11/02/2017

Weź ogarnij swoją szafę. Nie wszystko na raz, ale… Moja historia.




Nie wiem czy są na ten temat jakieś statystyki, ale z tego co się orientuję – wiele (może nawet większość?) osób zaczyna przygodę z minimalizmem od ubrań. Tak było i w moim przypadku. Chciałam opublikować dzisiaj coś w rodzaju poradnika jak w kilku krokach ogarnąć swoją szafę, ale pomyślałam, że z przyjemnością wrzucę jednak bardziej gawędziarski tekst typu „storytime” i opowiem Wam jak to było u mnie. Nie jestem pewna, czy chronologię zdarzeń odtworzyłam dobrze w stu procentach, ale luźny schemat powinien się zgadzać :) Jesteście ciekawe?


Po co kupować ubrania skoro można nie kupować?


Najogólniej rzecz ujmując, poza nakręcanym poszukiwaniem własnej subkultury okresem dojrzewania, własny styl nie interesował mnie aż do dosłownie dwóch-trzech lat wstecz. Historia mody, trendy, porady dla różnych sylwetek to co innego: te treści pochłaniałam pasjami, podbierając mojej mamie „kobiece” czasopisma odkąd tylko pamiętam! Ale „własny styl” był pojęciem, które w mojej głowie chyba po prostu nie istniało. Oznaczało to dla mnie tyle, że ktoś ubiera się w stylu retro, ktoś w sportowym, a ktoś inny lubi elegancję. Dodam, że w mojej głowie było to bardzo zero-jedynkowe, bez miejsca na łączenie nurtów i bawienie się konwencją.

Najlepszym tego dowodem niech będzie fakt, że kiedy na przełomie gimnazjum i liceum próbowałam ubierać się jak metalówa/punkówa/emo/(wstaw cokolwiek co akurat przeważało na moim 256-megabajtowym odtwarzaczu mp3 :D) efekty były tak przekomiczne, że dziś autentycznie żałuję, że na imprezy rodzinne odpuszczałam go sobie i przez to nie mam zbytnio zdjęć reprezentujących tamte żałosne próby :D

Oczywiście w końcu mi się odwidziało. Proces był płynny, więc ciężko wskazać mi dokładny moment… ale pamiętam, że przez cały pierwszy rok studiów chodziłam jeszcze w glanach ;D Do glanów nosiłam normalne dżinsy-rurki, kolorowe koszule i tak zwane „małe” sweterki, czyli takie krótkie obcisłe kardigany. Jednak na tamte czasy zawartość mojej szafy podsumowałabym tak:

  • 5% ubrań, które sobie sama kupiłam;
  • 45% ubrań, które na moją prośbę mama wyszperała mi w second-handach;
  • 25% ubrań, które mama czy inni członkowie rodziny kupili mi ot, tak (czasem trafiając lepiej, czasem gorzej) najczęściej w standardowych sieciówkach;
  • 25% ubrań, które dostałam od jednej z moich babć: były to zarazem ślicznie wykonane przez nią na drutach swetry, jak i totalne koszmarki z SH, których ciężko było mi nie przyjąć.

Za każdą podarowaną mi kiedykolwiek sztukę ubrania zawsze byłam i jestem wdzięczna, bo najważniejsze i tak zawsze będą dla mnie intencje obdarowującego, a te zawsze były tak miłe, że biło to na kilometr <3 Ale mówiąc szczerze, już wtedy czułam, że coś jest nie tak. Co chyba nie jest specjalnie odkrywcze, no ale.

Większości ciuchów nie nosiłam, a pozostałe zakładałam najczęściej ignorując jakieś drobne, acz wkurzające mnie detale. Przez większość czasu marzłam, a dla odmiany (rzadko, ale jednak!) niemiłosiernie się pociłam. Niewiele rzeczy do siebie pasowało, więc ubrania przygotowywałam sobie wieczorem, by przez poranne stanie przed szafą nie spóźnić się na uczelnię – tego nawyku nie pozbyłam się do dziś ;D Wieczorem sprawdzam prognozę pogody, przygotowuję ubrania, pakuję odpowiednią torbę czy plecak, pastuję buty, odkłaczam płaszcz i tak dalej, dzięki czemu rano wstaję na gotowe.

Jak widać, moja przepełniona, za to kompletnie nieużyteczna garderoba była efektem czegoś zupełnie innego niż opisuje się zwykle na blogach minimalistek. Nie traktowałam zakupów jako hobby/rozrywki (nigdy tego nie lubiłam i dalej nie lubię), nie podążałam za trendami, nie dostawałam zaćmienia mózgu podczas wyprzedaży, nie pocieszałam się ubraniami, nie miałam sterty nieodmetkowanych szmatek na dnie szafy… ale rezultat był tak naprawdę tak samo opłakany.




Idealna rada dla każdego!


Czy próbowałam coś z tym zrobić? Oczywiście! W namiętnie wtedy czytanych kolorowych pisemkach wielokrotnie przeczytałam WSPANIAŁĄ radę na odgruzowywanie szafy: weź każdą rzecz do ręki i zadaj sobie pytanie czy miałaś ją na sobie w ciągu ostatnich sześciu lub dwunastu miesięcy. O tym, jak kompletnie bezużyteczna jest to rada już tutaj kiedyś pisałam i właściwie to po prostu przytoczę tu odpowiedni fragment:

Robiąc takie porządki co najmniej dwa razy w roku ciągle krążyłam między stanem „źle” i „bardzo źle”, bo nawet po remanencie miałam całe stosy nielubianych ubrań, które przecież raz czy dwa założyłam na rodzinny obiad albo wychodząc do sklepu.

Takich dobrych rad było oczywiście więcej:

- niezliczone zestawienia ubrań, które MUSIMY mieć (biała koszula, mała czarna, klasyczne dżinsy, …);

- sposoby na przemycanie sezonowych trendów do swojej garderoby;

- w każdym numerze lista najgorętszych obiektów pożądania, bez których moje życie po prostu nie będzie kompletne ;)

I tak dalej, i tak dalej... wiem, że to znacie. Mając głowę wypchaną tymi głupotkami bardzo chybotliwie balansowałam nad przepaścią: z jednej strony regularnie pozbywałam się ogromnych ilości ciuchów, ale z drugiej ciągle coś mi przybywało. Udawało mi się uniknąć rozrośnięcia garderoby poza pewne granice, ale i tak szafa, szafki, półki, pudła i pudełeczka pękały w szwach.


... a jednak przełom.


Za nic nie umiem przypomnieć sobie jak trafiłam na {bloga Joanny Glogazy}. WYDAJE mi się, że było to za sprawą jakiegoś konkursu z rowerem do wygrania: jedna z {szafiarek} której styl wtedy podziwiałam podlinkowała konkursową galerię z innymi blogerkami promującymi piękny miejski rower, a stamtąd trafiłam na blog Asi (wówczas nazywający się jeszcze Styledigger). Zaraz po tym poście Joanna ogłosiła na blogu start Lunaby, następnie oświeciła mnie odnośnie bambusowych przekrętów, a niedługo później przedstawiła czytelnikom Chrupka: po takim combo byłam już kupiona na amen ;)

Nic więc dziwnego, że napisaną przez Asię {książkę „Slow Fashion”} kupiłam w przedsprzedaży, a na spotkaniu autorskim w Galerii Bałtyckiej siedziałam przejęta jak cholera! I ta książka naprawdę zmieniła moje życie. Wiem, że brzmi to strasznie górnolotnie i pompatycznie, ale nie będę tego tonować tylko po to, żeby wyjść na mniej nadętą ;D „Slow Fashion” sprawiło, że pierwszy raz w życiu NAPRAWDĘ ogarnęłam swoją szafę, a to pociągnęło za sobą kolejne zmiany. Zmiany bezpośrednie jak zmiana tematu ubrań ze źródła frustracji w czystą przyjemność, jak i pośrednie: zainteresowanie się optymalizacją innych dziedzin życia. Z wciąż trwającej miłości do slow fashion wyszła krótka fascynacja slow life, która obecnie ustabilizowała się w punkcie, który dla mnie jest po prostu esencjalizmem. Jeśli te wszystkie pojęcia wydają Ci się jednym i tym samym to trochę masz rację, a trochę jej nie masz: zerknij do tekstu, w którym przedstawiam moją interpretację.


Na marginesie dodam, że zupełnym przypadkiem na spotkaniu autorskim spotkałam koleżankę z roku, która z kolei poleciła mi dwa inne wspaniałe blogi: {Simplicite} i {Ubieraj się klasycznie}. Marta, jestem Twoją dłużniczką <3


Wracając do ubrań: „Slow Fashion” opróżniło moją szafę z nienoszonych i nielubianych ubrań, a moją głowę z tych bzdurek, którymi wręcz INDOKTRYNUJE się nas bylebyśmy tylko kupowały więcej.


Książkę przeczytałam zaraz po jej wydaniu latem 2015 roku. Co robiłam od tamtej pory i co sprawiło, że temat na blogu podejmuję dopiero teraz? Z jednej strony, z przyczyn finansowych chyba mało kto może wymienić całą swoją szafę na raz ;) Wobec tego zorganizowałam to sobie tak, by robić to bardzo powolutku.


Moje ogarnięcie szafy od podstaw


Ponieważ jestem STRASZNYM zmarzlakiem, priorytetem było dla mnie szybkie zbudowanie bazy szafy jesienno-zimowej, a dopiero znacznie później zaczęłam przyglądać się ubraniom typowo wiosennym, by wreszcie w tym roku zająć się garderobą letnią. Dotychczas służyło mi za nią kilka ulubionych bokserek i T-shirtów wraz z kilkoma parami starych szortów i dwiema sukienkami na krzyż. W niczym mi to nie przeszkadzało, bo dotąd lato spędzałam albo na praktykach, albo ucząc się do egzaminów, albo pracując, dlatego odłożenie tego na sam koniec przyszło mi z łatwością.

Takie rozłożenie wszystkich zmian w czasie miało jedną bardzo ważną zaletę: w międzyczasie w dalszym ciągu intensywnie się dokształcałam ;) Po lekturze „Slow Fashion” wydawało mi się, że wiem już ABSOLUTNIE wszystko i nigdy w życiu nie popełnię już błędu na zakupach. Oczywiście popełniłam, tylko inne :) Żeby nie szukać daleko: znalazłam w sklepie internetowym idealną koszulę (fason, wzór, 100% jedwab, niedroga)… i chociaż była tylko w rozmiarze na styk, zamówiłam. Oczywiście ledwo w nią wchodzę. Myślicie, że założyłam ją więcej niż dwa razy? Albo że wzięłam się w garść i ją odsprzedałam? He, he. Wisi w szafie, a ja szukam jej odpowiedniczki, która dla odmiany będzie na mnie dobrze leżeć. Wtedy pewnie pozbędę się tego wyrzutu sumienia, który jednak jest jakoś dziwnie drogi mojemu sercu…

Takich błędów nie było dużo, ale kilka na pewno. Gdybym miała możliwość skomponować moją szafę od zera wtedy, te dwa lata temu, byłoby ich NA BANK znacznie, znacznie więcej. Dlatego obecnie poza dopracowywaniem kolejnych związanych z ubieraniem się kategorii, pomalutku koryguję też te małe odchylenia od kursu jakie zaliczyłam po drodze. Na spokojnie, bo większość jest już świetna. A ja mam czas.

Co poza ubraniami?


Teraz, kiedy mam już z grubsza gotowe ubrania na wszystkie cztery sezony, chciałabym uporządkować kolejne kategorie. Wstępnie podzieliłam je następująco:

  • obuwie,
  • torebki, plecaki i in.
  • biżuteria i zegarki,
  • dodatki inne (okulary, galanteria…),
  • odzież sportowa,
  • loungewear (to takie wyrafinowane określenie na „ciuchy po domu” :D),
  • bielizna,
  • piżamy, szlafroki.

Kolejność jest całkowicie przypadkowa! Mogłam też o czymś zapomnieć, więc niewykluczone, że przy kolejnych wpisach z tej serii klasyfikacja ta zmieni się odrobinę.

Dodatkowo od razu powiem Wam, że właściwie w każdej z tych działek zaczęłam działać już dawno temu: tak naprawdę w niektórych z nich jeszcze przed moją wielką transformacją ;) Ogólną zasadą, którą przyjęłam, było:

Czekaj z zakupami aż zamkniesz temat samych ubrań, ale jeśli musisz kupić coś już teraz: kup najlepsze jakie możesz.

Nie szukałam więc idealnej piżamy, dresu czy torebki, ale jeśli jakaś stara rzecz zniszczyła mi się i wymagała wymiany, kupowałam ją w duchu slow fashion. W związku z tym w kategoriach takich jak buty czy bielizna jestem właściwie już blisko mety i jeśli dopisze mi szczęście, niektóre z tych tematów zamknę na przykład przy okazji Black Friday czy świąt Bożego Narodzenia. Uczucie kiedy na liście odhaczam ostatni obiekt jest ogromnie przyjemne, więc już nie mogę się doczekać i od dawna ciułam piniądz ;)


Co z tym dokształcaniem?


Wspomniałam wcześniej, że ostatnie dwa lata upłynęły mi nie tylko pod znakiem budowania gaderoby jako takiej, ale i zdobywania wiedzy na ten temat. Oczywiście dla każdego dziedziny których zgłębienie jest pożyteczne będą inne: jedną osobę zainteresuje historia mody, drugą współczesne domy mody haute couture, trzecią polskie produkty, a czwartą szycie czy w ogóle rękodzieło.

Dziedzinami, które dla mnie okazały się najważniejsze były: kwestie ekologiczne, etyczny aspekt mody, analiza kolorystyczna, a nawet zatoczenie koła i odkrycie na nowo tematu typów sylwetek, który wcześniej totalnie zanegowałam, a dziś uważam za przydatne narzędzie.



Ubrania ekologiczne...


Skład wybieranych przeze mnie ubrań to obok ich doboru do sylwetki kwestia, która na przestrzeni ostatnich dwóch lat zmieniała się najbardziej. Przed przeczytaniem „Slow Fashion” skład ubrania znaczył dla mnie tyle, co nic. „Wełniany” był dla mnie właściwie każdy sweter, każdy T-shirt z „koszulkowej” dzianiny nazywałam bawełnianym, a o surowcach takich jak tencel czy lyocell nie słyszałam po prostu nigdy. Rozróżniałam za to dzianiny od tkanin – co podobno też jest często mylone, więc tutaj punkt dla mnie, wow, pieseł, Ania taka mądra.

Gdy już opanowałam podstawy rzeczywiście zaczęłam bardzo zwracać uwagę na to, z czego jest kupowana przeze mnie odzież. Myślę, że w ciągu ostatnich dwóch lat przygarnęłam maksymalnie pięć ubrań, które miałyby więcej niż 10% domieszki włókien sztucznych, a i to jest prawdopodobnie mocno na wyrost (zarówno w kwestii liczby tych ciuchów, jak i wielkości domieszki).

Od razu zaznaczę, że robiłam to bez patologicznego przywiązania do tej zasady ;) Kiedy na spotkanie kółka wpadła koleżanka w zabójczo wyglądającej marynarce jakiej od dawna szukałam, po prostu przyjrzałam się w sklepie jak dobrze jest uszyta i mimo „złego” składu (65% poliester, 35% wiskoza) po prostu ją kupiłam. I noszę z przyjemnością.

Tutaj nadmienię, że moim zdaniem umiejętność oceny szwów, kroju czy wykończenia danej sztuki ubrania uważam za znacznie ważniejszą od samego składu surowcowego. Niestety, jest to również umiejętność o wiele, WIELE trudniejsza i bynajmniej nie uważam się w niej nawet za średniozaawansowaną. Ale uczę się na moich błędach i mam nadzieję, że w końcu dojdę to takiej wprawy, która zredukuje ilość nietrafionych pod tym względem zakupów do minimum :)

Teraz wiem już, że są jeszcze dwie rzeczy, którą chciałabym poprawić. Na początku najzwyczajniej w świecie nie byłam ich świadoma, ale nawet gdybym była... prawdopodobnie i tak zostawiłabym ten temat na później, by utrzymać ceny kupowanych przeze mnie ubrań na osiągalnym poziomie. Nie jestem z tego dumna, ale ściemniać też nie będę.

Kwestiami tymi są ekologia i etyczny aspekt przemysłu odzieżowego. Podstawowa wiedza jaką miałam ja i jaką ma pewnie większość konsumentek to: sztuczne tkaniny są szkodliwe dla środowiska, a kupowanie rzeczy „Made in China/Bangladesh/...” nieetyczne. Jest to jednak tylko czubek góry lodowej.

Tak miło, naturalnie i ekologicznie kojarząca się bawełna to niestety również materiał bardzo szkodliwy dla środowiska podczas produkcji. Nie chcę wchodzić w szczegóły w tym tekście, ale jeśli chcecie wiedzieć więcej, posłuchajcie tego, co mówi Radzka albo przeczytajcie omawianą w tym filmie książkę: „Etyka w modzie, CSR w przemyśle odzieżowym”. W skrócie odpowiedzią na ten problem może być promowanie bawełny organicznej i ponieważ kwestie ekologii są dla mnie bardzo ważne, na tym chciałabym się w tej chwili skupić.



… ale czy etyczne?


Jeśli zaś mamy na celu dobro dzieci, które za metaforyczną miskę ryżu szyją w sweat shopach nasze ubrania, sposób uniknięcia tego robi się jeszcze trudniejszy. W skrócie: kraj wymieniony na metkach kupowanej przez nas odzieży to jedynie kraj, w którym przeprowadzono ostatni etap jej produkcji. Może być tak, że naszą marynarkę kroi się i szyje w Chinach w nieludzkich warunkach, po czym wysyłana jest do Polski gdzie przeszywane są do niej guziki. Jej metka głosić będzie... tak, tak. „Made in Poland”. Dla mnie jest to informacja po prostu mrożąca krew w żyłach. Przez dwa lata unikałam ubrań z konkretnymi metkami tylko po to, by dowiedzieć się, że być może nic znaczącego z tego wcale nie wynikło...

Jaka jest odpowiedź na ten problem? Przede wszystkim, szukać przy ubraniach (najłatwiej w sklepach internetowych) adnotacji w rodzaju „sweatshop free”, „w całości zaprojektowane i uszyte w Polsce” (lub, oczywiście, w dowolnym innym kraju o uregulowanej kwestii praw pracowniczych). To rozwiązanie jest jednak pigułką bardzo gorzką do przełknięcia, bo:

- w dalszym ciągu bardzo niewiele marek dzieli się ze swoimi klientami tego rodzaju informacjami;

- te, które to robią, są zwykle NAPRAWDĘ bardzo drogie (jeśli znacie takie w miarę najbardziej osiągalne, to oczywiście koniecznie je tu podsyłajcie);

- możliwe jest, że kierując się tą zasadą wylejemy dziecko z kąpielą i zdyskwalifikujemy marki, które spełniałyby te warunki, a po prostu nie upubliczniają takich danych.

Co zrobić? Moim zdaniem nie ma tutaj dobrej odpowiedzi. Jeśli dla kogoś cena szytego w całości w Europie T-shirtu z organicznej bawełny jest tak wysoka, że miałaby to być na przykład połowa rocznego budżetu na ubrania, to chyba jasne jest, że mało kto zdecyduje się na taki krok i może wtedy lepszą opcją byłoby trzymanie się bawełny organicznej z H&M albo wybór ubrań szytych w etycznych warunkach, ale niekoniecznie z tak wysokiej jakości surowca. Dla osób, dla których obie te kwestie liczą się, są to trudne dylematy na które nie ma chyba idealnego rozwiązania, jeśli chcemy trzymać się ubrań nowych.

Alternatywą są oczywiście ubrania z drugiej ręki i tutaj ponownie ubolewam, że jestem tak beznadziejna w buszowaniu po lumpeksach. Ale wiem też, że wiele osób zaczynających przygodę ze slow fashion to prawdziwe mistrzynie łowów w second-handzie, które do przeładowanej szafy doprowadzają zawalając ją wyszukanymi perełkami, których żal nie wziąć w cenie tak niskiej jak pięć, dziesięć czy dwadzieścia złotych. Te umiejętności warto wykorzystać (lub posiąść) jeśli marki fair trade są poza naszym zasięgiem.

Gruszki, jabłka i klepsydry


Jak wspomniałam, bardzo zmieniało się też moje podejście do dobierania ubrań do własnej sylwetki. Zaczynałam z poziomu wiedzy nabytej przez oglądanie programu „Jak się nie ubierać?” czyli systemu sylwetek według Trinny i Susannah. Założę się, że każda z Was wie o co chodzi, ale wszelki wypadek przypomnę: wśród dwunastu typów sylwetek jeden z nich (klepsydra) jest idealny i każdy inny powinien do niego dążyć. Najczęściej przez mocne ściśnięcie paskiem w talii oraz optyczne dodawanie i ujmowanie sobie tam, gdzie mamy za mało czy za dużo.

Na moim przykładzie (wersja uproszczona!): mam wąskie ramiona i mały biust oraz szerokie biodra, co czyni mnie gruszką. Powinnam ubraniami powiększać górną część ciała (jasne kolory, wzorki, dodatkowe warstwy i tekstury jak na przykład falbanki, bufki czy żaboty), a pomniejszać tę dolną (ciemne, gładkie, proste ubrania).

Oczywiście nie muszę mówić w jak totalnej sprzeczności z ruchem body acceptance stoi podział, według którego jedna sylwetka jest właściwa, a właścicielki wszystkich pozostałych do końca życia powinny swoje kryć i kreować na coś, czym po prostu nie są. Plusem pochłaniania tych emitowanych bodajże na TVN Style programów było opanowanie wiedzy na temat metod tego „pomniejszania” czy „powiększania”, które – mimo iż nie korzystam z nich na co dzień – bywają przydatne i są dobrym punktem wyjścia dla dalszej nauki.

Przez dalszą naukę rozumiem na przykład zupełnie inny system proponowany przez pewnie znaną Wam z YouTube'a Magdalenę Kanoniak, czyli Radzką. Jeśli chcecie się z nim zapoznać możecie kupić jej książkę: {„Radzka radzi: Tobie dobrze w tym!”} i/lub zapoznać się z jej serią poradników „sylwetkowych” na {kanale raaadzka}. W skrócie, Radzka wyróżnia trzy typy sylwetki (oraz trzy dodatkowe podtypy dla osób w rozmiarze powyżej 42), a w poradnikach opowiada o różnych fasonach konkretnych sztuk odzieży na jakie składają się nasze szafy (swetry, spódnice, płaszcze, kostimy kąpielowe...).

Co jest w tym podziale bardzo odświeżające to fakt, że żaden z typów nie jest promowany jako „lepszy”. Oczywiście, jednemu z nich jest trochę łatwiej kupić coś w sklepie, ale każdy można fajnie ubrać. Ja z filmików Magdy nauczyłam się wreszcie takiego myślenia o sylwetce jak o zbiorze poziomych i pionowych linii. Jest to MEGA przydatna umiejętność, bo jeśli mamy dwie identyczne marynarki czy spódnice różniące się od siebie jedynie długością, dobrze jest wiedzieć czemu jedna wygląda na nas świetnie, a druga gorzej. W przeciwieństwie do rad Trinny i Susannah, które na długi okres wbiły mnie w koszule z żabotami (których dziś nienawidzę!), Radzka mało mówi o konkretnej estetyce, a bardziej o proporcjach. I oczywiście, te proporcje możemy olać podobnie jak dążenie do klepsydrowego ideału T&S, ale myślę, że warto mieć o nich chociaż ogólne pojęcie.

Powrotem do chorej ilości typów sylwetki jest trzecia klasyfikacja, do której mam pewien szacunek: mowa o systemie Kibbego. Tutaj podstawowych typów jest dwanaście, a jeśli uwzględnimy dodatkowe cechy mogące w nich występować, to kombinacji może być jeszcze trochę ;) Podstawy tej klasyfikacji wyłożono w książce autorstwa Davida Kibbe w 1987 roku. Oczywiście promowana w niej moda w znacznej większości już {kompletnie się zdezaktualizowała}, ale nie martwcie się: genialnym podręcznikiem tego systemu jest blog Grety Kredki o nazwie {Get The Look}. Przygodę tę polecam zacząć od zrobienia odpowiedniego testu tutaj!, ale w skrócie: David Kibbe postanowił sklasyfikować typy urody (nie tylko sylwetkę ciała, ale i rysy twarzy) pod względem stosunku pierwiastków męskich i żeńskich w nich występujących. Zupełnie inaczej będzie wyglądała „gruszka” według Trinny i Susannah (albo typ A według Radzkiej) niska i o delikatnych rysach twarzy, a inaczej taka długonoga, o twarzy femme fatale. I według Kibbego, ubranie tej pierwszej w garnitur albo tej drugiej w falbankową albo boho sukienkę będzie „gryzło” się z danym typem urody.

Z jednej strony system ten podoba mi się bardzo, bo tam gdzie T&S wcisnęłyby androgyniczną Tildę Swinton w bufki, baskinki i inne budujące kobiecą sylwetkę piórka, Kibbe zachęca do akceptacji i nawet podkreślania swojej nietypowej urody. Z drugiej strony, pamiętajmy: jak każda klasyfikacja, jest to tak naprawdę system ograniczeń. Warto go znać żeby wiedzieć, czemu nasza koleżanka w stylu boho wygląda świetnie, a my wręcz przeciwnie, za to same potrafimy „ograć” kolorowe włosy i komiksowe nadruki jak mało kto. Wspomnę o tym jeszcze w podsumowaniu, ale warto to podkreślić już teraz: każda klasyfikacja to tylko sugestia, narzędzie. Nie regulamin ani kodeks.



Słowo o analizie kolorystycznej


Na sam koniec chciałabym wspomnieć o czymś dla mnie bardzo interesującym i przydatnym, chociaż często spotykam się z opiniami, że „ta cała analiza kolorystyczna to bezsens”. Ponieważ najczęściej są to anonimowe opinie z internetu, nie ma możliwości sprawdzenia czy autorka prawidłowo rozpoznała swój typ i czy faktycznie tak dobrze prezentuje się w kolorach „zakazanych” jak jej się wydaje ;) Oczywiście, jak od każdej reguły, i od tej jest milion wyjątków, a to jest tylko wskazówka... Ale o czym w ogóle mówimy?

Temat podziału urody na cztery pory roku był mi znany już od lat nastoletnich, bo widywałam go nawet w magazynach typu „Dziewczyna” (kto pamięta? :D). Jednak już wtedy za cholerę nie umiałam ustalić swojego, bo z jednej strony zwykle wychodziło mi Lato, ale z drugiej: nigdy nie było to zbyt przekonujące (spełniałam najwięcej warunków tego typu, ale do modelowej przedstawicielki było mi daleko), a po drugie: wiele sugestii pasujących mi kolorów po prostu nie sprawdzało się... Jeśli miałyście podobnie, to dziś powiem Wam dlaczego mogło tak być.

Podstawowych typów kolorystycznych jest dwanaście, a nie cztery: po trzy na każdą porę roku. W zależności od tego czy pasują nam kolory chłodne/ciepłe, jasne/ciemne, czyste/zgaszone możemy określić typ kolorystyczny znacznie dokładniej i tym samym uzyskać o wiele bardziej zindywidualizowaną paletę polecanych barw.

Ja na sam początek polecam po prostu zapoznanie się z tabelkami, które znalazłam na dawno nieaktualizowanym już blogu, o tutaj! Jeśli nie znacie się na terminach związanych z kolorami, bardzo fajnie {objaśniła je ostatnio Maria Młyńska} ze wspomnianego już bloga Ubieraj się Klasycznie. Pamiętajmy też, że najważniejsze są kolory tego, co mamy przy samej twarzy, więc nie ma co spinać się o kolor spodni czy butów, o ile tylko pasują do tego, co nosimy do nich :) No i ponownie, to tylko sugestie. U mnie sprawdzają się praktycznie bez pudła, ale ogólnie jest wiele wyjątków: niektóre tłumaczy się przez pewne dodatkowe podtypy, nad którymi tutaj nie będę się rozwodzić.

Na koniec wspomnę tylko, że profesjonalna analiza kolorystyczna czy według typologii Kibbego istnieje także jako usługa. Nie mam absolutnie żadnego zdania na ten temat, bo po prostu nigdy z takich usług nie korzystałam i nie znam nikogo, kto by korzystał. Sama na pewno nie czuję takiej potrzeby, ale gdybym miała możliwość spróbować tego za darmo to na pewno zrobiłabym to choćby z ciekawości ;) Natomiast początkującym na pewno bardzo polecam samodzielną analizę, choćby po to by zobaczyć czy w ogóle nas to interesuje i czy chcemy zakwestionować pewne stare nawyki według nowopoznanych wskazówek.

***


Dzisiejszy tekst to trochę eksperyment - nawet nie wiecie jaka nerwowa jestem publikując tekst tak bardzo niezwiązany z dotychczasową tematyką bloga! Dajcie znać, czy te tematy w ogóle Was interesują i czy akurat moje ujęcie nie zabiło Waszego zainteresowania nawet, jeśli pojawiło się ono na początku ;) Ja na pewno pisząc go bawiłam się po prostu świetnie.


Pozdrawiam
Ania

37 komentarzy:

  1. Kiedyś się o tym uczyłam w szkole kosmetycznej :) ale nadal nie wiem jakie kolory są dla mnie dobre i nie wiem jaką jestem porą roku, haha! No ale ja ubrań masy nigdy nie kupuję, tylko to co koniecznie, potrzebne i nic nie leży zbyteczne kupione pod wpływem chwili, bo taka moda :)
    Niektórzy się śmieją, że nie mam specjalnie nawet w czym wybierać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Poziom bezużyteczności mojej szafy również mnie czasem przytłacza, raczej nadal "szukam siebie". Kupowanie komuś ciuchów jest chyba najgorsze, tysiąc razy lepiej kupić komuś kartę podarunkową do określonego sklepu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też się biorę za uporządkowanie szafy. Przeczytałam kilka książek ;), ale najlepsza to właśnie Slow Fashion. W innych denerwowało mnie to "musisz". Mam jedną białą koszulę i NIGDY nie noszę. Nie potrzebuję też czarnej marynarki, bo nie lubię i już :) Zaczęłam za to zwracać uwagę na kolory i fasony. Długa droga przede mną, bo nie mogę sobie pozwolić na jednorazową wymianę garderoby... A co do obecnej to najgorzej pozbyć się prezentami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie te rzeczy, które wymieniłam to te "konieczne" ubrania, których w ogóle nie noszę. Nie cierpię dżinsowych spodni (a najbardziej na świecie tych o klasycznym kroju!), bardzo mało chodzę w sukienkach, a o białych koszulach to już nie wspomnę ;P

      Usuń
    2. Aniu nie przeglądasz za sukienkami i dzinsamo. To jakie doły najczęściej nosisz? :)

      Usuń
    3. Spodnie z innych tkanin :) Najczęściej nawet granatowe, więc niby jak dżinsy, ale sto razy (dla mnie!) wygodniejsze i ładniejsze. Czasem szare, czarne, a ostatnio marzą mi się brązowe :D Aha, i mam jedną parę czarny z ekoskóry - też bardzo lubię, ale tylko do balerinek, więc zimą odkładam je na półkę ;)

      Usuń
    4. A polecisz jakoś sklep z takimi spodniami. Ja lubię dopasowane ale nie mega obcisłe jak noszą teraz dziewczyny

      Usuń
    5. To już mocno zależy od konkretnego fasonu i ogólnie Twoich wymagań (jakość, półka cenowa itp.)... Ja z takich mniej znanych marek bardzo lubię Vila, Soyaconcept i Fransa, ale kupuję je stacjonarnie w lokalnym sklepiku w moim rodzinnym miasteczku - kompletnie nie wiem gdzie szukać ich poza nim :(

      Usuń
  4. Wypożyczyłam książkę Radzkiej z biblioteki jakis czas temu, wzięłam do ręki i w ciągu pierwszego pół godziny czytania chciałam wywalić ją za okno, chociaż zazwyczaj nie jestem porywcza ;) Ta książka to naciągactwo, stek bzdur i bodyshaming! Aż mi włosy stawały dęba jak czytałam napisane tam porady typu "dużą apaszką zasłonisz brzuszek" czy coś w tym stylu. Ogólnie interesuję się tematem mody, mam oba dyplomy zrobione z projektowania odzieży, i jest wiele fajnych książek właśnie jak książka Joanny Glogazy, która jest zdroworozsądkowa, a książka Radzkiej nadaje się na makulaturę. Serio, żadna książka mnie nigdy nie zdenerwowała, a tej się udało :) szczególnie, że informacje tam zawarte to są bzdury! I jeszcze język jakim to jest napisane - jakby było pisane do półgłówka, to jest obrażające. Heh, sorki, że wylewam jakieś żale tutaj, ale osobiście uważam, że nikt nie powinien tej książki polecać, jestem za tym, żeby każda dziewczyna akceptowała swoje ciało i była szczęśliwa, a nie pogłębiała sobie kompleksy. Pozdrawiam Aniu :) Ogólnie fajnie się czyta post, miło, że piszesz też na takie tematy i fajnie że zdecydowałaś się nadać formę bardziej storytelling :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, chyba aż wyedytuję posta, żeby było jasno widać, że książki Radzkiej nie czytałam - oglądałam tylko jej filmiki na YT i te bardzo mi się podobały, nie odczuwałam z nich tego opresyjnego tonu jaki widać w prawie wszystkich innych poradnikach (prasa, książki itp.). Bo tak jak Ty uważam, że każdy powinien ubierać się po prostu jak mu się podoba i jeśli ta książka jest w sprzeczności z tym, to i ja jej nie pochwalam! Ale na pewno przy najbliższej okazji ją przeczytam żeby wyrobić sobie własną opinię. Swoją drogą, masz super ciekawe wykształcenie!!!

      Usuń
  5. A co do analizy kolorystycznej, bo teraz doczytałam ten podpunkt, to tak się zastanawiam, skąd bierze się ta opinia, że nie ma ona sensu, też się spotkałam z nią wielokrotnie. Mam taki jedną teorię, skąd to może pochodzić, a mianowicie od osób, które nie mają żadnego hobby artystycznego, pracy czy studiów związanych ze sztuką, takich artystycznych mugoli :) Myślę tak dlatego, że znając teorię kolorów i podstawowe zagadnienia, a także mieszając farby czy jakiekolwiek inne medium, łatwo jest zauważyć wzajemne relacje kolorystyczne, to czy takie połączenie np takiej zieleni i granatu jest lepsze, czy np może seledynowy i błękit itp. Widać jest gołym okiem, że niektóre połączenia są lepsze od innych. Więc biorąc to od uwagę, oraz to że każdy ma określoną kolorystykę ciała, np wpadającą w róż, chłodną, lub z drugiej strony brzoskwiniowo-ciepłą to jest jasne, że jedne kolory będą lepiej współgrać niż inne. Nie trzeba się tym przejmować, ale żeby zaprzeczać, że to "działa", to mnie dziwi :) Możliwe też że ta opinia pochodzi od osób, które często zmieniają kolor włosów i opalają się i bledną na okrągło, bo wtedy faktycznie analiza musiałaby być co chwilę robiona na nowo i jedna, jeśli juz nie aktualna ( np ktoś był pomarańczowo rudy a teraz ma wiśniowe włosy) nie będzie mieć sensu... Ale nawet przy wybieraniu koloru farby do włosów jest dobrze zastosować chociaż zasadę chłodne/ciepłe tony i dopasować do tonu skóry :)
    Przeczytałam większość postów Marii z ubierajsieklasycznie i jest to skarbnica wiedzy, określiłam się jako jesień, raczej stonowaną, i widzę różnicę, po wyrzuceniu 90% ubrań z szafy o chłodnym odcieniu. Nawet przy bieli wyglądam gorzej w takiej wpadającej w błękit, dlatego wszystkie białe rzeczy mam prawie kremowe :) Korzystam i jestem zadowolona, ponadto znam dwie osoby, które tak świetnie podkreślają swoją cerę i urodę kolorami ubrań, że jestem pewna, że stosują swoje kolory z analizy kolorystycznej, wyglądają niesamowicie, a jedna z tych osób ma bardzo niepozorną urodę, a efekt jest świetny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, o tych możliwych wytłumaczeniach na analizę kolorystyczną nie pomyślałam! Ogólnie nie zastanawiałam się DLACZEGO ona się u tych różnych osób nie sprawdza, tylko CZY faktycznie na pewno tak jest. Jak najbardziej dopuszczam opcje, że nawet makijaż może delikatnie zmienić karnację, a zresztą: te podlinkowane przeze mnie tabele to też tylko wstęp, bo można wejść w temat znacznie głębiej :D

      Usuń
  6. Ja przygodę z minimalistyczną szafą zaczęłam jakieś 5 lat temu. Wtedy zaczęłam pozbywać się niechcianych ciuchów. Ta czystka trwała jakieś 2 lata (bo wiadomo że nie wszystko poszło na raz) w tym czasie nie kupiłam zadnej nowej rzeczy dlatwgo ze to co ciągle miałam wystarczało mi w zupełności oraz dlatwgo ze nic mi się nie podobało. Więc tak sobie wyrzucalam nie kupując nic nowego i w pewnym momencie doszłam do ściany ze serio nie mam co na siebie założyć... teraz kompletuje odpowiednie zestawy już oczywiście przemyślane ale idzie to jak krew z nosa... ciężko robi się zakupy gdy człowiek szuka prostych form a wszędzie suwaki, dziury, naszywki, kieszenie, itp. no ale jakoś małymi kroczkami idę do przodu:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wybrałam inną kolejność, ale docelowo chciałabym dojść do tego, by nie kupować nic nowego poza zamiennikami do rzeczy, które się zniszczyły czy znosiły :) Takie moje małe marzenie ;)

      Usuń
    2. Wtedy nawet nie wiedziałam co to slow fashion. Poczułam się przytloczona rzeczami które miałam i postanowiłam trochę oczyścić przestrzeń- zaczęło się od ciuchów. Jak mi wtedy było cudownie, odczuwalam duża radość z tej przestrzeni. Później trafiłam na jakieś blogi, książki które opisywała właśnie minimalizm i doszłam do wniosku ze robię to samo tylko bez "przewodnika" a z wewnętrznej potrzeby.

      Usuń
  7. Niedawno robiłam porządki w szafie, ale mimo wszystko ciężko mi się pożegnać z niektórymi rzeczami, mimo że nie nosiłam ich od X czasu ;) Mało kupuję ubrań, bo nie mam takiej potrzeby, więc jak już coś kupuję to wręcz oszczędzam :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Aniu odpiszesz mi na pytania z poprzedniego wpisu? Chodzi o te rozszerzone pory, krem itp. Będę bardzo wdzieczna:-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny post, Aniu! Piszę z ogromną prośbą o polecenie czegoś (kremu, serum, czegokolwiek), co zawiera w swoim składzie czynniki wzrostu skóry. Niestety koreańskie marki są dla mnie za drogie i nie mogę sobie na nie pozwolić, a bardzo zależy mi na czymś takim :(
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Rossmannie jest seria firmy Aube o nazwie Epidermal Growth Factor Renaissance i jej produkty zawierają EGF, a trzy kremy marki Lirene zawierają rekombinowany IGF:
      - Lirene, Retinolowe Odżywienie 70+, przeciwzmarszczkowy krem naprawczy
      - Lirene, Komórkowa Regeneracja 50+, wygładzający krem przeciwzmarszczkowy
      - Lirene, Bursztynowa Odbudowa 60+, ujędrniający krem przeciwzmarszczkowy

      Niewykluczone że jest coś jeszcze, ale raczej nie za dużo. Zdecydowanie większość marek stawia na peptydy pobudzające skórę w innym mechanizmie niż czynniki wzrostu :)

      Usuń
    2. Te kremy mają faktycznie dobry skład? Aniu mam serum z Bielendy Neuro Glicol oraz Sesderma Retises 0,25. Myślisz że mogę je stosować jednocześnie?

      Usuń
    3. Nic nie wiem o Twojej cerze i pielęgnacji, więc ciężko mi odpowiedzieć :(

      To samo tyczy się wymienionych wyżej kosmetyków - w zależności od typu cery i reszty pielęgnacji każdy z nich może być albo super, albo do kitu :D Ja dla siebie samej pewnie tych z Lirene bym nie kupiła, ale te z Aube to prędzej ;)

      Usuń
  10. Ach ta moja szafa, ostatnio mało kupuję, głownie to co niezbędne. Za to nadal co pół roku robię porządki, choć ciągle z długim okresem nienoszenia, koło 2 lat. Za to jak mi się nie podoba od razu idzie dalej 😜

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne zdjęcia <3 Ja czasem pojawiam się w lumpkach, a czasem kupuję nowe ubrania: sukienki.
    Miło mi że mnie odwiedziłaś, zapraszam częściej, Ciebie dodałam do obserwowanych

    OdpowiedzUsuń
  12. super tekst Aniu, aż przypomniały mi się nasze rozmowy w przerwach na biochemii ;D
    Paulina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się boję zapytać jakie to były rozmowy... :D

      Usuń
  13. Uwielbiam kasiazke slow fashion i bloga Asi. Jest to dla mnie jedna z najbardxiej inspirujacych osob w blogosferze. Jej ksiazka byla dla mnie najskuteczniejszym poradnikiem o uporzadkowaniu szafy i zmiany podejscia do zakupów.
    Aniu, od niedawna przerzucilam sie na mineraly annabele. Jestem zachwycona! Moja cera wygląda lepiej, malowanie zajmuje mi mniej czasu i efekt jest super:) cirsze sie ze mimo natłoku informacji poszlam na zywioł i postanowiłam sprobować:) teraz ten sam krok musze wykonac w strona kwasów aby pozbyc sie czasrnych kropek na nosie.
    Mam do Ciebie jeszcze pytanie- codziennie wirczorem myje twarz mydlem i jak dotad przecieralam skore hydrolatrm. Slyszalam jednak ze jego pH moze byc za wysokie. Co myslisz o przecieramiu twarzy po myciu mydłem wodą mineralną z dodatkiem octu balsamicznego (taki mam teraz w kuchni😃). Szukam patentu na jakiś prosty, domowy tonik, bo te hydrolaty w koncu mnie zrujnują finansowo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ocet balsamiczny to odpada, ale jabłkowy jak najbardziej! Najbardziej zachęcam Cię do zrobienia własnego octu (link na dole), ale to trochę potrwa, więc w międzyczasie możesz kupić jakiś eko - są chyba np. w Rossmannie :) O taki: http://www.rossmann.pl/Produkt/enerBiO-ocet-jablkowy-750-ml,118917,6585

      Przepis na i na tonik, i na ocet, znajdziesz tutaj:
      http://www.kosmeologika.pl/2015/07/diy-idealny-tonik-z-octu-jabkowego.html

      A minerały to naprawdę cudowna rzecz! Jaki odcień jest Twój? :D

      Usuń
  14. Natural fair. Wydaje mi się że jest ok, aczkolwiek przyznaję się że próbowąłam jeszcze trzech i nie widziałam znaczących różnic. Jak z resztą zawsze przy wyborze podkładu. Nie ogarniam tych pigmentów, co bardziej różowe a co żółte...

    Dlaczego balsamiczny odpada?
    Dzięki za linka!:*

    OdpowiedzUsuń
  15. Rany, jaki to fajny tekst! Aż dwa razy przeczytałam, najpierw od razu po publikacji i teraz drugi raz. ♥
    Yay, ja byłam metalówą na przełomie gimnazjum i liceum :D do teraz zresztą mnie taki rockowy styl inspiruje i lubuję się w czerwni.
    Moja szafa wcześniej mnie wkurzała, bo szybciej mi się ubrania niszczyły, zużywały lub nudziły (a najczęściej malały) niż byłam w stanie kupić nowe. Jakoś nie miałam ochoty wydawać kupę hajsu na ubrania (albo po prostu nie miałam pieniedzy w ogóle), więc ciągle miałam braki w garderobie. A second handy nie są tu rozwiązaniem, bo tam raczej polujesz na perełki i bierzej co się trafi, a nie kupujesz konkretnej rzeczy która właśnie jest potrzebna no i zajmuje to mnóstwo czasu (dlatego do teraz nie lubię ciucholandów).
    Teraz jest podobnie, bo mi wciąż kilka ciuchów brakuje - w najbliższym czasie muszę wymienić na nowe buty na co dzień, kozaki na zimę, lekką kurtkę na wiosnę-lato (preferowalnie skórzaną) i bieliznę, a także dokupić jeden sweterek, dwie koszule (1 "niedzielna" i 1 flanelowa), rajstopy i jedne-dwie pary legginsów. Przydałoby się też ogarnąć plecak i strój na basen. Heh, brzmi tak fajnie i skonkretyzowanie, ale jak zrobić wycenę to jest ciężko :P
    Czytałam książkę Joanny Glogazy i dla mnie to było "meh, zbiór banałów" - jestem zblazowanym burakiem :(
    Co do jakości ubrań - od dawna zwracam uwagę na materiały, kupuję głownie ciuchy z tych naturalnych fajnych. Ale nie zwracam uwagi czy bawełna jest organiczna, może powinnam, ale na razie to mnie przeraża :( niestety kupuję dużo ciuchów w sieciówkach i trudno mi z tego zrezygnować :( Ale strasznie lubię hipsterskie ubrania i wyroby małych projektantów eko-bio-organic-zero-waste-olaboga i chętnie takie kupuję, choć na razie mam kilka takich rzeczy na krzyż i wiecej na wishliście niz w szafie. Całe szczęście mniej-więcej bazę ciuchów mam i teraz mogę sobie pozwolić na wymianę na coraz lepsze jakościowo od polskich producentów i w ogóle.
    A ocenę szwów, wykrojów i takie tam robi mi Mąż, jego mama była krawcową i teraz się facet zna jak nikt, jak na zakupy to tylko z nim ♥ A przynajmniej niedzielne ciuchy i sukienki, bo te na co dzień w dinozaury i jednorożce to kupuję sama :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cd.

      Jeśli chodzi o figurę i te wszystkie typy to zawsze jakos intuicyjnie wyczuwałam i w miarę dobieram dobrze ciuchy. Wnioskuję po tym, że jak się robiorę i pokazę w bieliznie to koleżanki są zaskoczone, bo spodzieały się że jestem szczuplejsza, zgrabniejsza i ładniejsza, a tu tyle fałdek i w ogóle :P Teraz i tak czuję się koszmarnie spasiona i w sumie we wszystkim wyglądam grubo :P Ale ogarniam co mogę śmiało eksponować a co chować i jakoś to działa. Choć nie przepadam za swoją figurą. Owszem, miło jest mieć długie nogi, ale ten brak talii to słaba rzecz.

      Po pierwszym przeczytaniu Twojego wpisu szykalam sobie o tym systemie Kibbego, ciekawe! Ale za cholerę nie potrafię siebie określić według tego systemu. Jedyne co mi wychodzi to "w sumie to jestem gruba" xD Chyba łatwiej mi znaleść i samemu wymyśleć ubrania w których dobrze się czuję niż znaleść swój typ w tej klasyfikacji xD
      Z analizą kolorystyczną podobnie - w sumie to nie wiem. Wcześniej jak był podział na cztery to byłam pewna, ze jestem jesień (bo ciepła i ciemne włosy), ale teraz wydaje mi się, ze czysta wiosna. Ale pewności nie mam, dlatego sie tym nie przejmuję i po prostu wybieram to co mi sie podoba i w czym dobrze się czuję.

      W każdym razie - na pewno w moim stylu jest mnóstwo do poprawy, na pewno mogę w innych ubraniach, fasonach i kolorach wyglądać lepiej. Ale zawsze byłam szalenie uparta i wolałam nosić to na co miałam ochotę i wtedy się czułam najlepiej. Na przykład jak byłam nastolatką to na pewno te za duże workowate całe czarne ubrania metalówy mi nie pasowały (a byłam super chuda i drobna), ale w tym się czułam najlepiej i gdybym mogła cofnąć czas to nosiłabym wtedy nawet więcej tych czarnych ciuchów zamiast ulegać namową mojej mamy na dziewczęce ciuchy w kolorach. I teraz też - noszę takie ciuchy, w jakich najlepiej się czuję. Choć czasem wyglądam dziwnie :)

      Usuń
    2. Dzięki <3



      Z second-handami mam dokładnie tak jak Ty. Plus po prostu nie lubię tego, że robiąc zakupy w nich muszę tak naprawdę przejrzeć i dotknąć każdego jednego wieszaka w sklepie. Jak robię zakupy w sieciówkach, to szukając np. płaszcza potrafię obskoczyć dziesięć sklepów w piętnaście minut, bo nie bawię w nich dłużej niż jest to absolutnie konieczne :D A najbardziej na świecie to kocham zakupy przez internet!



      Pod jakimś innym postem pisałaś mi już co sądzisz o tej książce i ja nie byłabym wobec siebie taka surowa na Twoim miejscu :D Każdy startuje z innego poziomu i na przykład dla mnie "Slow life" było zdecydowanie mało odkrywcze, ale w młodszym wieku pewnie dałabym się za tę książkę pokroić ;) Natomiast "Slow fashion" w moim przypadku trafiło w dziesiątkę!



      Bardzo chętnie zobaczyłabym te hipsterskie ubrania, które Ci wpadły w oko! Ja właśnie mało siedzę w tym temacie, bo jak widzę surową szarą dresówkę na stronie głównej to dostaję drgawek, a potem uciekam :D I pewnie dużo fajnych modeli przechodzi mi koło nosa, a chciałabym z czasem wesprzeć tę gałąź przemysłu w Polsce :) No i zazdraszczam męża-konsultanta-krytyka-eksperta-rzeczoznawcy!!!



      Mi się też wydaje, że w miarę intuicyjnie sporo rzeczy robiłam dobrze, ale było trochę tematów które hm - może nie spędzały mi snu z powiek, ale na pewno frapowały! I chociaż na pewno wyrosłam już z kupowania ubrań, bo są idealne do "poprawienia" mojej sylwetki, to jednak mając do wyboru dwie prawie identyczne rzeczy które i tak chcę, a różnią się jednym detalem (typu długość, kieszenie itd.) to z przyjemnością korzystam z tych wskazówek, które pozwolą mi wybrać ciuch w którym będę prezentować się (i zapewne czuć) po prostu lepiej :)



      Jeśli chodzi o Kibbego to czytanie o typach może naprawdę przyprawić o zawrót głowy!!! Dlatego zdecydowanie polecam po prostu zrobienie testu, najlepiej nawet bez czytania co i jak wcześniej, żeby nie naginać podświadomie odpowiedzi ;D I jeśli go zrobisz, to KONIECZNIE napisz mi jaki typ Ci wyszedł, bo jestem superhiperultraciekawa <3

      Usuń
    3. Hipsterskie ubrania i dodatki

      Odkryte dzięki studentom ♥ mam ich legginsy, może kojarzysz bo bardzo często je zakładam

      Kolejne legginsy:
      http://www.brzozowskafashion.com/pl/p/ROSES-FOX-leggings/219

      To ci się podoba!
      https://magentowe.cupsell.pl/produkt/567475-Kocia-Gwiazda-mierci-2.html
      Prawie kupiłam we wrześniu ale ostatecznie kasy mi zabrakło i znowu musiałam odłożyć zakup na później :( A na wishliście od roku!

      Moja obsesja kaszubska:
      http://www.mustasz.com/kolekcja/kaszuby/kaszubka
      oraz
      http://www.farwa.pl/index.php?page=shop.product_details&category_id=30&flypage=flypage.tpl&product_id=1590&vmcchk=1&option=com_virtuemart&Itemid=54


      no i lisie rzeczy, które mam ♥♥♥
      http://joanka-z.pl/produkt/lis-komin-z-kapturem/
      https://www.etsy.com/listing/238075625/sleeping-fox-leather-handbag?ref=shop_home_active_7

      Na co dzień noszę torebeczkę od tej Pani
      https://allegro.pl/uzytkownik/GGaul?order=m

      W sumie dużo tego nie ma, bo często te rzeczy są tak drogie, że nawet nie mam odwagi przypinać do wishlisty na Pintereście :( Więc głównie wygrywają przeceny w sieciówkach. Ale marzy mi sie kiedyś nosić więcej takich ciuchów i dodatków!

      Etsy jest w ogóle cudowne, najchętniej rzeczy bym kupowała głównie stamtąd! Ale za biednam na takie zakupy. No i tam z całego swiada, nie tylko polskie.

      Usuń
    4. Nie wkleiłam poprawnie linku na samej górze do legginsów i EVC design
      https://www.behance.net/gallery/23656505/Natalia-Uryniuk-for-EVC-DSGN

      Usuń
    5. Prawie wszystkie te rzeczy to albo cuda, które mi się podobają i chcę mieć, albo cuda które mi się podobają, ale nie chcę mieć, bo by mi nie pasowały :D Ale podoba mi się praktycznie wszystko <3

      NA MAKSA zakochałam się w legginsach od Brzozowskiej, kocich koszulkach, kaszubskich koszulach i kominach Joanki Z.: po prostu ŁAKNĘ tego jelonkowego <3

      Usuń
  16. Przeczytałam Slow Fashion i kilka innych książek na ten temat. Przy okazji przeprowadzki oddałam kilka worków z ubraniami. Chciałam być minimalistką w kwestii ubrań ale! No nie umiem i już. Uwielbiam buszowac W SH i zawsze wyszukuje super perełki. Postanowiłam jednak ze będę minimalistka na tyle na ile mogę. Z racji tego ze uwielbiam elegancki styl w tej kwestii dałam sobie upust. Uważam natomiast z zakupami rzeczy sportowych, takich na co dzień. Tu panuje 100% minimalizm. Podobnie mam z bielizną i pizamami. Trzymam się też palety kolorystycznej i kroju, który pasuje do mojej sylwetki. Pozwalam sobie na szaleństwa tylko wtedy kiedy wiem, że w ubraniu będę czuć się dobrze (kolor) oraz będę dobrze wyglądać (fason). Omijam szerokim łukiem sieciowki, bo raz ze wykorzystują ludzi do pracy a dwa ze tę ubrania są po prostu na 1-2 razy. Potem wyglądają na sprane i zniszczone. Z polskich marek mogę polecić Marie Zelie. Uwielbiam tą małą polską firmę i ich ubrania. Wiem, że są drogie ale zapisując się na newsletter bardzo często dowiaduje się o rabatach (nawet do 40%) czy wyprzedażach. Naprawdę warto czasem wydać więcej, ale mieć czyste sumienie i być w 100% zadowolonym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle się nie biczuj wyrzutami sumienia. Jeśli czytałaś książkę Asi to wiesz, że w minimalizmie nie chodzi o to, żeby mieć mało, a zwłaszcza nie o to by mieć konkretną liczbę ubrań. Chodzi o to, żeby nie mieć rzeczy zbędnych, nienoszonych, marnujących zasoby planety, Twój czas, pieniądze i energię. Jeśli nosisz wszystkie swoje perełki to noś je z dumą <3

      Usuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger