10/05/2017

Minimalizm, slow life, esencjalizm, a może hygge? Dla tych, którzy dążą do prostoty, a nie lubią bieli i cottonballsów...



Tytuł tekstu nastawił Was pewnie na kilka definicji, którymi zarzucę na początek, ale może zaskoczę Was tym, jakie określenie uważam tu za naprawdę kluczowe i godne objaśnienia.


Jest takie małe, sprytne angielskie słówko jak „fad”. Fad to coś w rodzaju polskiego „szału” albo „manii”, czyli intensywny i szeroko obserwowany entuzjazm wokół czegoś; najczęściej krótkotrwały. I choć tematyka dzisiejszego tekstu kojarzy się raczej z rozsądkiem i statecznością, nie jest ona wolna od fadów. Co jakiś czas przez blogosferę i Instagrama przechodzi fala zachwytu nad nowym modnym pojęciem. Za każdym razem wydaje się, że to prawdziwy przełom...

... a ja uważam po prostu, że wszystko to różne twarze jednego zestawu wartości, którym wielu z nas naturalnie kieruje się. Myślę, że wiele z nas dryfuje w tym kierunku szukając idealnego ubrania tych przekonań w słowa czy osób które głośno nazwą to, czego od dawna pragniemy... bo po latach promowania bezmyślnego konsumpcjonizmu ponad miarę okazało się, że wielu z nas po prostu straciło z oczu punkt odniesienia i tym samym możliwość samodzielnej oceny co jest minimum, co normą, a co zbytkiem czy w ogóle ekstrawagancją.

Jeśli miałabym czepiać się słówek, najprędzej określiłabym się jako esencjalistkę. Pomaga mi tu droga eliminacji:

Liczba posiadanych przeze mnie przedmiotów nie interesuje mnie, ale szanuję minimalistów dążących do posiadania na przykład tylko 37 sztuk ubrań albo tylko stu przedmiotów w ogóle. W ścisłym sensie slow life bardzo uwiera mnie partia slow, bo kocham mój wypakowany najróżniejszymi aktywnościami plan tygodnia i gdybym mogła, wydłużyłabym dobę do trzydziestu godzin. I choć mam świadomość, że „slow” jest tu pewnego rodzaju przenośnią, to całe to celebrowanie chwil, uważność i ćwiczenia wdzięczności są w znacznej większości czymś kompletnie nie dla mnie (acz nie wykluczam, że może kiedyś do tego dojrzeję). Z kolei gdy myślę o hygge, czyli „przytulności” to jak najbardziej jestem za takimi momentami raz na jakiś czas, ale taki styl życia wydaje mi się oderwany od rzeczywistości, a przede wszystkim: kompletnie nieatrakcyjny.


Esencjalizm kojarzy mi się Złotowłoską z bajki o rodzinie trojga niedźwiedzi. Ma być tak w sam raz. Akuratnie. Mówiąc „esencjalizm” myślę „równowaga”. Bardzo mocnym skojarzeniem jest też dla mnie tutaj dbałość o środowisko, a ekologia to wartość bardzo bliska memu sercu odkąd pamiętam. Czuję, że w esencjalizmie nie chodzi o to, żeby mieć mało, tylko mieć tyle ile naprawdę potrzeba. Czyli umówmy się: mieć mniej, niż większość z nas ma obecnie. Mniej niż nauczyli nas rodzice rekompensujący sobie dawną biedę, szarość i bylejakość; mniej niż wpoiły nam reklamy; ale! nie mniej niż sami tak naprawdę chcemy i jesteśmy w stanie zużywać.

Przy czym nie wiem jak Wy, ale ja do tych pojęć nie przywiązywałabym się. Zapewniam Was, że mało który minimalista faktycznie żyje w dobytku który może policzyć na palcach, mało który piewca slow life rzuca pracę w korpo by wyjechać w Bieszczady i mało który wyznawca hygge rezygnuje z Openera by posiedzieć na drzewie z kubkiem kakao w dłoni. Jeśli jesteśmy ludźmi o zdrowym rozsądku to małe znaczenie ma, czy nasz styl życia określimy jako minimalizm, esencjalizm, slow life, hygge czy jeszcze jakoś inaczej. Ja w moich tekstach najczęściej sięgać będę po najpopularniejsze i najbardziej swojskie słowo jakim jest minimalizm. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie :)

Tu pozwolę sobie zacytować fragment książki „Chcieć mniej” autorstwa Kasi Kędzierskiej z bloga Simplicite: „(...) chciałabym podkreślić różnicę między minimalizmem w ujęciu ideowym i estetycznym. Idea minimalizmu w żadnym wypadku nie wymusza przeniesienia jej na grunt estetyki – wystroju wnętrz lub mody. (...) Minimalizm uczy dystansu do posiadania, mądrego nabywania rzeczy i korzystania z nich, upraszczania zamiast komplikowania. Nie ma tu ani słowa o białych ścianach.” I to jest też dokładnie mój punkt widzenia jako osoby, która minimalizmu estetycznego właściwie nie lubi, a na pewno nie stosuje. Zresztą przy moich wpisach na temat ubrań przekonacie się same :)



W przyszłych wpisach będę pewnie często opisywać Wam o różnych rzeczach których sobie odmawiam. O różnych wyrzeczeniach czy ograniczeniach, które sama sobie narzuciłam. Zanim napiszecie mi „Aniu, czy to aby nie przesada...?” odpowiadam: nie dla mnie :) Przeczytałam w życiu setki, może nawet tysiące porad w temacie ekologii czy minimalizmu, ale w życie wprowadzam tylko część z nich. Wybieram takie, w których satysfakcja z tego czy innego przedsięwzięcia przeważa dla mnie nad poświęceniem, na jakie musiałam się zdobyć. Tłumacząc na polski: z całego minimalizmu czy ekologii biorę tylko to, co naprawdę sprawia mi przyjemność! :) A co najfajniejsze, widzę, że gdy ma się otwartą głowę, indywidualna wrażliwość zmienia się i na liście tego, co mimo pozornych minusów tak naprawdę sprawia mi radość znajduje się więcej i więcej rzeczy. To, co widziałam na blogach rok temu i nad czym kręciłam tylko głową z dezaprobatą, dziś jest moją normą i źródłem satysfakcji. Często kosztuje mnie to mój czas, energię i pieniądze, ale przecież to samo możemy powiedzieć także na temat każdego najzwyklejszego hobby.

Te tematy grają mi w duszy od dawna. Jeśli chodzi o blogi poświęcone tej tematyce to czytam wyłącznie wspomniane Simplicite oraz bloga Asi Glogazy. Moje przygotowanie źródłowe również nie jest imponujące, bo przeczytałam po prostu trzy książki napisane przez te mądre kobiety. Ponadto sporadycznie wyszukuję informacji na konkretne tematy w internecie, ale poza tym – wszystko to, co tu czytacie, to moje przemyślenia. Z czasem chciałabym zaprezentować je w praktyce w każdej dziedzinie życia, którą udało mi się już przemyśleć i zmienić za pomocą opracowanych przez siebie rozwiązań i trików.

Nie zaskoczę chyba nikogo jeśli powiem, że zacznę chyba od artykułu o odzieży. Zarówno Katarzyna, jak i Joanna przez długi czas blogowały właściwie wyłącznie w temacie ubrań. Także moja przygoda z usystematyzowaniem w głowie mojej wiedzy i refleksji zaczęła się nieśmiało od bloga Styledigger, by w pełni rozkwitnąć dzięki poświęconej ubraniom książce „Slow Fashion”. Uporządkowanie własnej szafy uświadomiło mi jak daleko odeszłam od wyznawanych niegdyś zasad oraz pokazało mi ile radości potrafi dać uporanie się z klęską urodzaju. Jeśli moje teksty choć dla jednej osoby staną się taką iskrą, jaka mnie popchnęła do działania te dwa czy trzy lata temu, to moja misja będzie spełniona.

Mam nadzieję, że wyruszycie na nią ze mną :)


Miłego wieczora,
Ania

12 komentarzy:

  1. Staram się za dużo nie gromadzić i wybierać racjonalnie co jest mi konieczne, a bez czego można sie obejść, ale niektóre rzeczy chcę miec :) cottonballs również :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie trochę uwiera ta chęć nazywania wszystkiego. Slow life, hygge... mam wrażenie, że to ostatnio po prostu modne slogany ;) Bardzo mi się podoba Twój post i czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest coś takiego, że wolę w rozmowie powiedzieć "ograniczam mięso" niż nazwać się fleksitarianką, użyć słowa "minimalizm" zamiast rozdrabniać się na te inne pojęcia i tak dalej... Ale z drugiej strony, słowa takie jak "nastolatki" czy "posłanka" też tworzono sztucznie odpowiadając na potrzeby języka i chociaż kiedyś je wyśmiewano, to dziś nikt nie zakwestionowałby ich zasadności :) Więc warto te slogany znać tak na przyszłość ;D

      Usuń
  3. Dużo czytam o slowlife, a tak ciężko to wprowadzić do swojego życia

    OdpowiedzUsuń
  4. Aniu, idę! :) Pisz, bardzo chętnie poczytam :)

    Beata

    OdpowiedzUsuń
  5. Aniu, czy serum z glikolem Bielendy używasz także pod oczy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ten kwas glikolowy jest dla mnie już bardzo mocny na resztę twarzy, a pod oczy na pewno bym nie dała rady. Ale już na przykład to rozjaśniające Super Power Mezo Serum mogę tam stosować bez problemu :)

      Usuń
  6. "z całego minimalizmu czy ekologii biorę tylko to, co naprawdę sprawia mi przyjemność! :)" chyba najzdrowsze podejście na jakie trafiłam 💪🏻

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też jestem zdania, że we wszystkim trzeba widzieć umiar. Teraz zafascynowałam się trendem zero waste, ale nie umiałabym tak rygorystycznie podejść do tematu. Chcę część zmian wprowadzić w życie i jesli będę miała wybór: ser w paczce lub na wagę to wybiorę ten, który wygeneruje mniej śmieci. Nie wyobrażam sobie natomiast mycia włosów mąką albo nieużywania podpasek w te dni. Wszystko musi być w granicach normy, bo jeśli mam wyznawać jakąś zasadę, to muszę być do niej przekonana i muszę się czuć z tym dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Aniu, cudowny wpis. Uważam, że każdy powinien działać w zgodzie z własnym sercem. Jeżeli ktoś dąży do absolutnego minimalizmu bo tak chce i czuje, to TAK. Jeżeli ktoś dąży do slow life bo tak chce i czuje, to TAK. Ale nic na siłę. Nie, bo modne. To trzeba czuć! Ja czasami czuję się przytłoczona swoimi zapasami, więc powinnam je ograniczyć - ale właśnie dlatego, by nie czuć się przytłoczona. Nie dlatego, że modne. Czasem odnoszę wrażenie, że moja szafa jest źle skomponowana i chciałabym to zmienić - ale dlatego, że tak czuję, a nie dlatego, że modne. Bardzo mądry, wartościowy, zrównoważony wpis. Dla każdego takie pojęcia i kwestie dużo/mało są indywidualne!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger