napisać post odnośnie szczoteczki Dermofuture?Przyznam się,iż czekam z niecierpliwością,zwłaszcza że pojawiły się opinie,że codziennie jej stosowanie narusza warstwę lipidowa skóry i w zasadzie to powinno się jej używać jakieś 2 razy w tygodniu... jestem ciekawa co o tym myślisz. Ja od 2 miesięcy używam jej codziennie rano i wieczorem,ale chyba spróbuję ograniczyć się tylko do wieczornego stosowania, bo w sumie to nie wiedzę potrzeby tak mocnego oczyszczania skóry po nocy...pozdrawiam, Zosia.

    OdpowiedzUsuń
  16. a dlaczego mydło w kostce jest lepsze od tego w płynie ?

    OdpowiedzUsuń
  17. Pierwsza recenzja kosmetyków, która mnie w pełni przekonała :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziękuję za bardzo ciekawy wpis i za podzielenie się Twoim kompleksem dot. biustu. Zawsze miałam podobny problem, ale dopiero od niedawna (mam 27 lat) w pełni zaakceptowałam obecne rozmiary i chcę się przestawić na miękkie, koronkowe biustonosze. Gdzie kupujesz braletki?

    Ja również zmywam makijaż olejem. Najczęściej jest to oliwa z oliwek połączona z olejem rycynowym, ale chętnie przetestuje olej konopny.

    Ze zmian, które chciałabym wprowadzić najważniejsze to:
    -całkowite wyeliminowanie jednorazówek w sklepie. Do tej pory chodzę do sklepu z jednorazówkami kilkukrotnie użytymi, ale nie chce już "produkować" takiej folii w ogóle
    - przerzucenie się na płatki kosmetyczne wielorazowe
    - mydło w kostce zamiast tego w płynie (niestety ciężko jest przekonać do niego mojego męża...

    Czekam na więcej takich wpisów. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger