1/30/2017

Jak zapuścić włosy w rok? Efekty na kręconych włosach.


Z mojej włosowej metryczki (klik!) wiecie wszystko: miałam kiedyś długie gęste włosy, jedną trzecią objętości straciłam, ścięłam je na krótko, po roku postanowiłam spróbować znowu je zapuścić, tym razem walcząc o utrzymanie nowoodkrytego skrętu i o powrót do dawnej gęstości.

Decyzję tę podjęłam ostatecznie w styczniu 2016 roku, więc mamy idealny czas na podsumowanie. Jak zawsze przypomnę Wam, że pod tagiem -> zapuszczanie włosów znajdziecie sporo przydatnych postów na ten temat: kompendium dbania o zdrowy i szybki wzrost włosów, tekst o najbardziej w tym czasie przydatnych akcesoriach oraz cokwartalne podsumowania.

Grafika pochodzi z mojego mini-kompendium :)

W tym tekście podobnie jak w większości pozostałych moich artykułów na ten temat utrzymam znaną Wam formę „odhaczania” listy pięciu podstawowych aspektów, o które przy zapuszczaniu włosów trzeba zadbać. Zaczynamy :)


Po pierwsze: fryzjer i fryzura

Jak być może pamiętacie, na samym początku zapuszczania podcięłam włosy, żeby w okresie przejściowym się ładnie układały. Kolejne cięcie (po prawie ośmiu miesiącach, we wrześniu) połączyłam z delikatnym cieniowaniem, z którego byłam i jestem ogromnie zadowolona. Teraz włosy zaczynają trochę grymasić, ale w rodzinnym mieście (gdzie chodzę do fryzjera) na dłużej będę pewnie dopiero na Wielkanoc… W każdym razie, planuję wtedy odświeżyć cieniowanie i podciąć końcówki. W ostatecznym rozrachunku powinnam i tak zostać na sporym plusie, bo na oko rosną mi obecnie w tempie dwóch centymetrów miesięcznie.



Na nowo odkryłam też radość z upinania włosów – a może zrobiłam to po raz pierwszy? Z długimi, ciężkimi włosami z trudnością przychodziło mi nawet zrobienie ładnego kucyka i w 9 przypadkach na 10 nosiłam je rozpuszczone. Teraz spokojnie co drugi dzień coś z nimi robię, nawet gdyby miała być to zwykła kitka. A jeśli kiedyś nauczę się pleść sobie ładne warkocze, to spełni się moje małe marzenie ;)

Dodatkowym motywatorem jest tutaj kwestia ochrony końcówek przed niszczeniem się od ocierania, przygniatania i przycinania np. suwakiem kurtki. Więcej o tym zjawisku, fryzurze przejściowej i „włosach, które nie rosną” pisałam w moim -> poradniku zapuszczania włosów.



Po drugie: suplementacja


Ogólnie rzecz biorąc, odżywiam się dość zdrowo i nie ma dnia, w którym nie zjadłabym łyżki siemienia lnianego, tak znanego ze swojego dobroczynnego wpływu na włosy.

Dieta dietą, ale czasem warto się czymś wspomóc. Z powodów zupełnie niewłosowych, przez całą jesień i zimę biorę witaminę D. W ciągu ostatniego roku miesiące, w których nie brałam jej w ogóle, były tylko cztery: od maja do sierpnia. W marcu i kwietniu brałam po prostu połowę dawki (1000 j. dziennie), bo przy moim domatorstwie i ciągłym filtrowaniu ta odrobina wiosennego słońca to tyle, co nic ;)

Z takich typowych włosowych wspomagaczy parę miesięcy brałam Calcium Pantothenicum (włosy jak zawsze wystrzeliły), a miesiąc piłam skrzyp – więc skuteczności tego ostatniego nijak nie mam jak ocenić. Ale smakował mi na tyle, że jeszcze pewnie do niego wrócę ;)

Natomiast obecnie suplementuję się czymś zupełnie innym. Ze względu na cerę postanowiłam wprowadzić u siebie kurację miksem antyoksydantów i… zaczęłam od małej wtopy: niechcący zakupiłam je w zestawie w witaminami i minerałami, czyli wersję Gold Vita-Min Anti-Ox ;) Więc przez miesiąc brałam je również, a wspominam o tym, bo skład miały lepszy niż niejedna „włosowa” mieszanka, więc na pewno przyczyniły się do obecnego stanu. Na co dzień jednak odżywiam się tak, że nie czuję potrzeby uzupełniania diety tą częścią zestawu i ograniczę się do samych przeciwutleniaczy. Także od następnego opakowania zostanę przy Olimp Anti-Ox Power Blend.


Po trzecie: wcierki


Od zewnątrz wcieram kupioną niedawno odżywkę Radical MED przeciwko wypadaniu do włosów.

Po wykończeniu Jantaru i opartej na alkoholu wcierki Balea MEN byłam zdecydowana kupić coś bezalkoholowego. Totalnie napaliłam się na Saponics od Farmony, ale nigdzie nie mogłam go wtedy upolować… Więc dość spontanicznie kupiłam wypatrzoną w jakiejś drogerii czy aptece nowość.

Na ten moment wciąż nie umiem powiedzieć, czy jestem zadowolona z tej wcierki. Prowadzę jeszcze dalsze testy, ale mam pewne podejrzenia, że po użyciu na skórę głowy dostaję od niej łupieżu :( Nie jestem tego tak w stu procentach pewna, ale jeśli to prawda – bez bólu zużyję ją na długości, na przykład olejując na nią włosy :)


Po czwarte: skóra głowy


Kiedy miałam długie i tylko lekko falowane włosy, masaż skóry głowy był kwestią prostą: albo mi się chciało, albo nie. Raczej nie miewam problemów z motywacją i zdecydowanie rzadkością było, żebym sobie odpuściła.

Teraz jest jednak tak, że włosy mam bliżej typu kręconego niż prostego/falowanego i masażer-pająk wyraźnie psuje mi loki :< Z tego powodu ciężko mi się zmobilizować do używania go; bardzo często myję głowę z myślą, że następnego dnia chciałabym na taką czy inną okazję super się prezentować, a co za tym idzie – mieć włosy ładnie skręcone, a nie stanowiące kupę bałaganu ;) Więc bez bicia oświadczam, że w ciągu ostatniego roku robiłam to naprawdę sporadycznie i tak naprawdę nie wiem, czy będę się do tego zmuszać w przyszłości.

Z innej beczki, bardzo jestem zadowolona z rokitnikowego scrubu do skóry głowy Natura Siberica. Nie wiem czy poświęcę mu osobny post (recenzje rezerwuję raczej na produkty, o których mam coś więcej do powiedzenia), więc już teraz napiszę, że świetnie oczyszcza, DOSKONALE wypłukuje się z moich gęstych kudłów i pachnie czymś w rodzaju Vibovitu ;) Na wybitnie gęstych włosach może okazać się mało wydajny, ale ja nie narzekam. Bardzo, bardzo fajny produkt.


Po piąte: zdrowie ciała i włosów


Nie mogę oczywiście nie wspomnieć tu o tym, że po prostu dbam o cały swój organizm. Staram się wysypiać i zdrowo jeść, piję dużo wody i zielonej herbaty. Dwa razy w tygodniu wychodzę na godzinę zumby, więc mam też trochę ruchu, choć na świeżym powietrzu jedyną moją aktywnością jest piesze chodzenie wszędzie tam, gdzie to możliwe.

To cytat z mojego poprzedniego posta (o obecnej pielęgnacji cery), który pasuje tu jak ulał. Nie ma zdrowych i szybko rosnących włosów bez dbania o siebie – tyle w temacie.

Oczywiście ważne jest też dbanie o same włosy. I tu w ciągu ostatnich trzech miesięcy nastąpił prawdziwy przełom! Udało mi się wreszcie włączyć na stałe olejowanie, mycie włosów odżywką, a co za tym idzie – moją ukochaną metodę OOMO.

Od lewej: 17.01.2016 r., kwiecień 2016 r., lipiec 2016 r.


Skórę głowy myję obecnie głównie mocniejszym szamponem, bo chciałabym go po prostu zdenkować i mieć go z głowy ;) Olej jedwabny EcoLab zmywałam dotąd resztkami Kallosa Milk, którego budyniowej woni szczerze nie cierpiałam i po wczorajszym zdenkowaniu mogłabym wręcz otwierać szampana ;) W zastępstwie kupiłam już maseczkę Scandic Banana, ale użyłam jej dopiero raz i mogę powiedzieć tylko tyle, że nic złego się nie zadziało ;) Pożyjemy, zobaczymy.

Jeśli chodzi o odżywianie po myciu, to żongluję produktami testując maski i odżywki w różnych konfiguracjach. Jeśli któraś z nich wyróżni się pod jakimkolwiek względem, na pewno zaowocuje to recenzją :) Na liście zakupów z całą pewnością jest maska Dr Sante z olejem arganowym, która podczas testów w formie odlewki od Kasi :* zafundowała mi najlepszy great hair day jaki w życiu miałam! Nie odczuwam potrzeby posiadania większej liczby masek, odżywki mam cztery (chociaż dwie są jeszcze nieotwarte) i dosłownie jedną (nader ciekawą!) odlewkę.

Od lewej: 26.08.2016 r., wrzesień 2016 r. - po podcięciu i styczeń 2017 r. jako stan obecny :)

Namnożyło mi się trochę produktów do stylizacji, bo poza codziennie używaną odżywką bez spłukiwania i żelem dorobiłam się jeszcze całego stadka odlewek, za których testowanie właśnie się biorę ;) Wraz ze wzrostem włosy robią się pod tym względem coraz bardziej wymagające, bo potrzeba coraz mocniejszych kosmetyków by wydobyć z nich skręt... Ale póki co, jestem z nich bardziej niż zadowolona, niech sobie rosną ;)

Niektóre produkty z posta możecie kupić za pomocą mojego linku partnerskiego - znaczy to tyle, że cena dla Was się nie zmienia, ale ja dostanę z niej niewielki odsetek. Nie krępujcie się korzystać :D A jeśli kojarzycie te kosmetyki czy suplementy to dajcie znać, reszta czytelniczek na pewno na tym skorzysta :)

Pozdrawiam,
Ania

16 komentarzy:

  1. Ngdy nie probowalam tego pajaka. Musi byc bossski. Ja zawsze masuje sobie kudelki przed myciem, wiec nie robi mi sie pobojowisko na dlugo :-) Fajowo Ci rosna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masażer-pająk jest cudowny, jak to odpręża :):)

      Usuń
    2. A ja wlasnie nakladam wcierke po myciu (bo nie widze sensu w zmywaniu wiekszosci z nich) i to wlasni wtedy wykonuje masaz, zeby wzmocnic jej dzialanie. Ale chyba faktycznie to rozdziele. Robie tak juz od tylu lat, ze zupelnie nie pomyslalam o tym, ze mozna inaczej ;) Dziekuje!

      Usuń
    3. Ja też nakładam tylko przed myciem, bo dosłownie każda wcierka nałożona po myciu powoduje u mnie natychmiastową nieświeżość włosów, efekty są więc działa. Po prostu nakładam od 40min do kilku godzin przed myciem, zależy ile mam czasu

      Usuń
    4. Ja masuję delikatie Tangle Teezerem :)

      Usuń
  2. Ja sie w grudniu zagalopowalam z podcieciem i teraz znow sa kilka cm krotsze od twoich ( oczywiscie w wersji prostej :p), dlatego nastepne podciecie planuje dopiero na styczen 2019, wtedy sie wyrowna :).
    Koncowki spokojnie wytrzymaja, u mnie trzeba by naprawde mocno sie postarac zeby wystapily rozdwojenia.
    Obecnie wlosy rosna mi ok. 20cm rocznie, wiec w tym roku spokojnie bez wysilku zapuszcze sobie do pòł metra, a za te 2 lata jak bede przymierzac sie do podciecia to pewnie beda gdzies do talii lub wiecej :).
    No i mam motywacje by zapuscic swoje wymarzone włosy za pupe, bo zalozylam sie z mezem i gdy mi sie to uda (czyli jakies 3-4 lata) to dostane swinke morska :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurcze, to maz musi naprawde kochac dlugie wlosy skoro tak Cie zmotywowal :D

      Usuń
    2. Nie, zaklad byl moim pomyslem bo inaczej nie chcial sie na nia zgodzic :)

      Usuń
  3. świetny blog, zarówno wizualnie jak i merytorycznie :) ciesze się że tu trafiłam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aniu, a w jakiej postaci jesz siemię lniane? Robisz coś w rodzaju "glutka" czy mielisz? Słyszałam różne opinie na ten temat. Siemię na pewno nie zaszkodzi, ale też chciałabym, aby skorzystać jak najwięcej z jego dobrodziejstw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze kupuję siemię niemielone.

      Obecnie jem je po prostu w codziennej owsiance, co dokładniej opisuję tutaj: http://www.kosmeologika.pl/2016/07/jemy-sezonowo-twoja-idealna-owsianka.html

      Natomiast w przeszłości traktowałam siemię jak "suplement", to znaczy robiąc sobie trzymiesięczne kuracje z myślą o włosach. Wtedy łyżkę siemienia wrzucałam do szklanki, zalewałam wieczorem 1/4 - 1/2 szklanki wrzątku, rano dokładnie mieszałam i piłam. Zupełnie bez smaku, można sobie doprawić syropem malinowym czy sokiem z cytryny jak kto lubi :) Miałam na tych kuracjach zawsze świetne tempo rośnięcia włosów.

      Usuń
    2. Aniu, bardzo Ci dziękuję za odpowiedź. Też nie kupuję siemienia mielonego, bo szybko jełczeje. Ja gotuję i jem ten "kisiel". Smak ani konsystencja mi zupełnie nie przeszkadzają :) Tylko pogubiłam się już w informacjach, czy lepsze właściwości dla skóry i włosów ma siemię mielone (ale wtedy ponoć nie powinno się go gotować), czy całe ziarenka. :)

      Usuń
    3. Ja jestem zwolenniczką poglądu, że w trakcie każdej obróbki tego rodzaju tracimy dużą część cennych składników, więc trzymam się siemienia w całości :)

      Usuń
  5. Zdrowie ciała - u mnie zdrowe odżywianie, picie zdrowej wody, filtr redox fitaqua daje wodę która wzmacnia odporność organizmu - u nas to ważny element dbania o siebie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, ale Ci urosły przez ten rok! Super! :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger