3/17/2019

Makijaż minimalistki: czy go potrzebujemy, ile i właściwie jaki?



Kiedy zaczynamy się interesować makijażem, nasza przygoda z kosmetykami kolorowymi biegnie z podziałem na liczne fazy. Dla ogromnej części z nas etapem, która odciska duże piętno jest zachłyśnięcie się YouTubem, blogami czy Wizażem z rezultatem w postaci kupowania ogromnych ilości kosmetyków. I kiedy zastanowimy się nad tym ile czasu zajmuje zużycie jednego różu do policzków czy palety cieni, jak kubeł zimnej głowy spada na nas świadomość że choćbyśmy się nie wiem jak starały to nie jesteśmy w stanie zużyć naszej kolorówki zanim się przeterminuje. Brzmi znajomo?


U mnie opis ten nie jest możne w stu procentach adekwatny, bo akurat nigdy nie kupowałam zbyt wiele zbędnych produktów kolorowych i makijażowego jutuba też prawie nie oglądam. Ale podjęłam  na zakupach mnóstwo innych złych decyzji: były po prostu głupie w inny sposób ;)

Jak wiecie, od dłuższego czasu bardzo uważnie przyglądam się moim nawykom zakupowym i kiedy uzbiera mi się na dany temat wystarczająco dużo przemyśleń, po prostu je tu wrzucam, tak jak wtedy kiedy opisywałam Wam moją szafę, kolekcję butów czy podejście do pielęgnacji ciała. Dziś chciałabym pogadać o kosmetykach do makijażu.

Naturalnie, minimalistyczna czy „kapsułkowa” kolekcja kosmetyków kolorowych jest totalnie do osiągnięcia, pod warunkiem że w kółko robiłybyśmy sobie w zasadzie wariacje wokół tego samego makijażu. Oczywiście można też w ogóle się nie malować, jeśli to jest coś co nas zupełnie nie kręci. Ale jeśli lubimy choć trochę większą zmienność, zabawę makijażem to moim zdaniem od liczby posiadanych przez nas produktów ważniejsze jest to jak wygląda nasz proces zakupowy.


1. Czy naprawdę tego kosmetyku chcę/potrzebuję?


Patrząc po ogromnych zapasach zgromadzonych przez dziewczyny próbujące zerwać z zakupowym nawykiem (nałogiem?) widać, że „hity i kity”, „ulubieńcy miesiąca”, „5 tanich kosmetyków”, „drogeryjne zamienniki” i setki podobnych filmów czy tekstów każdego miesiąca mają ogromny wpływ na nasze decyzje zakupowe. W naszych zapasach jest Diamond Illuminator z Wibo, Disco Ball czy Princess Dream z My Secret i pięć innych rozświetlaczy? Nieważne, przecież poszła fama, że Sensique wypuściło produkt łudząco podobny do Amrezy!!! To, że w życiu nie zdenkowałyśmy żadnego rozświetlacza nie ma znaczenia, taki hit to po prostu must-have...

Powodów, dla których gromadzimy kosmetyki jest o wiele, wiele więcej. Jednym z nich może być nasza wyidealizowana wersja siebie: taka, do której aspirujemy (ang. fantasy self). Jeśli codziennie malujemy się na wiele sposobów klasycznymi brązami, a nasza fantasy self jest odważniejsza i sięga po kolorowe cienie, to w naszych zapasach szybko znajdzie się kilka ledwie tkniętych kolorowych palet. Zwłaszcza, gdy wszyscy pod niebiosa wychwalają paletkę Vanessy we współpracy z Miyo, tropikalną paletę Tune Cosmetics czy Obsessions od Huda Beauty.

O tych i wielu innych powodach najciekawiej mówi się na anglojęzycznym YouTubie. Fantastyczną serię stworzyła Lucia Tepper, która w swojej serii Make Up Your Mind opowiada o kosmetykach, które kupujemy z najróżniejszych powodów: tylko dlatego, że były w promocji; ze względu na fajną nazwę czy opakowanie; żeby załapać się na darmową przesyłkę... Dla mnie to był początek konsumowania treści o racjonalnym podejściu do kolorówki i myślę, że dla początkujących to dobry punkt wyjścia.

Z zupełnie innej beczki, Hannah Louise Poston weszła w rok 2018 z dwoma postanowieniami: przeżyć go bez robienia zakupów (za wyłączaniem uzupełniania palących braków) oraz udokumentować to wszystko na jej świeżo założonym kanale na YT. Jej filmy są mega długie, ale myślę, że ogromnie warte obejrzenia: sposób, w jaki Hannah analizuje swoje potrzeby; to jak głęboko wchodzi w introspekcję żeby zdemaskować pewne schematy myślenia jakimi same się oszukujemy nauczyło mnie BARDZO wiele. I po ponad roku nagrywania wciąż ma co omawiać, bo jej plan na rok 2019 to „urodowy budżet”: 200 dolarów miesięcznie i zestaw reguł jak można je wydać. Wbrew pozorom, pod wieloma względami jest to projekt trudniejszy niż jej „no-buy year”. Kiedy mamy zakaz zakupów, odpowiedź na każdą wątpliwość jest prosta: nie kupuj. Ale kiedy masz ograniczone zasoby jest długa lista za i przeciw, którą musisz rozważyć, więc po każdym filmie Hanny czuję się w pewnym sensie mądrzejsza. Polecam od serca.


To kwintesencja firm, którym chcę oddawać moją ciężko zarobioną krwawicę: marki wręcz autorskie, z których właścicielkami można sobie bez mała pogadać na Instagramie. Kreatywne, przedsiębiorcze, wysokiej jakości, polskie.


2. Czy chcę moimi pieniędzmi wesprzeć tę właśnie markę?


Myślę, że jest spora szansa, że rok 2020 będzie dla Hanny projektem w stylu „mój rok etycznych zakupów”, bo temat już się przewija. Na razie bez trzymania się żadnych reguł, a przez dogłębną analizę tego co może nas do danej firmy przekonać lub od niej odstręczyć.

Jeśli macie kwadrans, spójrzcie jak patrzy na to Hannah:




Plan Hanny jest taki, żeby pod koniec każdego miesiąca przeanalizować swoje wydatki i sprawdzić do jakich firm trafiły jej pieniądze. Jeśli macie wolną godzinę, zobaczcie jak wyglądało to w styczniu:



Ile wspólnego mam z Hanną jeśli o podejście do zakupów chodzi? Niezbyt wiele. Na pewno to, że na razie nie narzucam sobie żadnych twardych zasad. Ale w przeciwieństwie do niej już teraz staram się kupować produkty po dłuższym procesie myślowym biorąc pod uwagę kilka czynników, które najczęściej skreślają dla mnie markę.


Jakie firmy makijażowe chcę wspierać:


1. Najchętniej marki polskie. Na moim kosmetycznej wishliście na Pintereście przypinam sobie nazwy tych firm, więc kiedy będzie mi się kończył tusz do rzęs czy szminka, będę wiedziała do których sklepów zajrzeć poszukując zamiennika.

2. Bardzo chętnie marki indie, zwłaszcza te prawie „jednoosobowe”. Dlatego zawsze będę miała większą słabość do Glam Shopu czy Tune Cosmetics niż do obecnych w Rossmannie kosmetyków Eveline (które oczywiście też bardzo lubię!).

3. Chciałabym z czasem skupić się wyłącznie na markach nietestujących na zwierzętach (ani bezpośrednio, ani pośrednio godząc się na testy wraz z wejściem na rynek chiński). Dlatego nawet gdybym chciała kupić sobie ekskluzywną szminkę, to prędzej wybiorę Jeffree Stara niż chociażby MAC.

4. Nienawidzę podróbek i nie chcę kupować od marek, dla których „inspiracja” oznacza kopię 1:1. Dlatego wśród polskich marek nie wymieniłam Wibo czy Lovely, a z tych zagranicznych całkowicie skreślam Revolution. Oczywiście czasami granica między inspiracją a bezczelną kopią jest płynna, ale w przypadku tych konkretnych marek brak kreatywności jest aż bezwstydny.

5. Trochę w temacie podróbek, a trochę w temacie etyki w ogóle: nigdy nie zrobiłam zakupów na AliExpress i w dalszym ciągu nie planuję, ale szanuję że ktoś może chcieć tam kupić sukienkę albo gadżety do domu (a może i mi się zdarzy?). Natomiast nigdy nie pojmę kupowania kosmetyków na tej stronie i nigdy w życiu nie nałożyłabym na skórę czegoś o niepewnym składzie, wyprodukowanego w nie wiadomo jakich warunkach. Brrr.

6. Jeśli właściciel czy inna prominentna osoba w danej firmie narazi mi się na przykład mową nienawiści albo innym nagannym zachowaniem, byłabym w stanie zrezygnować z kupowania produktów danej marki nawet gdybym je lubiła. Na ten moment nikt poza antyszczepionkową Kat von D nie przychodzi mi do głowy, ale w tym przypadku było to dla mnie zerowe poświęcenie, bo jej produkty nigdy mnie nie interesowały.

Chcę, żeby to było jasne: jeśli Ty kupujesz takie produkty i nie masz zamiaru tego zmienić, nie myślę o Tobie ani trochę gorzej. To są moje rozważania i moje wybory, nigdy nie przyszłoby mi do głowy narzucanie ich komukolwiek. Jasne, mam cichutką nadzieję, że jak raz na parę miesięcy napiszę coś w temacie esencjalizmu, to znajdą się osoby, które w ten sposób zainspiruję do jakichś zmian – to byłoby epickie. Ale na mnie umoralniające kazania nigdy nie działały i nie chcę, by ktokolwiek myślał, że ja tutaj próbuję coś takiego wygłaszać.


To była bardzo spoko kredka, ale jednak wolę produkty prasowane.


Kosmetyk kupiony i co dalej?
Zużywaj co masz.


Jeśli już mamy w domu kosmetyki nawet najbardziej znienawidzonych przez nas marek, to nie ma sposobu żeby jakoś tym firmom nasze pieniądze odebrać, nawet jeśli wyrzucimy ich kosmetyk do śmieci. Więc kiedy patrzę na moje zbiory i dostrzegam produkty kupione przed przejściem na inny sposób myślenia, nie widzę tam wyrzutów sumienia, tylko kosmetyki do zużycia w pierwszej kolejności – tak, żeby móc zastąpić je ich „etycznymi” odpowiednikami.

Zresztą, nawet jeśli nie przeszłyśmy jakiejś wewnętrznej przemiany, to zapasy kosmetyczne mamy często aż przytłaczające. I tu proponuję to samo: zużywajmy to co mamy.

Świetny poradnik w temacie ograniczania zapasów kosmetycznych opublikowała ostatnio Basia, za co chwała jej! Generalnie gdyby podsumować temat, żeby zmniejszyć nasze zapasy musimy:

ograniczyć zakupy
+
zintensyfikować denkowanie produktów do końca.

O pierwszym pisałam na początku wpisu, a w temacie zużywania kosmetyków chciałabym wspomnieć o czymś, co wywarło na mnie ogromne wrażenie.


Project Pan Polska


Na zagranicznym YouTube (między innymi na kanale wspomnianej Lucii Tepper) dosyć silną pozycję ma „panning community”, co można by przetłumaczyć jako społeczność denkującą. Jednak wbrew zbieżności nazw „Project Pan” oraz „Projekt Denko” są to dwie zupełnie różne rzeczy.

Projekt Denko jest Wam raczej dobrze znany: nie kupujemy nowego żelu pod prysznic dopóki nie zużyjemy wszystkich zapasowych. W wykonaniu influencerek często wiąże się to z okresowymi podsumowaniami zużytków, pustaków czy denek właśnie. Projekt Denko jest w pewnym sensie pasywny: nie kupujemy nowych produktów z danej kategorii tak długo, aż w końcu będziemy mogły je kupić. Proste.

Project Pan polega na zużywaniu aktywnym: przede wszystkim na typowaniu wybranych kosmetyków, wyznaczania sobie określonych celów w czasie i regularnych podsumowań. Najczęściej wiąże się z różnego rodzaju wyzwaniami: „(wstaw liczbę) zużyć na wiosnę/lato/jesień/zimę”, rotacja kosmetyczna, pan that palette, ruletka cieni do powiek... ale wynika to bardziej z tego, że do popularnego wyzwania łatwiej jest znaleźć sobie towarzyszki broni do wzajemnego motywowania się :)

A propos motywowania się i inspirowania, to nareszcie społeczność „pannująca” zaczęła rozwijać się na naszym podwórku. Paulina nagrała film oraz założyła grupę Project Pan Polska, na której łatwo pogadać sobie o tym jak walczyć z zachciankami czy znaleźć sobie towarzystwo do podjęcia tego czy innego wyzwania. Na grupie są i blogerki, i osoby nieblogujące; minimalistki i chomiki; osoby podchodzące do tematu mega kompleksowo i kreatywnie jak Paulina właśnie czy ludki jak ja, które raportują postęp w zasadzie wyłącznie na grupie.




Niedługo minie rok odkąd udzielam się w PPP i jest masa rzeczy, które stamtąd wyciągnęłam. W ogóle nie używałam różu ani bronzera, mimo iż produkty takie zalegały w moich zapasach. Gdy za cel postawiłam sobie zużycie jednego z nich, nagle okazało się, że jednak chciałabym się nimi malować, tylko nie wiedziałam jak! A mój Projekt wymusił na mnie pierwsze próby, a w konsekwencji postępy i w końcu zużycie prawie nieruszonej kredki do konturowania do zera. Sukces ♡



Slow make-up, czyli esencjalizm w makijażu


Szczerze mówiąc, całe moje podejście do makijażu można by zamknąć w trzech wyżej omówionych punktach:

1. Przemyślana decyzja odnośnie dokonania jakiegokolwiek zakupu.
2. Głosowanie portfelem: wybór kosmetyku marki, której wartości pokrywają się z moimi.
3. Uczciwe zużywanie kosmetyków zamiast gromadzenia ich w nieskończoność.


Czy moja kolekcja makijażowa jest idealna?


A w życiu! Wiecie ile czasu zużywa się jeden kosmetyk typu szminka, cień do powiek albo róż? Kurde, chyba z milion lat. A tak na serio, to owszem, do moich Projektów wybieram głównie kosmetyki firm, których nie chcę już wspierać albo produkty po prostu nietrafione. I mimo, że denkuję je jakoś od czerwca zeszłego roku, to wciąż zostało mi ich całkiem sporo. Także oglądając moją kolekcję miejcie na uwadze, że wiele z tych produktów jest na wylocie i że zostaną zastąpione najczęściej markami, które przypięłam sobie na Pintereście.

Kosmetyki wybrane do aktualnego Projektu trzymam osobno, a moją właściwą kolekcję kosmetyków trzymam w takim oto organizerze kupionym we Flying Tiger:


Na blogu o kosmetykach pisałam już całkiem sporo: na Kosmeologice znajdziecie długą serię na temat komponowania własnych palet cieni do powiek, spis większości szminek jakich używam, recenzję jedynego kremu BB po jaki czasem sięgam... a ostatnio na IGTV pokazałam Wam całą moję kolekcję cieni! Kliknijcie tutaj by obejrzeć pierwszą część filmu.


Komory po lewej to w zasadzie miks produktów, których w większości nie chcę: wyjątkiem jest Liquid Primer z Pierre Rene czy gąbka typu Beauty Blender. W komorach obok są takie podstawy mojego makijażu: miniaturka kremu BB Skin 79 Orange, eyeliner, produkty do brwi i tusz do rzęs, korektory, różne odsypki do testów, róże, pomadki, transparentny puder sypki. Dalej na prawo widać moje palety cieni, a na samym końcu na prawo są w zasadzie same minerałki i spray fiksujący. Do odstrzału są głównie cienie w kremie (mam aż pięć! jeden z nich mam w aktualnym Projekcie) oraz pomadki: prawie wszystkie są marek zagranicznych, w tym niestety testujących na zwierzętach Bourjois czy Manhattan.

Tak więc przede mną jeszcze bardzo, bardzo długa droga, ale cieszę się, że już nią wędruję. Przypinanie ciekawych produktów polskich marek na wishlistę jest dla mnie mega ekscytujące – na pewno bardziej, niż przeczesywanie zasobów Rossmanna żeby koniecznie znaleźć coś do wzięcia na promocji 2+2, haha!

Na razie nie umiem powiedzieć jak radykalnie będę podążać za opisanymi tu wytycznymi. Na pewno mogę dzisiaj napisać, że złamanie którejś zasady raz na jakiś czas nie wydaje mi się żadną zbrodnią: chcę po prostu odejść od stanu, w którym 90% mojej kolorówki to było Wibo, Lovely, Maybelline i Bourjois, na domiar złego w sporym odsetku nieużywane. A tak to właśnie jeszcze do niedawna wyglądało.

Jeśli przetestuję wszystkie korektory pod oczy „preferowanych” firm i żadna nie będzie w stanie dorównać korektorowi XYZ, to pewnie byłabym skłonna uczynić z danej kategorii wyjątek i kupować go nawet gdybym ogólnie tej marki unikała. Ale głęboko wierzę, że w momencie kiedy testujące na zwierzętach marki zaczną dostawać 5% z tego, co kiedyś u nich zostawiałam, to mimo wszystko uderzy je to po kieszeni. A kiedy zsumujemy to z wysiłkami innych kobiet, to kto wie co może się stać! Jeśli z Chin mogą wycofywać się takie marki jak Covergirl czy Stila, a w samych Chinach zaczyna mówić się o zmianie ich regulacji prawnych to kurczę, chyba coś jest na rzeczy :)

Każdą z Was zachęcam do tego, by swoimi decyzjami zakupowymi dołożyć swoją cegiełkę. Ale ponownie: nie oceniam nikogo przez pryzmat tego jak postąpi. Nie moje pieniądze, nie moja twarz, nie moja sprawa.


***


A co Wy sądzicie? Na co zwracacie uwagę kupując kolorówkę? Czy są jakieś zachowania czy inne aspekty, które dla Was skreślają daną markę?

Całusy,
Ania

20 komentarzy:

  1. Bardzo przydatny wpis! Szzczerze mówiąc, osobiście nie maluję sie już od kilku miesięcy, ponieważ drogeryjne podkłady i tego typu cuda tylko szkodziły mojej cerze i nie wyglądały na niej najlepiej, do tego miałam wrażenie, iż moja skóra wówczas nie oddycha. Myślę, że wkrótce przetestuję jakieś mineralne kosmetyki, zawsze to dla skóry zdrowiej ;)
    obserwuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się maluję, ale podkładu nie używam w ogóle, a jeśli już bym miała na niego ochotę to w zapasie mam zawsze podkład mineralny - jeśli nie próbowałaś, to polecam dać im szansę :)

      Usuń
  2. Ja cały czas nie pogodziłam się z tym, że nie używam bronzera w ogóle, nadal się łudzę i trzymam w szufladzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bronzer kamieniu kupiłam jakoś pięć lat temu, potem gdzieś rok-dwa temu dokupiłam kredkę do konturowania. Jedno i drugie leżało prawie nietknięte, bronzer w końcu wyrzuciłam z obaw o jego zdatność do użytku. A dzięki Project Pan nie tylko zużyłam całą kredkę, ale w dalszym ciągu chce mi się robić ten krok w makijażu :)

      Usuń
  3. Mnie hamuje brak kasy, ale nigdy nie kupowałam i nie kupię kosmetyku niewiadomego pochodzenia, na Aliexpress, podróbek, ani tych inspirowanych. Jeśli chodzi o polskie, to też niekoniecznie każdej polskiej firmy. Wolę ich mniej, ale zużywać z przyjemnością, cieszyć się nimi, nie muszą to być też kosmetyki koniecznie polskiej firmy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy wpis :) Mam bardzo dużo kredek do oczu, których nie używam. :/

    Pozdrawiam :)
    Moncia Lifestyle

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajny wpis! Przeczytałam i bardzo chciałabym dojść do twojego poziomu minimalizmu - ja niestety dalej łapię się na promocje typu 2+2 albo darmowa dostawa ;C
    I dzięki za ciekawe linki na yt - zaraz zabieram się za oglądanie :D
    od siebie mogę dodać, że mimo dalej poddawania się promocjom znaaaaacznie ograniczyłam kupowanie gdy odsubowałam/przestałam obserwować typowo makijażowe kanały/blogi. Nie kuszą mnie nowe szminki od GR gdy o nich nie słyszę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby nie było, ja do tego momentu też dochodziłam długo i wiele razy na promce w Rossmannie wmówiłam sobie, że czegoś chcę/potrzebuję tylko po to, by nigdy po to nie sięgnąć. Sama pewnie nie doszłabym do tych wszystkich wniosków, ale na szczęście takie osoby jak podlinkowane youtuberki zrobiły to za mnie ;D

      Usuń
  6. Temat rzeka ;) Ale dobrze, że go poruszasz ;)
    Sama ostatnio łapię się na tym, że nie mam już cierpliwości do testów. Nowy kosmetyk i kula w płot, nerwy. Nie jestem jedną z tych osób, które w bólach będę zużywać kosmetyk, który mi nie pasuje lub mnie podrażnia. Dlatego do przymusowego zużywania się nie nadaję. Ostatnio też łapię się na tym, że kupuję polskie produkty marek, które chce wspierać. Chciałabym odejść od koncernów (chociaż korektor z Maybelline jest fajny). Nie jestem za azjatycką pielęgnacją. Nie chcę wspierać tych marek. Ostatnio koleżanka polecała mi super azjatycki krem pod oczy, bo żaden polski nie daje takiego efektu. Odpowiedziałam jej, że nie chcę u siebie azjatyckiej pielęgnacji ze względu na moje przekonania.
    Mniej korzystam z promocji, w Rossmann kupuję mleko. Starość nie radość, ale chociaż wreszcie rozsądek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kosmetyku który mnie podrażnia/zapycha też bym nie zużywała! Ale słabo utrwalający żel do brwi, nieco zbyt perłowa pomadka czy baza pod cienie w sztyfcie (kiedy wolę te w tubce) to rzecz, z którą można się przemęczyć i albo zdenkować, albo chociaż porządnie nadszarpnąć zanim pójdzie do kosza :)

      Ten korektor z Maybelline lubię bardzo i póki co to jest jedna z tych rzeczy, gdzie naprawdę nie wiem ile czasu zajmie mi znalezienie zamiennika... :( Ale w razie czego nie uważam, żeby zbrodnią było mieć w całej kolekcji garstkę takich produktów - grunt, żeby nie dostawali już wszystkich/większości moich pieniędzy!

      Usuń
  7. A ja mam pytanie odnośnie filtrów, natknęłam się niedawno na poniższy artykuł(?) i jestem ciekawa jakie masz zdanie jako lekarz, powiem szczerze że słysząc tak skrajne opinie sama już nie wiem co mam myśleć jako konsument.
    Czy kupować, stosować filtry i unikać słońca, czy też korzystać ze słońca w granicach rozsądku bez filtrów, suplementować/czy nie witaminę D, ufać intuicji? Od punktu 9 jest mowa o lekach i filtrach:

    https://prawdaxlxplzdrowie.wordpress.com/2015/06/11/bezpieczne-opalanie-jak-produkowac-witamine-d-bez-szkod/

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od tego, że samą stronę odradzam jako źródło informacji. Widzę na niej parę sensownych rzeczy, ale jest też bardzo dużo antynaukowego bełkotu: od propagandy anty-GMO po "Zwalczanie nowotworów sodą oczyszczoną – przepis". W samym artykule rzeczy prawdziwe też są wymieszane z potworną ilością ścieku.

      Oczywiście wszystko zależy od tego jaki masz styl życia, ale jeśli taki w miarę "standardowy", to znaczy jedziesz do pracy w jakimś pomieszczeniu (typu biuro, bank, szkoła...), po pracy jakieś zakupy i popołudnie spędzasz w domu, to moim zdaniem filtry nie są koniecznością (ale są najlepszym eliksirem młodości jaki istnieje, jeśli ma to dla Ciebie znaczenie), ale witamina D jest obowiązkiem. Polecam leki bez recepty zamiast suplementów.

      Jeśli się opalamy, to ZAWSZE z filtrami.

      Usuń
  8. Brzmi bardzo znajomo ;))
    Bardzo podobają mi się Twoje kryteria doboru i wyboru kosmetyków...
    na pewno do przemyślenia i refleksyjnego/racjonalnego wydawania pieniędzy :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Z doświadczenia wiem, że jeśli coś z kosmetyków mi nie pasuje albo z innych powodów (lenistwo, brak okazji itp.) ich nie używam, to żadne "denko" tego nie zmieni. Nauczyłam się zatem od razu puszczać takie rzeczy w obieg i znajdować im nowy dom - biorę do pracy i pytam, czy któraś z koleżanek chce, a jeśli nie, to oddaję na olx, najczęściej za darmo, wolę żeby ktoś skorzystał, niż miałabym wyrzucić. Na szczęście mało jest takich rzeczy, z kosmetycznym zakupoholizmem nigdy nie miałam problemu, czasem zdarzy się jakiś nietrafiony prezent czy zakup. I najlepszy przykład - musiałam kupić i oddać koleżance aż trzy eyelinery zanim pogodziłam się z tym, że nie umiem sobie zrobić kreski i nie mam czasu na dziesięć prób co rano ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod znaczną częścią tego co napisałaś mogę się podpisać! Grunt, że doszłaś do wniosków, które Ciebie satysfakcjonują :)

      Usuń
  10. Wspieranie polskich marek też stawiam sobie za punkt (wysoki) przy zakupach :) Uświadamianie (i edukowanie) ludzi jest ważne! Super, że napisałaś taki post :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Super Taki makijaż jest najlepszy

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo ciekawy wpis :)
    Również staram się zmierzać ku lepszemu :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger