3/16/2018

Detoks wątroby, odtruwanie ciała, detoksykacja cery, zakwaszenie organizmu... Bullshit alert.



Dzisiaj pogadajmy sobie mniej o pielęgnacji cery czy dermatologii (chociaż o nie może też zahaczymy), a bardziej o medycynie czy nauce jako takiej. Detoks organizmu będący tematem dzisiejszego wpisu chodzi mi po głowie już ze dwa lata i jak to często u mnie bywa, sama siebie zaskakuję tym kiedy wreszcie postanawiam go zrealizować.

Pojęcie detoksu, odtruwania czy oczyszczenia organizmu jest dosłownie wszechobecne. Znajdziemy je we wszystkich mediach, bo różnych domorosłych speców zaprasza się czy publikuje w telewizjach śniadaniowych, prasie, radiu... O internecie nie wspomnę, bo tu każdy publikuje się sam i różnych wątpliwej jakości blogów czy portali mamy naprawdę na pęczki. Obietnice detoksu składają nam producenci pożywienia, suplementów, kosmetyków. Słowem, ciężko się o ten słynny detoks nie potknąć i pewnie każdy z czytających ten tekst intuicyjnie wie o co mi chodzi.


Czym jest detoks


Na wszelki wypadek podkreślmy, że to popularne rozumienie detoksu nie ma nic wspólnego z jego encyklopedycznym znaczeniem jakim jest znany nam pewnie proces zrywania z nałogiem, najczęściej narkotykowym. Powszechnie przez detoks rozumie się oczyszczanie organizmu z nagromadzonych w nim toksyn. W zależności od popularyzującego go szarlatana, można go przeprowadzać najczęściej przez specjalne diety, głodówki, lewatywy czy odpowiednie suplementy. O tym, czy to działa, jak to działa i czy teoretycznie mogłoby będzie dzisiejszy wpis.


Z czego się oczyszczamy podczas detoksu


Myślę, że najlepiej będzie zacząć od przedstawienia Wam pojęcia ksenobiotyku. Niektóre definicje podają, że jest to po prostu każdy związek chemiczny, którego organizm nie produkuje i w normalnych warunkach nie przyjmuje z pożywieniem.

Z tą definicją pojawia się pewien problem.

Musimy bowiem zadać sobie pytanie: co to znaczy, że czegoś w normalnych warunkach nie przyjmujemy w pożywieniem? Jeśli w tuńczyku jest trochę rtęci, czy mamy traktować ją jako ksenobiotyk? Co z antybiotykami w mięsie? Co z konserwantami, które w niektórych produktach spożywczych MUSZĄ być jeśli nie chcemy przyjąć innego, o wiele gorszego ksenobiotyku: na przykład rakotwórczych aflatoksyn, które pojawią się w naszym jedzeniu jeśli będzie niezakonserwowane i spleśnieje.

Na potrzeby tego artykułu umówmy się, że wszystko to są ksenobiotyki - zwłaszcza, że już na przykład w indeksie podręcznika do farmakologii Mutschlera stoi: ksenobiotyk - substancja obcego pochodzenia. Niech to będzie taki mały skrót myślowy, który ułatwi mi po prostu zwięzłe przekazanie moich refleksji.

A więc: każdego dnia jesteśmy bombardowani ogromną liczbą ksenobiotyków. Wdychamy je z powietrzem, wcieramy je w siebie w postaci kosmetyków, są nimi nasączone nasze ubrania, plastikowe pojemniki, nawet paragony. Oczywiście bardzo istotną (jeśli nie najistotniejszą) drogą dostawania się ksenobiotyków do naszego organizmu jest droga pokarmowa: nie tylko jedzenie i picie, ale też leki i suplementy.

W przeciętnym produkcie spożywczym typu drożdżówka albo serek wiejski poza podstawowymi składnikami jakimi są po prostu surowce do ich przygotowania, mamy też wszelkiego rodzaju substancje dodatkowe: zagęstniki, emulgatory, stabilizatory emulsji, konserwanty, kompozycje zapachowe, barwniki. O ile nie gotujemy wszystkiego co się da w domu, od zera, to nawet zachowując zdrową dietę zdarza nam się kupować różne bio jogurty, bezglutenowe bułki czy fit batony. Pewnie nie zaskoczy Was, że te różne dodatkowe substancje, niebędące niezbędnymi dla nas składnikami makro (węglowodany, białka, tłuszcze) czy mikro (witaminy, mikro- i makro- pierwiastki...) jak najbardziej występują.

I to jest totalnie spoko. Z dwóch podstawowych powodów.

Po pierwsze, wszystkie te dodatkowe składniki to nie są jakieś wlewane na oko hektolitrami chemikalia, którymi złośliwy laborant w kitlu zatruwa jedzenie czy kosmetyk zacierając ręce z demonicznym chichotem. Każda z tych substancji jest przebadana zarówno pod kątem swojej skuteczności (na przykład czy konserwant faktycznie dobrze konserwuje), jak i bezpieczeństwa. Nawet jeśli któraś z nich w dużych ilościach mogłaby działać na przykład drażniąco, ale według badań nie działa tak w stężeniu 0,1% (a jest w tym stężeniu skutecznym konserwantem) to dlaczego by jej nie użyć? Pamiętajmy, że...


… to dawka czyni truciznę


Założę się, że choć raz w życiu zetknęłyście się ze znanymi słowami Paracelsusa: „Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną.” I one, wraz z wynikającą z nich teorią hormezy, są w temacie wszelkich detoksów bardzo ważne. O ile w swoim codziennym życiu nie pijemy kompozycji zapachowej szklankami i nie zagryzamy jej pączkiem nadziewanym konserwantami, to nie mamy powodów do paranoi. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że są od tej reguły pewne wyjątki, ale to temat na osobny długi tekst, który raczej by nikogo przesadnie nie zainteresował ;)

Istnieje za to jeden ważny kontrargument, który muszę tu przytoczyć: normy też się zmieniają albo różnią się między krajami. W Polsce formaldehyd dopuszczany do niedawna w niektórych kosmetykach w określonym stężeniu... jest już zakazany. Czerwony barwnik spożywczy koszenila w Polsce jest dopuszczony (chociaż coraz rzadziej spotykany), a zakazany na przykład w USA czy Finlandii. Skąd się biorą te różnice? Z bardzo, bardzo wielu przyczyn, z których trzy zasługujące moim zdaniem na wzmiankę to:

  • choć może wydawać się to dziwne, biologia różnych populacji może być czasem dość zróżnicowana! Takim super jaskrawym przykładem niech będzie hipolaktazja (popularnie zwana nietolerancją laktozy): odpowiadający za nią niedobór enzymu o nazwie laktaza  dotyka 2% populacji Szwecji, blisko 95% w Chinach, a w Polsce około 30% ludności. Nic więc dziwnego, że normy i wytyczne czasem będą się różniły.

  • w każdym kraju ścierają się środowiska lobbujące „za” i „przeciw”, a równowaga między nimi może wypadać w zupełnie innym punkcie w zależności od kraju;

  • decyzje o tym, co i w jakim zakresie zostanie dopuszczone podejmują ostatecznie często osoby, które nie mają wykształcenia kierunkowego i jedyne co mogą zrobić, to zapoznać się z obszernymi dowodami za i przeciw, opiniami (nie zawsze zgodnych ze sobą!) ekspertów i - w idealnym świecie - nie ulegając naciskom różnych środowisk podjąć najlepszą decyzję zgodną ze swoim sumieniem. W świecie nieidealnym uwzględnić trzeba także całą szarą strefę dodatkowych wpływów wywieranych na te osoby decyzyjne.


Ten tekst nie jest dla Ciebie jeśli...


Oczywiście osobnym problemem pozostają kwestie całkowicie indywidualne, czyli nasze własne zaufanie do szeregu instytucji. Do naukowców i laboratoriów, że nie fałszują wyników badań. Do prawodawców, że uczciwie podejmują decyzje w najlepszym interesie narodu. Do producentów żywności/kosmetyków/leków/suplementów, że tych norm przestrzegają. Do ich dystrybutorów, że je prawidłowo transportują do swoich sklepów, a tam dobrze przechowują, przestrzegają dat ważności czy otwarcia.

Wiem, że artykuły takie jak ten często przyciągają fanów wszelkich teorii spiskowych, którzy zaprzeczą wszystkiemu co wyżej napisałam. Badania są opłacone, wyniki sfałszowane, politycy biorą kasę od lobby, producenci wypełniają swoje produkty praktycznie rakiem w płynie, a Żydzi i masoni dążą do depopulacji Ziemi ;) I jasne, nie jestem tak naiwna by sądzić, że wszystko zawsze produkowane jest tak, że mucha nie siada. Ale jakiś podstawowy poziom zaufania trzeba mieć, bo inaczej człowiek bałby się wejść do budynku (bo projektował go ktoś na kolanie, a zrealizował za bezcen gwałcąc po drodze sto norm i przepisów) albo samochodu (bo pewnie tak naprawdę wszystko w nim to tania chińszczyzna, która może popsuć się w każdej chwili).

Cóż mogę powiedzieć? Ten artykuł nie jest dla tych opisanych powyżej ludzi, bo wydaje mi się, że ten poziom paranoi to raczej problem dla psychiatry, a nie dla rzeczowej argumentacji. Ten tekst jest dla tych, którzy po prostu nie wiedzą jak rozumieć atakujące zewsząd propozycje detoksu, bo po prostu nie mają ku temu odpowiedniego przygotowania. O tym, że nie masz pojęcia o ludzkiej biologii i nie ma w tym nic złego pisałam już kiedyś na blogu. Natomiast ja chcę, żebyście to pojęcie miały i dlatego czasem lubię strzelić tu takim mniej urodowym, a bardziej rozwijającym wpisem :) Więc jeśli do tej pory wierzyłyście w detoksy, ale macie głowę otwartą na argumenty, albo po prostu jesteście ciekawe co, jak i czy warto – zostańcie, na koniec dajcie znać jak się podobało i czy macie jeszcze jakieś wątpliwości, które mogłabym rozwiać.

Wróćmy więc do meritum.


Tak, detoks istnieje i jest super rzeczą.


Chwilę temu pisałam o tym, że codziennie stykamy się mnóstwem ksenobiotyków i że nie musimy się tym martwić z dwóch powodów. Pierwszym z nich było to, że w znacznej większości są to substancje przyjmowane w ściśle określonych, nieszkodliwych dla nas dawkach.

Drugim jest to, że mamy własne mechanizmy na neutralizowanie i wydalanie toksyn. I nie są nimi głodówki ani czystek.

Kiedy coś jemy, po strawieniu wchłania się to do naszej krwi. Podobnie ma się rzecz z wieloma ksenobiotykami trafiającymi do nas inną drogą: oddechową, przez kontakt ze skórą, w postaci zastrzyków (na przykład dożylnych). Ale summa summarum, poza rzadkimi wyjątkami* znaczna większość ksenobiotyków kończy w naszej krwi. Jeśli mówimy o substancjach z pożywienia, to krew ta płynie układem wrotnym z jelit do wątroby, stamtąd wraca do normalnego krążenia obwodowego i przez to prędzej czy później przepływa też przez nerki.

No i teraz uwierzcie albo nie: to jest cały detoks, jakiego potrzebujecie. O ile nie bierzecie narkotyków, nie przedawkowujecie leków, ogólnie jesteście zdrowe i generalnie prowadzicie normalny tryb życia, to cały potrzebny Wam detoks odbywa się dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez sokowo-warzywnej diety i młodego jęczmienia czy innej tam chlorelli.

W wątrobie ksenobiotyki ulegają przemianom chemicznym tak, żeby stały się rozpuszczalne w tłuszczach, a następnie wydzielane są do żółci. Ta miesza się z treścią pokarmową w jelitach, a ostatecznie zostaje wydalona z kałem. Z kolei w nerkach ksenobiotyki rozpuszczalne w wodzie zostają przefiltrowane i wydzielone do moczu.


Detoks przeprowadzany jest przez wątrobę i nerki.


I już!

Ale jasne, jest kilka rzeczy o których musimy jeszcze powiedzieć.

Istnieje pewna określona grupa ziół/suplementów, którym przypisuje się działanie wspomagające wątrobę. Więc możemy na temat detoksu spojrzeć tak, że jeśli zioło czy właściwie jakaś konkretna występująca w nim substancja wspomaga wątrobę, to ma ono działanie detoksykujące (bo wspomaga narząd odpowiedzialny za detoksykację organizmu).

Osobiście nie przepadam za skrótami myślowymi, które są aż tak duże, bo są po prostu ogromnie mylące (zwłaszcza dla laików) i sugerują rzeczy, które zwyczajnie nie są prawdziwe (jak na przykład to, że w ogóle potrzebujemy jakiegoś detoksu...). Ale zgodzę się, że są takie sytuacje, kiedy bywają przydatne. Kiedy podrzucam mojej babci ostropest to nie wchodzę w szczegóły, bo nie muszę obawiać się że wprowadzę ją w błąd na temat istnienia czegoś takiego jak detoks ziołami. A nawet gdyby, to wiem, że nie zajrzy ona do internetu gdzie domorośli znachorzy wmówią jej że wszystkie jej choroby wynikają z zatrucia i że chelatacja metali albo lewatywa z kawy zastąpią jej lekarstwa.

Kolejną rzeczą, o której trzeba wspomnieć jest to, że są ksenobiotyki, których nasz organizm nie usuwa tak łatwo. Są substancje, które mogą się w nim kumulować (przede wszystkim silnie rozpuszczalne w tłuszczach, które mogą być zmagazynowane w naszej tkance tłuszczowej na lata). Istnieją też substancje, których metabolizm wątrobowy czy nerkowy nie dotyczy, bo wydalamy bez szczególnych transformacji biochemicznych (kwas szczawiowy, eter etylowy). Ale oczywiście najgorszą i najbardziej znaną grupą są substancje, które możemy właściwie bez obaw nazwać po prostu truciznami, bo nawet kierując się zasadą Paracelsusa ciężko byłoby znaleźć dawkę, w których spożycie ich byłoby dla nas nieszkodliwe. Na szczęście obecność silnych kwasów i zasad czy pochodnych fenolu w codziennym życiu przeciętnego człowieka nie jest jakimś szczególnym problemem.


Ludzie trujo się antyperspirantami, bo z potem wydalamy toksyny!!!1


Co jakiś czas dostaję od Was pytania o to, co sądzę o antyperspirantach. Jak próbowałam wyjaśnić to w tekście o różnicach między dezodorantami, antyperspirantami i blokerami, mechanizmem działania tych dwóch ostatnich jest blokowanie wydzielania potu.

Ponieważ fakt, że wydzielanie potu jest jedną z dróg pozbywania się toksyn z organizmu jest raczej dość powszechnie znany, wiele osób intuicyjnie czuje, że blokowanie jego wydzielania może oznaczać przyczynianie się do podtruwania organizmu. Problem w tym, że w nauce (a medycynie to już w ogóle) podejście „na zdrowy, chłopski rozum” jest ogromnie zwodnicze. Nie inaczej jest w tym przypadku: blokowanie wydzielania potu antyperspirantami czy blokerami nie przekłada się na zaleganie w organizmie toksyn.

Pot to w około 98% woda, a z pozostałych dwóch procent prawie połowa to sól, a na resztę składają się tłuszcze, mocznik, kwas moczowy, amoniak, kwas mlekowy, węglowodany, minerały... Odsetek faktycznie szkodliwych składników w pocie jest znikomy. Ale co najważniejsze, toksyny niewydalone z potem nie zostają w organizmie: po prostu zamiast przejść do gruczołów potowych i na zewnątrz przez skórę, ulegają wydaleniu przez wspomniane wyżej nerki i wątrobę...

Więc jeśli nie lubicie blokerów czy antyperspirantów, to jasne, do niczego nikogo nie namawiam ;) Ale jeśli powodem trzymania się dezodorantów była legendarna obawa przed utrudnieniem pozbywania się toksyn, to od dzisiaj nie trzeba się już bać ;)


Hola, hola, no ale mi coś kiedyś zaszkodziło...


Jak już jesteśmy przy różnych składnikach w jedzeniu/lekach/kosmetykach/suplementach. Oczywiście może być tak, że jakiś składnik, który jest przebadany i w określonym stężeniu nam akurat zaszkodzi. Przykładowo, stosunkowo wiele osób źle reaguje na substancje zapachowe, dlatego jeśli zawiera ona szczególnie silne alergeny to poza obowiązkowym „Parfum” w odpowiednim miejscu w składzie, pod koniec muszą być wylistowane te potencjalnie najbardziej uczulające składowe (Linalool, Citronellol, Geraniol i inne). Dosyć częstym winowajcą wysypek po przetworzonym jedzeniu są niektóre konserwanty, takie jak benzoesan sodu chociażby. I takie przykłady można by mnożyć i mnożyć, niestety. Ale podejdźmy do sprawy rozsądnie i zadajmy sobie pytanie: co stałoby się, gdybyśmy – dajmy na to – zdelegalizowali wszystko co komukolwiek kiedykolwiek zaszkodziło? Pomijam już wszelkie ksenobiotyki, ale niech kamieniem rzuci ten komu nigdy skórka pomidora nie „stanęła” na żołądku albo nigdy nie przeholował z alkoholem ;)

Naturalnie nie musicie się ze mną zgadzać, ale dla mnie obecnie panujący system wydaje się być po prostu słuszny. Czymś musimy wszystkie te produkty stabilizować, zagęszczać, konserwować, … Oczywiście, w idealnym świecie wszyscy bylibyśmy zdrowi i piękni bez leków i kosmetyków, a każdy posiłek przygotowywalibyśmy sobie z wiejskich produktów od zera. W takim świecie większość chemicznych dodatków byłaby rzeczywiście kompletnie zbędna ;) No, tylko że w tym idealnym świecie nie żyjemy.

Osobiście bardzo lubię gotować, więc z chęcią dążę do minimalizowania przetworzonej żywności w mojej diecie, ale są produkty, których po prostu nie robię: bułki, jogurty, czekolady, ... No i trudno. Staram się te produkty wybierać jak najrozsądniej i jakkolwiek śmiesznie czuję się musząc to pisać, po prostu wierzę, że nie truję się nimi ;) A moja wątroba i nerki spokojnie przetwarzają sobie te różne dodatkowe składniki tak, żebym mogła się ich po prostu pozbyć drogą naturalnego, wrodzonego „odtruwania”.



Jak zdiagnozować sobie zatrucie: poradnik dla laika


Innym zatruciem, które jest często wspominane w różnych altmedowych artykułach jest zatrucie metalami ciężkimi. To jest w ogóle temat rzeka, dlatego że ten rodzaj zatrucia oczywiście istnieje, ale działa to zupełnie inaczej niż według zwolenników medycyny alternatywnej. Inne są objawy, inaczej się diagnozuje i inaczej leczy. Najlepsza sprawa jest z objawami, bo jak to często bywa z chorobami wymyślonymi/przeinaczonymi przez różnych pseudoekspertów, według nich do worka z napisem objawy można wrzucić dosłownie wszystko.

Poczytajcie sobie na ich stronach przykład o nietolerancji glutenu, zakwaszeniu organizmu albo zatruciu metalami ciężkimi właśnie. Jeśli poszukacie odpowiednio długo, prędzej czy później znajdziecie tam związek tej czy innej nibychoroby z absolutnie każdym objawem jakie sobie wymyślicie. Są całe litanie symptomów, na których pierwsze miejsce mają przemęczenie, tycie, wolny metabolizm, problemy ze snem czy złe samopoczucie – rzeczy, które doskwierają... każdemu? Więc rzeczywiście, to nieszczęsne zatrucie czy zakwaszenie może sobie zdiagnozować KAŻDY.

Stawianie diagnozy zatrucia metalami ciężkimi to w ogóle jest złoto. Mam dwa ulubione sposoby! Plastry na stopy (te „wyciągające” metale i inne toksyny przez skórę na zewnątrz!) oraz analizę pierwiastkową włosa  Z plastrami rozprawię się krótko: są nasączone substancjami, które w kontakcie ze skórą stóp podczas nocy (a konkretnie z jej wilgocią, temperaturą) zmieniają barwę na czarną. Więc owszem, po wieczornym przyklejeniu białych plastrów rano zauważymy ich ciemne zabarwienie i łatwo łykniemy, że wyciągnęły z nas toksyny. A potem kupimy kolejne opakowania, bo niechybnie za którymś razem będą białe i to będzie znak, że się odtruliśmy ;)

Z analizą pierwiastkową włosa jest to bardziej skomplikowane. Ale tak najogólniej, problem polega na tym, że badania nie wykazują korelacji poziomu danego pierwiastka we włosach z jego poziomem w organizmie. Wartości bywają zarówno zawyżone, jak i zaniżone. Co za tym idzie, nie można używać tego badania jako wiarygodnego narzędzia. Dodatkowo laboratoria się tym trudniące nie przechodzą zewnętrznych kontroli, bo nie dają powtarzalnych wyników. Tłumacząc na język polski: badacze wysyłali próbki tych samych włosów do różnych amerykańskich laboratoriów, a wyniki które otrzymywali od owych placówek były kompletnie rozstrzelone. Wyniki analizy powychodziły różnie, a dodatkowo zostały różnie zinterpretowane, bo nie ma nawet oficjalnych norm laboratoryjnych dla zawartości poszczególnych pierwiastków we włosie!

Uczciwie powiem, że niektórzy badacze zasugerowali przydatność analizy pierwiastkowej włosa jako przekrojowe badanie różnych całych populacji. Natomiast jak jeden mąż uważają, że rozpatrywanie na podstawie tych badań konkretnych, indywidualnych przypadków na ich podstawie to błąd w sztuce.

AKTUALIZACJA (18.04.2018): Parę dni temu na Crazy Nauce ukazał się fantastyczny tekst
jeszcze lepiej zgłębiający temat analizy pierwiastkowej włosa. Przeczytajcie koniecznie, O TUTAJ.


... a jak już wmówisz sobie potrzebę detoksu, to czas go przeprowadzić.


Długim tematem jest „leczenie” „zatruć” metalami ciężkimi. Co zwykle proponuje medycyna alternatywna? Chelatacja, chlorella, kolendra... Warto wspomnieć, że są leki, które medycyna normalnie stosuje, w przypadku PRAWDZIWYCH zatruć, które są rzadkością. Nie chcę przepisywać tutaj podręcznika do farmakologii, więc odsyłam Was do ciekawego i bardzo dobrze napisanego artykułu.

Jeśli widzicie u siebie objawy tam opisane, koniecznie idźcie do lekarza! Po wykonaniu podstawowych badań i potwierdzeniu choroby na pewno nie odmówi Wam leczenia. Jednak będę szczera i sparafrazuję tu świetny artykuł Damiana Parola: jeśli nie czytacie tego tekstu leżąc na Oddziale Toksykologii, to prawie na pewno nie jesteście zatrute. Ani metalami ciężkimi, ani niczym innym.

No ale jak już tu jesteśmy, to pofantazjujmy trochę. Załóżmy, że te farmazoniarskie zatrucia istnieją. Albo że faktycznie czytacie to ze szpitalnego łóżka. Co w takim razie możecie zrobić, żeby sobie jakoś pomóc? We wspomnianym artykule Damian pokrótce omawia kilka najpopularniejszych sposobów związanych z dietetyką i słusznie wskazuje, że jeśli już coś miałoby działać, to najprawdopodobniej byłoby znane Wam na pewno z przyprawy curry ziółko.


Kolendra siewna a detoks organizmu


Można jeść jej listki, można parzyć z nich herbatkę, a nawet sięgnąć po olejek eteryczny (choć abstrakt pracy mówiącej o tym nie precyzuje jak należałoby go stosować...). Chciałabym podkreślić, że te istniejące doniesienia bynajmniej nie są definitywne: badania przeprowadzono na razie na modelach zwierzęcych, a to wcale nie musi oznaczać, że u ludzi będzie tak samo. Ale w przeciwieństwie do całej reszty: odtruwających suplementów, koktajli, minerałów czy głodówek/diet mamy tu jakieś w miarę obiecujące przesłanki. Prawie-prawie do obiecującego grona załapała się też chlorella, ale przyznam że mnie badanie na zwierzętach jedzących 10-20% chlorelli nie przekonuje. Poczekam na bardziej ugruntowane przesłanki.

Detoks organizmu ostropestem plamistym?


Do oczyszczania/odtruwania organizmu można też podejść inaczej i uznać, że krokiem w dobrym kierunku będzie każde działanie wspomagające wątrobę. Takie działanie ma na przykład ostropest plamisty, o którym pisałam już w drugim miesiącu istnienia tego bloga :O

Kiedy uczyłam się o tym ziele jeszcze podczas studiów, skupiano się przede wszystkim na tym, że stabilizuje ono błony hepatocytów - komórek budujących naszą wątrobę. Dziś wiedza jest już znacznie szersza: nowe badania mówią już o tym, że może on hamować stłuszczenie wątroby [1, 2]chronić wątrobę podczas chemioterapii, wspomagać ją przy uszkodzeniu cholestatycznym... Ponownie, jak w przypadku kolendry, w większości są to badania nie do końca rozstrzygające, ale! mamy tu jedną metaanalizę. Dlatego właśnie mam do ostropestu prawdziwą słabość.


Uwaga!


Oczywiście żadnego zioła nie włączamy do długiego czy intensywnego stosowania bez konsultacji z lekarzem albo farmaceutą. Pamiętajcie, że wbrew powszechnym wierzeniom zioła nie są całkowicie bezpieczne w stosowaniu i mają zarówno działania niepożądane, jak i możliwe interakcje z jedzeniem czy innymi przyjmowanymi przez nas lekami. Ziołami nie zastępujemy też standardowego leczenia.

Dlaczego?


Wiele mechanizmów tak zwanego detoksu opiera się  na przyspieszaniu lub spowalnianiu działania cytochromów: niesamowicie wyspecjalizowanych enzymów wątrobowych odpowiedzialnych za metabolizm wszystkich wymagających „przetworzenia” substancji. Najważniejszym z nich jest cytochrom p450, którego różne rodzaje występują w całym organizmie - oczywiście największą aktywność wykazując właśnie w wątrobie.

Jeśli więc przyjmujemy jakąś toksynę, to teoretycznie chcielibyśmy żeby szybko została przekształcona w coś nieszkodliwego i wydalona: chcemy przyspieszyć działanie cytochromu. Ale co, jeśli mamy do czynienia z protoksyną, czyli substancją która staje się dla nas trująca dopiero po przetworzeniu przez organizm? Tak jest z metanolem, bo szkodzą nam tak naprawdę jego metabolity: formaldehyd i kwas mrówkowy. Nie wiem czy wiecie, ale uznanym działaniem pierwszej pomocy w zatruciu metanolem jest podanie wysokoprocentowego alkoholu etylowego (tego „normalnego”)! Etanol zmniejsza wchłanianie metanolu, a dodatkowo łatwiej wchodzi w interakcje z cytochromem, czym „wypycha” metanol z metabolizmu i pozwala mu opuścić nasze ciało w formie niezmienionej zamiast niszczyć je mrówczanami.

Ponieważ te same cytochromy odpowiadają za metabolizm składników z pożywienia, toksyn, jak i leków (w tym ziół!) przyspieszanie czy zwalnianie ich to ryzykowna gra. Absolutnie żelaznym przykładem jest niewinny sok z grejpfruta, który hamuje cytochrom CYP3A4. A cytochrom ten odpowiada za metabolizm dużych grup leków na alergie, serce, immunosupresyjnych (stosowanych w chorobach reumatologicznych albo po przeszczepach na przykład) i licznych stosowanych w neurologii/psychiatrii. Hamowanie cytochromu równa się wolniejszy metabolizm leków, a więc dłuższe ich utrzymywanie się we krwi w postaci niezmienionej... a to oznacza ryzyko zatrucia. Tym razem prawdziwego, a nie urojonego. Są też zioła indukujące cytochromy, a to oznacza obniżenie skuteczności leków, co (w zależności od konkretnego medykamentu) może być dla nas prawie niezauważalne, ale może być też śmiertelne.

Inne rodzaje zatrucia...


Parę razy wspomniałam w tym artykule o czymś takim jak zakwaszenie organizmu. Jeszcze rok-dwa temu „miał” je prawie każdy, a żniwo zbieramy do teraz: po trzykroć przeklęty Aflofarm zalał apteki swoim Eliminacidem, ta gnida jaką jest Jerzy Zięba wciska nam STRUKTURYZATOR WODY, który oczywiście w pakiecie ma ją też alkalizować (podwyższać jej pH), a u różnych dietetyków z dyplomem znalezionym w Kinder Niespodziance panoszą się odkwaszające diety.

Kwasica organizmu istnieje. Jest ciężkim, zagrażającym życiu stanem i nie, nie wynika z diety ani się jej tym nie leczy.

Zakwaszenie organizmu nie istnieje i w bardzo przystępnych słowach wyjaśnił to znowu dr Parol. Polecam tekst od serca, a sama przytoczę jeden ważny cytat:

Czy dieta może wpłynąć na zakwaszenie krwi?
Tak, ale w niewielkim stopniu. Dieta wpływa na pH krwi w granicach 0,01 – 0,02 jednostek.

Jeśli będziemy się kiepsko odżywiać, to może pH naszej krwi nieznacznie zbliży się do dolnej granicy normy, ale nie przekroczy jej. Natomiast zła dieta i niezdrowy styl życia same w sobie sprawiają, że źle się czujemy, a czasem i przyplątują się do nich inne przyczyniające się do złego samopoczucia choroby: od anemii po cukrzycę. Które, dla odmiany, istnieją - w przeciwieństwie do zakwaszenia.




Przepraszam Was, że znowu taki długi tekst zupełnie nie na temat!
Ale czułam głęboką potrzebę podzielenia się tymi przemyśleniami już od bardzo dawna,
a dziś mi się po prostu ulało ;)

Jeśli się nie gniewacie, dajcie temu tekstowi lajka na fejsie, żeby dotarł faktycznie do wszystkich :)

Całuję Was czule,
Ania




30 komentarzy:

  1. Czekałam na ten post, po jednej z naszej rozmów. Oczywiście podam dalej i podziwiam za tak obszerny wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze wpis na 6. No cóż, idzie wiosna więc wszystkie magazyny i programy śniadaniowe muszą mieć temat do rozmów. Zaraz będą pojawiać się nowoczesne diety, bo do lata i bikini coraz bliżej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo, brawo, brawo! W punkt wpis, choć jak sama napisałaś, wyznawców Zięby, altmedów i zakwaszonych nic nie przekona :( Jeszcze raz brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórych nie przekona, a niektórych (takich bardziej zagubionych niż zmanipulowanych) może przekona - oby!!! :)

      Usuń
  4. Świetny wpis!
    Najlepszy tekst odnośnie odtruwania usłyszałam od kolegi: raz w roku trzeba zwymiotować bo w naszych żołądkach zalegają treści, których organizm w inny sposób nie jest w stanie się pozbyć. Po prostu padłam!
    A swoją dorgą, miałam okazję poznać alternatywną lekarkę, która uparcie twierdziła, że moje sińce pod oczami są wynikiem złej pracy wątroby. I mogłam jej tłumaczyć, że byłam badana pod tym kątem i wszytsko jest w nornie - taka moja genetyka. Nie! Jej badanie za 300 zł na pewno byłoby lepsze :D
    Paulina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ożesz kurde. O TAKIM detoksie to jeszcze nie słyszałam!!! ;D

      Alternatywni lekarze (i inni pracownicy ochrony zdrowia) to jedna z najgorszych rzeczy utrwalających te mity :(

      Usuń
  5. Również czekałam na ten tekst i przyznaję, że wiele razy złapałam się na te wszystkie sztuczki, super food'y itd. Może dlatego, że chciałam schudnąć? I każda taka wzmianka o odtruwaniu, detoksie, zakwaszeniu organizmu padała na podatny grunt. Piłam i czystek, młody jęczmień... Kupiłam chlorelle bo przecież ma dużo białka i w ogóle a obrzydliwe to tak bardzo, że leży dalej na dnie szuflady. Ostropest plamisty również kupiłam, ale do jogurtu czy owsianki spoko:)
    Jej aż wstyd się przyznać, bo robiłam i jednodniowe głodówki i 3 dniowe kuracje sokowe:P Ale z perspektywy czasu i tak wiem, że najrozsądniej mniej żreć i więcej się ruszać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w czasach znacznie gorszej diety też jadłam ostropest, teraz nie czuję takiej potrzeby, ale jakby mi gdzieś wpadł w oko to bym pewnie kupiła ;D

      Powiem Ci, że o tym jak w głowie "zdrowotne" myli się nam z "nieco mniej niezdrowym niż reszta" oraz z "odchudzającym" nam się miesza i przestawia przez ciągły szum informacyjny też muszę kiedyś napisać. Ale to pewnie dopiero jak przeleje się kolejna czara goryczy, bo wczoraj sobie tym tekstem porządnie ulżyłam :D

      Usuń
  6. Brawo! W końcu ktoś się rozsądnie, logicznie i przystępnie rozprawił z tym bullshitami! Mnie zawsze śmieszą opinie, że te "choroby" na pewno istnieją, tylko konwencjonalna medycyna oraz lekarze ich nie uznają, bo się nie znają, bo są niedouczeni, nie czytają "najnowszych badań" itd. Serio? Znajomej mało nie zabiły cudowne "suplementy mikroskładników sprowadzanych z Ameryki", a zaleconych po pierwiastkowej analizie włosów. Już na chłopski rozum, jeśli ogólnie zdrowej osobie zaleca się łykanie 30 tabletek dziennie, żeby uzupełnić niedobory i "wyrównać proporcje", to coś jest nie halo... I nie muszę chyba dodawać, że cała procedura "badania i leczenia" kosztowała miliony monet. Oczywiście laboratoryjne, konwencjonalne badania nie potwierdziły diagnozy, a dopiero po odstawieniu tych wszystkich "cudownych lekarstw" organizm wrócił do normy.

    Dr n. med. Google naprawdę nie zawsze ma rację, diagnozując każdą krostę jako złośliwy nowotwór...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc właśnie o to chodzi, że szarlatani z jednej strony oskarżają konwencjonalną medycynę o 1. szprycowanie pacjenta tabletkami 2. wyciąganie z niego kasy... podczas gdy medycyna alternatywna 1. sprzedaje suplementy i zioła na milion różnych Nie zawsze istniejących!) chorób, a po 2. wciska pacjentom np. wart 300 zł filtr wodny za 2,5 tysiąca, albo panele badań typu biorezonans za setki złotych.

      I nikt nie widzi sprzeczności/hipokryzji :D

      Usuń
  7. Super post, przeczytałam z zaciekawieniem i jestem trochę zadziwiona niektórymi zagadnieniami, ale się cieszę, że mogłam tego wszystkiego się dowiedzieć! W internecie jest tyle informacji, w radio, w tv, aż nie wiadomo w co wierzyć... Sama aktualnie się wzięłam za siebie i mam wyniki, które wskazują na anemię (plus to jak się czuję), ale to moja wina, brak mi witamin :(
    Moja mama jest zwolenniczką ziół różnego rodzaju i twierdzi, że pomaga na wszystko, a ostatnim "wynalazkiem" jest JP-2 (PectinGold), ale mało w internecie wiedzy na jego temat i sama nie wiem czy to jest takie dobre...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JP-2 to właściwie suszony jabłkowy granulat, zdrowiej będzie jeśli mama zje codziennie jedno jabłko ;)

      Usuń
    2. No właśnie, ponoć są to sfermentowane jabłka, które mają lepiej działać niż zwykłe jabłko :D

      Usuń
  8. Był taki moment, że sama prawie dałam się zwariować z tymi wszystkimi pierdoletami, ale na szczęście po czasie włączyło mi się krytyczne myślenie :p Mamy przesyt informacji, każdy od tak staje się ekspertem i może szerzyć swoje teorie z kosmosu. Bardzo dobry post i jak dla mnie może być takich więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, jesteś głosem rozsądku w kosmetyczno lajfstajlowej blogosferze! Dziekuje ze rozprawiasz sie z mitami, o niektorych rzeczach nie maialam pojęcia (zakwaszenie organizmu- ten problem pojawia sie wszedze i ja tez myslalam ze dotyczy mnie). Masz racje co do tego ze teraz mozna wszystko ludziom wmówić- wystarczy podac szereg objawow dotyczacych wszystkich- zle samopoczucie, zmeczenie, sennosc ktora tlumaczy sie poten np nietolerancja glutenu. Sama tez czasem lapie sie na podobne artykuly, az wstyd sie przyznac. Niestety internet to czesto bagno pelne niekompetentnych informacji, a czytelniczki wierza w to co przeczytaja na słowo. Kiedys na jednym ze znanych blogow urodowych natknęłam sie na artykul o tym jak mozna zagescic rzesy bodajże lekiem na jaskre, albo kamice nerkowa sokiem z cytryny. Juz nie wspominajac o homeopatii i tego typu bredniach. Albo przecieramiu twarzy moczem. OMG.
    Jena rzecz tylko nie daje mi spokoju. Kiedys chcialam zaczac herbatke z ostopestu. Ogolnie czesto pije ziola (rumianek, czystek, lipe), bo lubie, ale przestraszylam soe tym co piszesz, ze trzeba konsultowac z lekarzem ich spozycie. Nie przyjmuje zadnych lekow, zawsze myslalam ze to dobra alternatywa dla herbaty, ktora niegdys wypijalam litrami. Jednoczesnie w Twoim dawnym artylkule piszesz ze ostopestu raczej nie da sie przedawkowac... No i pogubilam sie juz...
    Jestem ciekawa jakie kolejne mity pojda do Ciebie na tapet- moze cos o szkodliwosci glutenu lub laktozy? Albo piciu soku z cytryny na czczo? A moze w ogole zaskoczysz czyms czego jeszcze nis wiem. Bede czekać! :) pozdrawiam;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim - żaden wstyd się przyznać. Wstydem jest udawać, że się wszystko wie ;D

      Rzeczywiście jest tak, że według większości źródeł nie da się go przedawkować, ale możliwe są działania niepożądane, jak choćby alergia czy biegunka. Trzeba też bardzo uważać na suplementy ostropestu, bo według jednego ciekawego badania zawierają one najwięcej mykotoksyn ze wszystkich supli z wyciągami z roślin ( https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acs.jafc.5b02105 ).

      Ciężko się odpowiada na takie dylematy przez internet, ja na pewno wolałabym zebrać z Tobą wywiad i Cię zbadać zanim dałabym jasno zielone światło że można ;)

      Co do wody z cytryną, to po raz trzeci (!!!) powołam się na dra Parola :D https://www.facebook.com/damian.parol/photos/a.569993863120369.1073741828.462077110578712/1540805376039208/?type=3

      A co do glutenu, laktozy i generalnie żywienia w chorobach autoimmunologicznych to mam duuużo do powiedzenia, ale nie jestem pewna czy jako nie-dietetyczka mam podstawy by się wypowiadać; a poza tym to już w ogóle jest totalnie nie na temat i nie wiem ile osób by to zainteresowało ;D

      Usuń
    2. mnie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      Usuń
    3. Dzięki za głos :D Może powinnam zrobić jakąś ankietę żeby zobaczyć czy będzie zainteresowanie większe niż Wy dwie ;* <3

      Usuń
  10. Świetny wpis i super, że poruszyłaś ten temat! Niestety w wiele telewizyjnych teorii wierzymy i dopóki nie trafimy na takie głosy rozsądku, jak Twój, to będziemy wierzyć dalej... No bo czemu mielibyśmy nie wierzyć?

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo ciekawy i wyczerpujący wpis :) Ja staram się oczyszczać swój organizm na różne sposoby. Piję m in. ocet jabłkowy, sięgam też po zioła np. pokrzywę. Staram się maksymalnie ograniczać stosowanie antyperspirantów na rzecz naturalnych dezodorantów.

    OdpowiedzUsuń
  12. Na bogato, Anno :D Nie będę tutaj pozostawiać długiego komentarza, ale taką "paranoję" mam za sobą i ja. Wszystko dzięki trądzikowi :)
    Na spokojnie jednak wszystko sobie układam i choć gotuję mega zdrowo to nie uważam tego za ni złego i chyba przy tym zostanę, bo sprawia mi to tak ogromną radość, że głowa mała :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja nie jestem uprzedzona do alternatywnych metod leczenia. Nie będę może przytaczać argumentów dlaczego, bo zaraz znajdą się na to kontrargumenty... Byłam u dyplomowanej naturopatki i naprawdę wzbudziła moje zaufanie. Pomaga mi skutecznie na to co się da, ale nie znaczy to, że do konwencjonalnych lekarzy nie chodzę jeśli muszę. Wszystko jest dla ludzi, a każdy ma jakiś swój zdrowy rozsądek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem są dwa rodzaje altmedowych uzdrowicieli: tacy, którzy naprawdę wierzą, że to co robią ma sens, oraz podłe istoty które doskonale zdają sobie sprawę, że oszukują ludzi, ale w obliczu ogromnych pieniędzy nie ma to dla nich znaczenia.

      I jedni, i drudzy potrafią wzbudzić nasze zaufanie: jeśli nie szczerą wiarą i zapałem, to okazaniem nam empatii (której często lekarzom brakuje) albo przez silną, charyzmatyczną osobowość. Nie ma w tym nic dziwnego, że my się na to nabieramy. Ale źle czułabym się sama ze sobą gdybym wiedziała to co wiem, miała takie świetne narzędzie do dzielenia się wiedzą jak blog, a jednak milczała.

      Tak jak napisałam w tekście: są osoby, którym jest doskonale z ich światopoglądem i które NIE CHCĄ wiedzieć, jak jest naprawdę - ich nie zamierzam przekonywać, więc Ciebie też nie zamierzam :) Ale są całe rzesze osób po prostu zdezorientowanych, niepotrafiących podjąć decyzji gdy bombardowani są zewsząd sprzecznymi sygnałami. Liczę, że ten tekst trafi do nich i pozwoli im lepiej zadbać o swoje zdrowie :)

      Usuń
  14. Wiesz, ja mam wyniki badań, więc nie jest tak, że nie chcę wiedzieć jak jest naprawdę. Po prostu mam to czarno na białym napisane, więc nie ma mowy tu o tym, że wydaje mi się, że jest lepiej ;) Oczywiście te "podłe istoty" na pewno też są, ale ja akurat trafiłam dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale co masz czarno na białym wypisane? Nie rozumiem :)

      Usuń
  15. Mam wyniki badań przed i po kuracji ;) Różnica jest taka, że mam wszystkie parametry w normie co mi się nie zdarzało. Osobiście cieszy mnie najbardziej, że nie potrzebuję już brać leku hormonalnego, bo osobiście uważam, że to nic dobrego, ale na tarczycę był mi potrzebny. Teraz mogłam odstawić.
    Pomogła mi na bóle menstruacyjne samymi tylko ziołami. Nie powiem, że nie boli wcale, ale już dużo mniej, nie muszę brać tabletek, żeby jakoś normalnie funkcjonować :)
    Do rozszyfrowania pozostają jeszcze bóle głowy... Narazie czekam na badania, które mi przepisał neurolog, ale pewnie jak zawsze wyjdzie, że nie wiadomo dlaczego boli :( Oby mi tylko nie powiedział, że "taka moja uroda"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale to trzeba jeszcze wykazać co przyczyniło się do zmian parametrów, bo wcale nie musiała to być kuracja od naturopaty ;)

      I w stosowaniu ziół na bóle menstruacyjne nie ma nic odkrywczego, medycyna też to zaleca, ja też pisałam o tym na blogu - to akurat dla większości pacjentek wygodniejsze jest wzięcie tabletki. Zresztą w ogóle ziołolecznictwo to nie jest medycyna alternatywna! O ziołach normalnie uczy się na medycynie na przedmiocie farmakologia ;)

      Usuń
  16. Jeśli niczego innego w tym kierunku nie stosowałam to raczej to zasługa kuracji :)

    Nie twierdzę, że to jakieś odkrycie, tylko szkoda, że żaden lekarz (rodzinny czy ginekolog) nie zalecił mi nigdy picia ziół na bóle menstruacyjne, ale może miałam pecha ;) A dla mnie to nie problem zaparzyć ziółka, wolę to niż łykanie tabletek :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger