6/19/2015

Oni mnie nie zawodzą.


Są kosmetyki, które potrafią swoim działaniem wprawić w osłupienie. Idealnie byłoby używać samych cudotwórczych mazideł, ale spójrzmy prawdzie w oczy: duża część z nich nie ma szans zmienić naszego życia o sto osiemdziesiąt stopni. Ja od tych produktów wymagam tylko, żeby mi nie szkodziły i najzwyczajniej poprawnie działały. Czy to tak wiele? Cóż, dziesiątki zdenkowanych bubli oznaczają, że najwidoczniej tak ;] Dziś jednak przedstawię Wam kosmetyki, które działają. Tak po prostu.

Zacznijmy od rzeczy niepozornej, ale dla mnie – maniaka dbania o higienę jamy ustnej – niezbędnej. Kiedyś przeczytałam o nici dentystycznej Oral-B Pro Expert, że jak już raz się jej spróbuje, to nie sięgnie się po żadną inną. Ja próbowałam podważyć tę tezę i kupiłam po niej lubianego niegdyś Jordana... ale to już po prostu nie to. Ta nić jest po prostu najlepsza i zapewnia komfort nieporównywalny z żadną inną – a wypróbowałam ich wiele.


Moim ulubionym akcesorium łazienkowym jest rękawica Kessa – bez dwóch zdań. Borykam się z rogowaceniem okołomieszkowym i przez lata używałam na całe ciało znanej pewnie większości z Was antycellulitowej gąbki Syrena. Ta ostrzejsza część rzeczywiście nieźle ścierała i z czasem przestała mnie ranić, ale nigdy nie przyzwyczaiłam się do niej na tyle by stracić poczucie, że czymś sobie „rysuję” skórę. Tymczasem ścieranie zapewnione przez Kessę jest zupełnie innego rodzaju – niby łagodniejsze, ale z drugiej strony wręcz BARDZIEJ efektywne.

Moją rękawicę kupiłam dwa lata temu na Helfy.pl za 19 zł. Ponieważ wrzucam ją praktycznie do każdego wstawianego przeze mnie prania, to znaczy, że prałam ją co najmniej sto razy. Przez cały ten czas nie poszła mi w niej ani jedna niteczka, co ciekawe – nigdy też mi niczego nie zafarbowała (a podobno na początku bywa to problemem). Nie umiem ocenić, czy przez te dwa lata nie zmniejszyła się nieco jej moc działania, bo gdyby to nastąpiło byłby to przecież bardzo powolny proces, definitywnie nie do uchwycenia. Dlatego z czystej ciekawości chciałabym sprawić sobie drugą Kessę (jedną mieć na stancji, a drugą w domu rodzinnym) i przy okazji je sobie porównać. Jeśli kiedyś mi się to uda, Wy dowiecie się pierwsze :)

Pozostając w temacie kąpielowo-prysznicowym nie mogłabym nie wspomnieć o wszechobecnym w moich wpisach żelu Babydream Kopf-bis-Fuß. Jak wielokrotnie wspominałam, używam go jako żel pod prysznic, a ponadto jako szampon, żel do mycia twarzy i do prania pędzli. Litanię tę wymieniam już właściwie na jednym wydechu ;) bo w każdej z tych ról żel sprawdza się doskonale. Zawsze jest w mojej łazience.

Jeśli już wspominamy o higienie, nie możemy zapomnieć o czymś tak prozaicznym jak antyperspirant. Przez większość życia byłam wierna tym w kulce, bo początkowe kiepskie doświadczenia z aerozolami czy żelami skutecznie mnie do nich zniechęciły. Moimi ulubionymi kulkami były te, które schły najszybciej – bo nie ukrywajmy, to właśnie jest podstawowa wada tej formy dezodorantu czy antyperspirantu. Jednak zupełnym przypadkiem odkryłam skuteczne aerosole i myślę, że już długo od nich nie odejdę :) Mowa o dość różnorodnej linii antyperspirantów Garnier Minerals. Wypróbowałam już chyba z siedem różnych wersji i wszystkie z zielonymi nakrętkami spisują się u mnie bez zarzutu. Jedynym wyjątkiem była ta w opakowaniu różowym, mająca też jakiś odpowiednik o barwie fioletu. Tego z pewnością już nie kupię, bo wolę trzymać się wersji sprawdzonych :)

Ostatnim „kosmetykiem, który działa” jest żel do higieny intymnej Facelle – wariant bez znaczenia, bo wszystkie sprawdzały się u mnie tak samo. Mając porównanie do różnych, często wielokrotnie droższych produktów tego rodzaju mogę bez obaw napisać, że on nie tylko im nie ustępuje, ale często jest od nich lepszy. Dodatkowo wśród włosomaniaczek uchodzi za pełnoprawny środek do mycia skóry głowy, więc jest dodatkowo produktem wielofunkcyjnym ;)


Jak pewnie zauważyłyście, opinie w tym poście są wyjątkowo lakoniczne. Przyczyna jest prozaiczna: te produkty robią co mają robić (przy tym nie szkodząc). Rękawica ściera, żele myją, nici nitkują... ciężko drążyć temat, który da się zamknąć dosłownie w jednym zdaniu :) Mam jednak nadzieję, że post się Wam przyda, a kto wie? Może i Wy polecicie mi Wasze „podstawowe” produkty? Chętnie podejrzę co w Waszych kosmetyczkach znajduje się bez względu na okoliczności :)

11 komentarzy:

  1. Ostatni produkt mam i cenię za wielozadaniowosc :)

    OdpowiedzUsuń
  2. o rękawicy słyszałam dużo i chyba w końcu się skuszę bo czuję, że warto! pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. z chęcią wypróbuję ten antyperspirant :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie podstawa to krem nivea :-p. Ten klasyczny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe, niby o kosmetykach dużo słyszałam, ale niektórych nie miałam.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Żadnego z tych produktów nie miałam.

    OdpowiedzUsuń
  7. facelle mam i lubię ( w miarę) a ta rękawica strasznie mnie kusi i chyba jednak w końcu ją kupię

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba muszę przerzucić się na zaproponowaną przez Ciebie nić dentystyczną, bo Jordan nie spełnia moich oczekiwań.

    aftermedlife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te nici obok nici Curaprox pojawiły się w tym roku na slajdzie z Propedeutyki Stomatologii dla IV roku, to ostatecznie przekonało mnie do ich wypróbowania ;)

      Usuń
  9. A czy nie przejmujesz się zawartością aluminium w dezodorancie...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie :) Pod tym względem nie daję się zastraszać ekocentrycznym stronom, tylko ufam nauce - w telegraficznym skrócie znajdziesz wszystko tutaj: http://thebeautybrains.com/2015/01/can-i-make-my-own-aluminum-free-deodorant/

      (Chociaż, żeby nie było niejasności - nie używam antyperspirantu codziennie. Jeśli planuję całodzienną naukę w domu to po prostu rezygnuję z tego, czasem sięgam tylko po jakiś naturalny dezodorant.)

      Buziaki!

      Usuń

Copyright © 2016 Kosmeologika , Blogger