11/08/2018

Trudny kompromis w slow fashion dotyczy obuwia. A oto dlaczego.



Dobrej jakości buty to rzecz, w którą warto zainwestować – to hasło, z którym zgadza się chyba każdy, kto dobrej jakości obuwie nosi. Zacznijmy od kwestii zdrowotnej: dobrze zaprojektowany but o odpowiedniej wysokości obcasa, sztywniejszej cholewce czy innych walorach konstrukcyjnych potrafi poprawić nam dzień jak mało co! Ten, komu zdarzyło się spędzić cały dzień na nogach w niewygodnym obuwiu wie co mam na myśli. I nie chodzi mi tylko o niebotycznie wysokie obcasy! Płaskie jak naleśnik trampki czy baleriny o podeszwie tak cienkiej, że czujemy przez nią każdą nierówność chodnika też potrafią dać nieźle w kość. Nie zapominajmy też o odpowiednio wyprofilowanym wnętrzu buta. Na dobrej konstrukcji obuwia zyskują nie tylko nasze stopy same w sobie, ale i kręgosłup. Szczerze mówiąc dla mnie samo zdrowie i wygoda to kwestie wystarczająco ważne, by trzymać się butów wyższej jakości.



Buty a środowisko


Ale to przecież nie koniec. Pomówmy o względach środowiskowych. Jak wiadomo, tanie czy kiepskiej jakości buty (bo to przecież nie to samo!) często niszczą się, potrafią rozlecieć się czasem po jednym sezonie intensywniejszego noszenia. Oczywiście, zwłaszcza w przypadku najtańszych modeli (jak na przykład trampki) można by przyjąć zasadę kupowania nowych co sezon. Niestety, jest to straszne marnotrawstwo... Wyprodukowanie nawet taniej pary butów to obciążenie dla środowiska, a jeśli zostaną one zrobione za granicą (choćby w Chinach, Bangladeszu czy innych krajach tego rodzaju) to gwoździem do trumny staje się transport towaru do Europy, z czym wiąże się ogromny ślad węglowy. O etycznej stronie kupowania w takich krajach pisałam już wcześniej, więc teraz tylko o tym aspekcie przypomnę. A na dobitkę zwróćmy uwagę na zakupy internetowe, które znowuż wiążą się z pakowaniem produktu najczęściej w plastikowy worek firmy kurierskiej oraz kolejnym etapem transportu.

Jak dobrze, że jest skóra ekologiczna...?


Osobną kwestią pozostaje surowiec z którego nasze buty zostaną wykonane. Najpierw rozprawmy się z najoczywistszym mitem: tak zwana skóra ekologiczna (czyli skaj) nie ma z ekologią nic wspólnego. Ze skórą zresztą też nie (może poza wyglądem, ale i to wrażenie kończy się najczęściej po kilku założeniach danej pary). Jednak surowiec ten to najzwyklejszy syntetyk, czyli coś, co będzie rozkładało się przez setki lat. Oczywiście, skaj skajowi nierówny. Buty z niego wykonane wychodzą czasem od bardzo uznanych marek i chociaż nigdy sobie takich nie sprawiłam, to ogólna opinia jest taka, że tego typu buty potrafią czasem trochę wytrzymać. Oczywiście im gorszej jakości będzie sztuczna skóra użyta do ich wykonania tym mniejsze szanse, że przetrwają choćby rok częstszego noszenia. Przy czym warto podkreślić: drogie, porządne buty ze skóry syntetycznej, które wytrzymają te pięć lat DALEJ stanowią problem w postaci niesłychanie powolnego rozkładu.

Butami z tworzywa sztucznego są też wszelkie gumiaki (od pospolitych kaloszy, przez Crocsy po słynne meliski) czy znaczna część obuwia sportowego, zwłaszcza specjalistycznego i pokrytego różnego rodzaju membranami i tak dalej. Nie mam pojęcia jak jest z melissami, ale kalosze są dla mnie butami niezniszczalnymi i, co ważniejsze, nie do zastąpienia żadnym innym typem nie-sztucznego buta. Więc te dwie kategorie osobiście rozpatruję osobno i nie unikam ich.

Sympatyczną alternatywą są buty z tkaniny: espadryle, trampki... W przypadku tych ostatnich podeszwy są oczywiście sztuczne, ale obuwia bez takowych ogólnie raczej łatwo nie znajdziemy. Oczywiste jest też, że w naszej strefie klimatycznej nie można się na butach z tkaniny oprzeć do końca. Warto tu jednak zastosować tę samą logikę, którą opisałam wyżej:

- zwracać uwagę na to, by buty były z naturalnej tkaniny (a nie na przykład poliestrowej),
- wybierać buty lepszej jakości, które będziemy wymieniać rzadziej i przez to produkować mniej odpadów,
- w miarę możliwości trzymać się marek, które nie produkują swoich wyrobów w sweat shopach.

Przedostatnią opcją są buty skórzane. Skóra licowa, lakierowana, welur, nubuk, zamsz... jest tego od groma, więc w zasadzie każdy może znaleźć coś dla siebie. Skóra jest wytrzymała, pozwala stopie „oddychać”, po wyrzuceniu butów znaczna ich część po prostu rozłoży się. W czym więc tkwi problem? W kwestiach etycznych, oczywiście. Ja osobiście nie mam nic przeciwko skórze naturalnej, co nie znaczy, że nie skusiłyby mnie jej zamienniki opisane poniżej.



Niesyntetyczne alternatywy dla skóry


XXI wiek jest tak super, że pojawiają się na rynku buty nie ze skóry, nie z tkaniny, a jednak biodegradowalne. A robi się je... z ananasa. Albo grzybów czy nawet jabłek. Ja liznę tylko temat, a bardziej zainteresowanym polecam grupę „Wegańskie obuwie iakcesoria / Buty”

Zacznę od najbardziej uznanego wynalazku, czy Piñatexu. To „(...) materiał powstały z włókien liści ananasa. Jego produkcja nie wiąże się z eksploatacją środowiska, ponieważ pozyskiwany jest z istniejących już upraw ananasów. Do niedawna ich liście były odpadem produkcyjnym, ale niedawno wynaleziona technologia pozwoliła wykorzystać wspaniałe zalety włókien i przetworzyć je w oddychający, mocno odporny na wodę, wytrzymały materiał o bardzo oryginalnym wyglądzie. Przy okazji powstania tej technologii utworzono wiele nowych miejsc pracy!” (źródło)
źródło
Absolutnie przecudne są też moim zdaniem buty z korka, spójrzcie tylko na te oksfordy! No marzenie. Na razie nie do zrealizowania (539 zł...), ale w przyszłości? A propos przyszłości, po ananasie (dość już rozpowszechnionym) przychodzi czas na skórę grzybową. Akcesoria takie jak buty czy torebki wykonane w tej technologii chyba jeszcze nigdzie (?) nie są dostępne od ręki, ale w ramach startupu można składać już pierwsze zamówienia na przykład na taką oto torbę (klik!). Szczerze mówiąc, faktura tego rodzaju „skóry” wygląda moim zdaniem OBŁĘDNIE, jeszcze lepiej niż korek. Cena też jest „jeszcze lepsza” (150 dolarów za kosmetyczkę/piórnik/kopertówkę, 500 dolarów za wielką torbę typu shopper), ale przecież jeszcze do niedawna takie były ceny za wyroby z Piñatexu. Oczywiście dalej są one wysokie, ale są już na etapie porównywalności z takimi markami jak na przykład Ecco, zobaczcie:


Po prawej skórzane Ecco za 599 zł, po lewej ananasowe Nae za 429 zł.



Nowością jeszcze chyba większą niż skóra grzybowa jest skóra z jabłczanych obierek. Na razie ceny są trochę kosmiczne (328-348 dolarów za parę butów na obcasie z biżuteryjnym dodatkiem), ale ponownie: bardzo wierzę w to, że popyt na alternatywy dla skóry zwierzęcej doprowadzi do spadku cen takich wyrobów.

Z tego co wiem, opcją jest też zakup tego rodzaju surowca i zrobienie butów na zamówienie u kaletnika.


Podsumujmy temat: jak kupować buty?


Odpowiedź na to pytanie oczywiście zależy od tego czym się kierujemy, co jest dla nas ważne, jakie mamy budżety, styl życia i tak dalej. Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi kiedyś, że ma tak zwaną „ciężką stopę” i że buty rozwalają jej się po sezonie niezależnie od tego jak drogie i porządne by nie były. Parę podobnych komentarzy znalazłam we wspomnianej wcześniej grupie:



No i myślę sobie, że chyba nikt nie będzie krytykował tych osób, że wolą celować w buty tańsze, nawet syntetyczne, skoro i tak prędzej niż później zostaną zajechane i trzeba będzie kupić kolejne. Wiosną, latem można chodzić w trampkach z tkaniny, ale chyba nikt nie skaże ich na takie ekscesy zimą.

Czym innym będzie się też kierowała wegetarianka czy weganka, a czym innym zwolenniczka slow fashion: czyli w moim rozumieniu mody z naciskiem i na etykę, i na środowisko.

Dla mnie opcją domyślną bez dwóch zdań pozostają buty ze skóry zwierzęcej oraz tkanin. Tak się składa, że akurat odczuwam brak paru modeli butów w mojej szafie i nie licząc espadryli czy trampek właśnie, zamierzam trzymać się mojej ukochanej czarnej skóry licowej. Liczę na to, że tak uzupełniona kolekcja będzie mi służyła wiernie co najmniej przez kilka lat... a wówczas, gdy ta czy inna para odejdzie na zasłużoną emeryturę, chciałabym docelowo wymienić ją już na obuwie z ananasa, grzybów, jabłek czy czegokolwiek co będzie wówczas w moim zasięgu.

Póki co drugą najważniejszą braną przeze mnie pod uwagę rzeczą będzie szeroko rozumiana jakość obuwia. Bo przecież skóra (albo wysoka cena) nie jest równoznaczna z jakością wykonania! Na pewno z nią koreluje, ale są od tej reguły wyjątki i to liczne. Świetny film w tym temacie znajdziecie poniżej, ale prawda jest taka że najwięcej wiedzy zdobywa się jednak z doświadczeniem. U mnie nawet bardzo tanie skórzane buty (na przykład linia Lasocki dla CCC) zdają egzamin, ale wiem że nie u każdego tak będzie.





Równie ważne jest dla mnie dbanie o te buty, które posiadam. Dziś na Stories pokazałam Wam rząd oczyszczonych, zaimpregnowanych, wypastowanych i wypolerowanych butów gotowych na powoli rozpoczynający się sezon jesienno-zimowy. Buty, o które się dba starczają na dłużej, a więc dłużej nie potrzebujemy kupować nowych par. Obuwie to też doskonały przykład produktu, który opłaca się naprawiać! Mam ulubiony zakład szewski w Gdańsku (w Gdyni chyba ani razu nie musiałam korzystać z takich usług) i wierzcie mi, osoby tam pracujące potrafią działać cuda. Jeśli pamiętacie mój poprzedni tekst to na pewno skojarzy się Wam, że wobec tego obuwie są polem, gdzie możemy bardzo wykazać się w ramach „Reuse”: właśnie przez dbałość i naprawy. Doskonale wpisałoby się tutaj także kupowanie butów z drugiej ręki, bo w lumpeksach stosunkowo często zdarzają się pary nienoszone czy wręcz z metkami! Używane odradzam, bo pomijając kwestie higieniczne urobione przez kogoś wnętrze buta może spowodować i u nas wykoślawienie stopy czy wady postawy.


Ostatnią kwestią do poruszenia są też problemy moralne. W Polsce mamy to szczęście, że dużo jest u nas polskich marek obuwia skórzanego co zdecydowanie zwiększa szansę trafienia na model, który nie był „Made in China”. Zresztą wspieranie lokalnego przemysłu to tylko kolejna rzecz którą warto rozważyć przed zakupem. Nie licząc dużych marek (jak Ryłko czy Wojas) warto pamiętać też o tych mniejszych jak Miummash, Balagan i wiele, wiele innych.

Moja kolekcja butów!



Żeby ten wpis nie był taki poważny (zwłaszcza, że poprzedni był w podobnym tonie) pomyślałam, że pokażę Wam po prostu te buty które mam i te, które mi się marzą. Uprzedzam, że żadnych ciekawych, nietypowych modeli u mnie nie uświadczycie, bo lubię proste buty. Po pierwsze takie mi się po prostu podobają, a po drugie im są prostsze tym do większej ilości zestawów pasują i sumarycznie można mieć ich po prostu mniej. A ja zwykle wolę mniej ;)




Jak widać, kocham czarną skórę! Tę kolekcję pokazywałam Wam dzisiaj także na Stories i tam butów jest więcej, bo najpierw wszystkie odświeżyłam, a potem podjęłam decyzję o pozbyciu się niektórych par. Prawda jest taka, że przykładowo moje kiedyś ukochane glany zachowałam głównie z sentymentu, bo nie miałam ich na nogach chyba od połowy studiów.

Co zostało? Moje jedyne sandały (Lasocki via CCC), które kocham za połączenie brązu z czernią: są dzięki temu tak uniwersalne, że jak kiedyś się rozpadną to będę szukała jak najbardziej podobnych. Mam je z trzy lata i nic im nie jest póki co.

Czarne baleriny marki Flexx. Ta marka słynie z tego, że robią najwygodniejsze płaskie buty (baletki, mokasyny itp.) i rzeczywiście, nigdy nie miałam nic równie wygodnego, a przerobiłam w życiu mnóstwo balerinek. Te są na dosyć grubej podeszwie ze świetną amortyzacją pod piętą. Mam je dwa lata, stan idealny.

Zamszowe czółenka z odkrytym palcem. Jedna z najgłupszych decyzji zakupowych w moim życiu! Przed studniówką postanowiłam zainwestować w porządne, wygodne, skórzane buty na obcasie, żeby mieć coś uniwersalnego na większe wyjścia. No i mądra Ania wybrała model peep toe i to z zamszu... Nie wiem, miałam chyba jakieś zaćmienie mózgu. To moje jedyne czółenka, więc jak już nie da się inaczej to czasem je włożę, ale przecież na konferencji czy w kościele kiepsko się w czymś takim pokazać i zawsze stoję wtedy przed dylematem, a potem najczęściej wzuwam baleriny. W sumie to powinnam kupić jakieś klasyczne buty na obcasie, ale wiedząc że będę nosić je góra raz-dwa razy w roku tak mi się nie chce...

Czarne mokasyny (Lasocki, CCC) to mój najnowszy nabytek: jakoś z miesiąc temu złapałam je na -40% i jak na skórzane buty, zapłaciłam za nie grosze. Mokasyny długo były modelem, którego fenomenu kompletnie nie mogłam zrozumieć, ale w końcu bardzo takowych zapragnęłam i oto mam! Ale nie zdążyłam ich za wiele ponosić zanim się ochłodziło.

Z pepegami koło nich wyszło dosyć śmiesznie. W tym roku pierwszy raz wybrałam się na Open’er Festival. Do tej pory chyba jakoś pechowo często wypadał on w okresie totalnych ulew i do ostatniej chwili nastawiałam się, że cały festiwal spędzę w kaloszach. Tymczasem było nad podziw ciepło i sucho, więc w ostatniej chwili, dosłownie kilka godzin przed pierwszym koncertem festiwalu, popędziłam do chińskiego sklepu żeby kupić jakieś buty, które po ewentualnym zadeptaniu po prostu wyrzucę. O dziwo wytrzymały, a ja dalej w nich pomykam. To moje jedyne nieskórzane buty (nie licząc sportowych) i nie mam złudzeń, że przy cenie 20 zł wytrzymają długo, ale na pewno będę później szukać podobnych w wersji skórzanej.

Obok nich stoją moje przedwieczne botki – mam je pięć lat i poza tym, że cholewka się pofałdowała, są w stanie doskonałym. Nie licząc czółenek są to moje jedyne buty na konkretnym obcasie i są tak nieprawdopodobnie wygodne, że kompletnie tego nie czuć, mogłabym w nich śmigać codziennie. Na kartonie stoi „Loretta Vitale”: mi to nic nie mówi, a kupiłam je w nieistniejącym już butiku z włoskimi butami w moim rodzinnym miasteczku. Dzisiaj wiem, że przed deformacją cholewki uratowałyby je odpowiednie prawidła i przed zakupem następnych botków (mam nadzieję, że nieprędko) na pewno sobie takie sprawię.

Przedostatnie buty to takie nietypowe trzewiki-workery. Nietypowe dlatego, że są to buty do jazdy konnej, które wpadły mi w oko w Decathlonie! Jest to dokładnie TEN model i są super wygodne, dobrze się po nich chodzi nawet zimą. Są jednak mniej smukłe niż by się wydawało, do niektórych spodni prezentują mi się trochę męsko. Dlatego zamierzam je zastąpić czymś zgrabniejszym, a te zostawić na spacery z psem i tak dalej.

I na koniec kalosze! Czarne sztyblety za jakieś 15 zł, kupione w Auchan czy innym Carrefourze. Jeśli wstaję rano i widzę, że pada, to nie chcąc narażać skórzanych butów na przemoczenie i zniszczenie wciągam najzwyklejsze kaloszki. Wygoda niesamowita.




Żeby nie było, zdarza mi się czasem nosić buty w innym kolorze niż czarnym: a konkretnie brązowe i żadne inne. Chociaż będę szczera: dwie z tych par kupiłam z pięć lat temu i obecnie prawie ich nie noszę: chodzi o trzewiki HD na prawo i jazzówki Bata w samym środku. Nie wiem czemu, jakoś zapomniałam o nich.

Te sfatygowane i, co tu dużo mówić, nieładne sandały NIK po lewej to z kolei takie moje sandały ratunkowe, które noszę wyłącznie na bardzo długie piesze wycieczki. Te wyglądają kiepsko, ale ogólnie nubukowe sandały NIK z ich bosko wyprofilowaną podeszwą to jest naprawdę wygryw. Marzę, żeby te się już rozsypały, żeby móc sobie kupić nowe tej samej marki! Cholery mają z siedem lat i poza wyglądem nic im nie doskwiera :/

Te balerinki z kontrastowym czubkiem dostałam w prezencie bodajże na wiosnę. Nie wiem jak to wyszło, że ani razu ich nie założyłam: mam wrażenie, że najpierw ciągle padało, a potem BUM, przyszła letnia fala upałów. Tak więc zakonserwowałam je na zimę i jeśli potem do lata nie zacznę ich nosić, to je po prostu oddam albo sprzedam. Wizualnie mi się na pewno podobają, jakości po Wojasie też spodziewam się porządnej.

Jedyne nie-czarne buty jakie kupiłam w ciągu ostatnich pięciu lat i jakie dalej noszę to mokasyny Escott. W przeciwieństwie do tych czarnych od Lasockiego (nowoczesnych i eleganckich), te są mocno babcine. Ja to w nich uwielbiam, ale na przykład moi rodzice dostają białej gorączki na ich widok! Więc do domu nigdy w nich nie jeżdżę; jak widać mam dużo innych par do wyboru...

Więcej butów nie mam. To znaczy mam sportowe, służbowe czy kapcie, ale nie widzę sensu pokazywania ich w tym wpisie. Natomiast parę modeli, które pasują do mnie i które z czasem chciałabym nabyć to na pewno kilka kolejnych par butów z czarnej skóry (przede wszystkim oksfordki, sztyblety, pantofle hrabiego :D, a z czasem nowe botki i baletki od Miummash), granatowe espadryle i trampki: może dla odmiany jakieś jasne? Ten temat będę musiała przemyśleć ;)

Jak dużo par butów posiadacie? Jakie są Wasze ulubione marki?

Ania



19 komentarzy:

  1. Jeny, chcę kiedyś jakieś buty z tych nowych eko bio organic materiałów! Na razie cena jest strasznie wysoka, ale mam nadzieję, że kiedyś te produkty będą bardziej popularne i tanie.
    Najbardziej lubię:
    szpilki taneczne Akces - obłędnie wygodne, a do tego bardzo ładne. Mam dwie pary, obie z zakrytymi palcami i paseczkami do zapięcia. Srebrne (ślubne) już podniszczone niestety, ale czarne wciąż się trzymają i regularnie je noszę.
    czarne botki Badura - płakałam jak płaciłam, ale są tak obłędnie cudownie piękne i wygodne i w ogóle, że teraz żałuję, że nie kupiłam drugiej pary na zapas ♥
    buty trekkingowe Salomon - mam dwie pary, jedne w góry i jedne do chodzenia na co dzień. Te codzienne wyglądają już na znoszone, ale kurczę, wciąż się świetnie trzymają, a to już parę lat noszenia dzień w dzień przez cały rok!
    Powinnam kupić: nowe sandały na lato, takie pół sportowe (w poprzednich już mam dziurę w podeszwie, ale mam je chyba z 6 lat!) i może nowe Salomony na co dzień. I myślę też nad botkami lub kozakami na słupku, od paru lat szukam idealnych i coś znaleść nie mogę, a poprzednie dorobiły sie dziury parę lat temu.
    Generalnie z butami jak z ciuchami - jak już coś kupię i mam, to zazwyczaj tak mi się podoba, że mogłabym mieć to lata i marzy mi sie, żeby się nigdy nie zużyło. Dlatego raczej wyszukuję takich nawet drożsych, ale porządnych, trwałych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie jakbym miała kupować prawdziwie eleganckie czółenka (z zakrytymi palcami przede wszystkim) to mogłabym rozważyć buty do tańca za względu na wygodę, ale jednak są one bardzo ozdobne i ciężko mi wypatrzeć na stronie Akcesu coś dla mnie ;<

      Jakby miały wrócić do Polski prawdziwe zimy* (oby nie) to też będę musiała sprawić sobie jakieś buty trekkingowe, bo dużo chodzę piechotą. Ale w Salomonach niezbyt podoba mi się to, że w zasadzie wszystkie modele poza jednym wyglądają na takie bardzo, bardzo sportowe. A takie Timberlandy z moimi ubraniami gryzłyby się o wiele mniej, zresztą to marka z ciekawą filozofię (podeszwy robią ze starych opon, jak korzystają z bawełny to z organicznej, za każdą parę sprzedanych butów sadzą drzewo...) - to coś w sam raz dla takiego oszołoma jak ja ;D

      * Pamiętam, że na pierwszych latach studiów glany były czasem jedynym powodem dla którego udało mi się dotrzeć na uczelnię na czas nawet mimo stojących tramwajów itd., potrafiłam zapierdzielać w nich z naprawdę sporą prędkością nawet w grubych warstwach śniegu! Ale teraz się ich pozbędę, dlatego gdyby przyszły zaspy to bez treków się pewnie nie obejdzie.

      Usuń
    2. Aniu z tego co pamiętam to mamy ten sam rozmiar buta, jakbyś nie miała komu oddać swoich zbędnych par to ja jestem chętna :)

      Usuń
  2. Jestem wybredna co do butów, noszę je długo, ale muszą być mega wygodne i ze skóry. Jestem za biedna żeby wydawać na byle co, dlatego raz na jakiś czas robię ruinę w portfelu, czego nigdy nie żałuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, dobrze powiedziane - jestem za biedna żeby kupować tanie buty ;))) To znaczy jak komuś się tanie sprawdzają to ZAZDROSZCZĘ. Ale nie ma mnie w tym gronie szczęśliwców ;)

      Usuń
  3. Bardzo fajny post. Dziekuje.
    Czy mozna poprosic o wpis na konkretny temat? Zatastanawiam sie nad parasolowymi filtrami chemicznymi, ktore ostatnio zostaly zabronione w kilku krajach (np Tajlandii https://edition.cnn.com/travel/article/palau-sunscreen-ban-environment-intl/index.html). Co o tym sadzisz i jaka polecasz alternatywe (jesli filtry fizyczne, to jakie)?
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Na temat tych składników pisałam już kiedyś na fanpage'u, polecam śledzić Kosmeologikę na Facebooku żeby być na bieżąco z takimi newsami! :)))

      Na szczęście problem dotyczy "tylko" dwóch składników, a po przeczytaniu wtedy tych doniesień sprawdziłam i okazało się, że nie mam bodajże ani jednego kosmetyku z Oxybenzone czy Octinoxate. Także ja zostałam po prostu przy swoich kremach i ewentualnie testując inne produkty będę pamiętać o sprawdzeniu składu pod kątem jednego dodatkowego kryterium.

      Ciężko będzie podpowiedzieć mi coś z filtrami fizycznymi, bo przetestowałam ich tylko kilka i wszystkie były beznadziejne, więc dałam sobie spokój. Ale jeśli szukasz opinii na ich temat to polecam blogi o naturalnej pielęgnacji, bo te dziewczyny często całkowicie przekreślają filtry chemiczne i siłą rzeczy testują wyłącznie fizyczne :)

      Od siebie mogę polecić jeszcze ten wpis: https://www.kosmeologika.pl/2017/09/co-zamiast-filtra-ochrona-przed-uv-bez.html

      Usuń
  4. Ja mam trzy typy butów - skórzane: czółenka, zakryte sandały, kozaki, botki i półbuty; sportowe z tych cienkich membran, nie są pewnie ekologiczne, ale przewiewne i fajne na wiosnę i lato oraz trekkingi wodoodporne, których używam podczas deszczowej pogody. Kaloszy nie mam, bo u mnie tę funkcję pełnią trekkingi, w których super się chodzi :). Dbam o buty i one rzadko mi się niszczą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Buty jeździeckie to dobra rzecz :) mam kalosze jeździeckie z Decathlona i sztyblety marki Pascuello (na zamówienie, allegro u szewca).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Gdybym miała kupować wysokie kalosze to jeździeckie z Decathlona >>> Huntery i inne modele. Ale mi się wysokie buty podobają właściwie tylko do kiecek, a praktycznie nigdy ich nie noszę, więc zostałam przy sztybletach :)

      Usuń
  6. Ja mam 11 par butów, prawie wszystkie pokazywałam na blogu, ewentualnie nastąpiła jakaś roszada, jedne do kosza/na sprzedaż jedne nowe:)
    Mam podobne dylematy co Ty, jeżeli chodzi o skórę, że jednak te zwierzęta na tym cierpią, ale na razie nie znam wygodniejszego i trwalszego obuwia, dopasowanego do moich potrzeb. Kusi mnie spróbować butów z ananasa, ale za drogie jak na mój obecny budżet, może jak tworzywo stanie się bardziej popularne? Bo na dodatek nie mam gwarancji, że będą się na stopie zachowywać tak jak tego oczekuję. Marzą mi się lakierowane mokasyny np. w kolorze granatu, albo szare szpilki, ale na obcasach chodzę tak rzadko, że żal kupować kolejną parę. Ogólnie kieruję się zdrowym rozsądkiem/minimalizmem, że im mniej tym lepiej, również dla środowiska :)

    Bogusia (z piekno i minimalizm), niestety nie mam się jak zalogować, bo korzystam z nie swojego komputera

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kwestia trwałości tych alternatyw dla skóry to też ważny temat: nie znam osobiście nikogo, kto miałby powiedzmy pepegi z Pinatexu i to na dodatek od kilku lat, żeby można było zobaczyć w jakim są stanie. Może ja będę pierwsza ;P

      Usuń
  7. Mi się wydaje, że mam mało butów, ale jak zsumuję, to się trochę zbierze :P A bo jedne klapki, jedne sandałki, jedne balerinki, jedne na obcasie, botki eleganckie, botki workery, kozaki, śniegowce, buty trekkingowe, trampki (tu kilka par, ale wszystkie niskobudżetowe), sportowe bardziej na siłownię (te niebieskie, pewnie pamiętasz), sportowe z grubą podeszwą bardziej do lasu... Zbierze się kilkanaście par, a niby nie mam garderoby ze szpilkami ze wszystkimi kolorami tęczy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nawet jak się trzyma jednego koloru to żeby mieć obuwie na każdą pogodę, na każdą okazję i do każdego ubioru to trochę się tego zbierze ;) Właśnie dlatego tak wygodnie było mi to uprościć (kiedyś dążyłam do tego żeby mieć wszystkiego po dwie sztuki, w wersji czarnej i brązowej).

      Usuń
  8. To jest niezwykle ważny temat, serio mi teraz zadałaś zagwostke i mimo, iż zazwyczaj staram się wybierać mądzre buty, wybierac te na lata albo z eko materiałów to teraz pora przyjrzeć się jeszcze bardziej szafie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze cieszę się jeśli zainteresuję tematem także te osoby, którym nie do tej pory nie leżał on na wątrobie ;D

      Usuń
  9. U mnie od kilku slow fashion lat sprawa jest prosta, but = skóra. Bardzo ważna jest dla mnie jakość wykonania. Razem z M mamy świra na punkcie butów (tak, to my mamy co tydzień sesje czyszczenia obuwia :P). To przyszło z czasem, bo zawsze szanowaliśmy ubrania i buty, a teraz droższe i lubiane obuwie szanujemy jeszcze mocniej. Pamiętam swoją pierwszą parę skórzanych laskocki (mam do dzisiaj ze sentymentu). Już nigdy więcej nie wsadziłam stopy do jakiś sztucznych butków niewiadomego pochodzenia. Moja stopa aż się krzywi ;P No i tak, botków mam dwie pary, brązowe sztyblety i nowość w tym roku, czyli czarne borki na wysokim słupku (100% do bycia seksi ;p ). Oczywiście skórzane oficerki / kozaki. Mam też ciężkie, skórzane botki motocyklowe (kiedyś były modne) i nawet adidasy/sneakersy mam skórzane ;) Mam jedne baleriny i w sandałki wszystkie skórzane ;p i do tego w tym roku kupiłam Birkenstocki i to moja miłość w lata. Marki, które najbardziej lubię, to ECCO, Lasocki, Deichmann (ale ta ich droższa podmarka), Geox. Mało polskich marek, bo często buty kupuję tu w AT lub w Niemczech. Nie wiem czemu ;) Mam ogólnie mało butów i dobrze mi w tym ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam raz skórzane baleriny z Deichmanna (z 5th Avenue - nie wiem czy to ta marka o której mówisz?) i były beznadziejne, skóra podziurawiła się w kilku miejscach na palcach i na piętach. Prawda, same baleriny były z tych "wiotkich" niż z masywniejszych, ale też nie chodziłam w nich po górach... Więc trochę się zraziłam. Do tej pory trzymałam się głównie Lasockiego, Ryłko i Wojasa, ale Ecco marzą mi się ogromnie! Podobno wygoda nie do opisania.

      Usuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger